Ben stoi przed domem Portii w Londynie przemoczony do suchej nitki, choć od kilku dni nie spadła nawet kropla deszczu. Nie bardzo wie, jak pokonał setki kilometrów dzielących go od Walii, nie pamięta części ostatnich wydarzeń, a w kieszeniach ma rzeczy, które zdecydowanie nie pomagają w racjonalnym wyjaśnieniu sytuacji: tajemniczy klucz i fragment mapy oznaczony czerwonym śladem łapy. Portia tymczasem śni, że jest wilkiem. Kathrin Tordasi nie potrzebuje więc długiego przypominania, że Drzwi Światów istnieją i po drugiej stronie czeka magia. Znacznie ciekawsze jest coś innego: po Tajemnicy Krańca Świata drzwi wprawdzie zostały zamknięte, ale część Innego Świata wróciła razem z bohaterami do domu.
I właśnie to odróżnia Zaklęcie Oka Burzy od wielu kontynuacji dziecięcych powieści fantasy. Portia i Ben nie zostali przywróceni do ustawień fabrycznych, żeby można było jeszcze raz przeprowadzić ich przez podobną przygodę. Pamiętają poprzednią wyprawę, ich relacja jest już inna, oni sami również się zmienili, a kontakt z magią pozostawił konsekwencje znacznie bardziej namacalne, niż początkowo przypuszczali. Dlatego zdecydowanie zaczęłabym tę serię od Tajemnicy Krańca Świata. Drugi tom ma własną zagadkę i domkniętą przygodę, ale emocjonalnie wyrasta bezpośrednio z poprzedniej części. Próba wejścia tutaj w połowie drogi oznaczałaby utratę sporej części tego, co Tordasi robi najlepiej.
W pierwszym tomie ogromną przyjemność sprawiało samo odkrywanie, że pośród walijskich lasów, wrzosowisk i jeżynowych zarośli kryje się przejście do miejsca funkcjonującego według zupełnie innych reguł. Tym razem autorka nie musi już długo trzymać Innego Świata za kurtyną. Wiemy, że istnieją elfy, zmiennokształtni i magia, znamy część zasad oraz mieszkańców tej rzeczywistości. Tordasi może więc wykorzystać zaoszczędzony czas na poszerzenie tego, co już zbudowała. Inny Świat przestaje być przede wszystkim wielką tajemnicą. Staje się miejscem posiadającym własną przeszłość, konflikty i sekrety, których odkrycie niekoniecznie wszystkim będzie na rękę.
Powrót następuje szybko, ponieważ sytuacja Bena okazuje się poważniejsza niż zwykła amnezja. Chłopak pada ofiarą tajemniczej klątwy, a Królestwo Elfów nawiedzają gwałtowne burze magiczne. Robin pozostawił wiadomość, której znaczenie trzeba odtworzyć, stare konflikty okazują się niedokończone, a tajemnice sięgają znacznie dalej w przeszłość, niż mogliby przypuszczać młodzi bohaterowie. Zagadka jest tym razem bardziej wielowarstwowa. Tordasi rzuca kilka tropów niemal od razu, ale długo nie pozwala zobaczyć, jak dokładnie powinny się ze sobą połączyć.
Bardzo pomaga w tym pamięć Bena, a raczej jej brak. Amnezja bywa w fantastyce wyjątkowo wygodnym narzędziem: bohater zapomina dokładnie tyle, ile autor potrzebuje, żeby nie zdradzić rozwiązania zbyt wcześnie. Tutaj również pełni funkcję fabularnej zasłony, ale Tordasi znajduje dla niej emocjonalne uzasadnienie. Ben wie, że coś robił, gdzieś był i czegoś się dowiedział. Widzi skutki własnych działań, nie mając dostępu do ich przyczyn. Zamiast zwyczajnie szukać odpowiedzi, musi więc chwilami prowadzić śledztwo we własnym życiu. Najbardziej niepokojące staje się pytanie, czy można ufać samemu sobie, kiedy nie pamięta się, kim było się kilka godzin wcześniej.
Na tym tle szczególnie dobrze wypada zmiana pozycji Bena w całej historii. Tajemnica Krańca Świata należała przede wszystkim do Portii, bo to razem z nią odkrywałyśmy przejście i uczyłyśmy się zasad Innego Świata. W Zaklęciu Oka Burzy Ben przestaje być po prostu bardzo ważnym towarzyszem głównej bohaterki. Dostaje własną perspektywę i problemy bezpośrednio napędzające fabułę. Przeplatana narracja pozwala Tordasi oddzielić wiedzę przyjaciół, pokazać ich lęki bez pośrednictwa drugiej osoby i przede wszystkim nie sprowadzać przyjaźni do deklaracji, że są dla siebie ważni. Teraz każde z nich musi tę deklarację czymś poprzeć.
Portia również nie stoi w miejscu. Sny, w których przybiera postać wilka, są jednym z pierwszych sygnałów, że poprzednia wyprawa zostawiła w niej coś więcej niż wspomnienia. Jej związek z Innym Światem staje się bardziej osobisty i jednocześnie bardziej niebezpieczny. Nowe możliwości brzmią oczywiście atrakcyjnie, szczególnie w fantasy dla młodszych czytelników, ale Tordasi nie rozdaje mocy jak nagród za ukończenie pierwszej części. Każda zmiana rodzi pytanie o kontrolę, granice i odpowiedzialność. Dzikość może dawać wolność, ale wolność nie oznacza przecież automatycznie, że każda decyzja jest dobra.
To właśnie w takich momentach drugi Jeżynowy Lis wyraźnie dojrzewa razem ze swoimi bohaterami. Stawką nadal jest uratowanie magicznej krainy, są klątwy, niezwykłe istoty, sekrety i wyprawa przez fantastyczny świat, ale pod nimi pojawiają się trudniejsze pytania. Ile wolno poświęcić dla przyjaciela? Czy odpowiedzialność za własny wybór kończy się wtedy, kiedy nie przewidzieliśmy jego skutków? Czy można wykorzystać coś niebezpiecznego w dobrym celu i nadal mieć pewność, że panujemy nad sytuacją? Tordasi nie urządza z tego lekcji etyki. Pozwala, żeby odpowiedzi wynikały z tego, co bohaterowie muszą zrobić.
Najmocniej pracuje oczywiście przyjaźń Portii i Bena. Bardzo łatwo byłoby tutaj popaść w cukierkowość, szczególnie że historia jest skierowana do młodszych odbiorców, ale autorka daje tej relacji trochę potrzebnej szorstkości. Przyjaciele nie zawsze wiedzą, co dla drugiej osoby będzie najlepsze, nie mają pełnej wiedzy i czasem podejmują decyzje, których konsekwencje spadają również na kogoś innego. Lojalność nie polega więc wyłącznie na ruszeniu razem przeciwko potworowi. Czasami oznacza zrobienie czegoś przerażającego, a czasami zaakceptowanie, że osoba, którą chcemy ochronić, ma prawo zdecydować o sobie sama.
Podoba mi się również, że zagrożenie jest wyraźnie poważniejsze niż poprzednio. Tordasi pamięta, że pisze dla dzieci i młodszej młodzieży, ale nie wyciąga z tego wniosku, że każdą trudniejszą emocję należy natychmiast obłożyć miękkimi poduszkami. Bohaterowie odczuwają strach, mierzą się z możliwością straty i trafiają w sytuacje, w których rozwiązanie nie jest od razu widoczne. Przez moment można nawet uwierzyć, że nie z każdego problemu da się wyjść bez ceny. Dzięki temu emocje nie wyglądają jak obowiązkowe przeszkody rozstawione pomiędzy jedną magiczną atrakcją a drugą.
Nie oznacza to, że Zaklęcie Oka Burzy nagle staje się ponurą opowieścią o cierpieniu. Nadal jest tutaj sporo humoru, przygodowej energii i zachwytu nad niezwykłością Innego Świata. Ciotki ponownie uczestniczą w wydarzeniach, pojawiają się znajome postacie i stworzenia, a odkrywanie kolejnych miejsc zachowuje urok pierwszego tomu. Tordasi bardzo dobrze wyczuwa granicę, po której przekroczeniu dziecięce fantasy staje się albo zbyt bezpieczne, albo zaczyna na siłę udowadniać własną dojrzałość. Tutaj mrok ma znaczenie, bo kontrastuje z ciepłem relacji i poczuciem przygody.
Wciąż bardzo mocno czuć również Walię. Nie chodzi jedynie o krajobraz nadający się do umieszczenia na okładce fantasy. Tordasi studiowała literaturę właśnie tam i jej zainteresowanie miejscowymi legendami wyraźnie przeniknęło do konstrukcji świata. Runy, zmiennokształtność, stare opowieści i kolejne warstwy magicznej historii sprawiają, że Inny Świat nie wygląda jak przypadkowa kraina fantasy, do której można byłoby wejść równie dobrze przez szafę stojącą w Warszawie, Berlinie czy Nowym Jorku. Jest przywiązany do konkretnego miejsca i jego kulturowej wyobraźni.
Pojawiają się też literackie echa, w tym Szekspir, ale autorka nie wykorzystuje ich po to, żeby dorosły czytelnik mógł z satysfakcją zaznaczyć, że rozpoznał odniesienie. Dawne motywy zostają wbudowane w przygodę i działają również wtedy, kiedy młodsza osoba nie zna ich źródła. To bardzo zdrowe podejście do literatury dziecięcej. Książka może mieć drugie i trzecie dno, nie wymagając od dziewięciolatka zdania egzaminu z historii literatury przed przejściem do następnego rozdziału.
W porównaniu z pierwszym tomem akcja rusza też szybciej. Nie trzeba już tłumaczyć Portii, że magia istnieje, ani stopniowo przygotowywać nas do przekroczenia granicy światów. Tajemnicze pojawienie się Bena właściwie od razu uruchamia zagadkę, a kolejne elementy zaczynają do siebie dochodzić w dobrym tempie. Jednocześnie nie odniosłam wrażenia, że książka pędzi tylko po to, żeby co kilkanaście stron dostarczyć następny zwrot. Są chwile spokojniejsze, potrzebne przede wszystkim relacji Portii i Bena. Bez nich późniejsze wybory nie miałyby odpowiedniego ciężaru.
Nie wszystkie tajemnice zaskakują równie mocno. Część tropów można połączyć wcześniej, szczególnie jeśli ma się już trochę doświadczenia z portal fantasy i opowieściami o klątwach. Nie przeszkadzało mi to szczególnie, bo Tordasi nie opiera całej książki na jednym wielkim „aha!” w finale. Znacznie istotniejsze okazuje się to, co bohaterowie zrobią po odkryciu prawdy. Dla młodszej fantastyki jest to zresztą całkiem dobra proporcja: zagadka daje satysfakcję z przewidywania, ale rozwiązanie nie odbiera sensu dalszej historii.
Drugi tom ma też przewagę wynikającą z prostego faktu, że nie musi już udowadniać, dlaczego Portia i Ben są przyjaciółmi. Można od razu sprawdzić, co ta przyjaźń wytrzyma. I chyba właśnie dlatego Zaklęcie Oka Burzy podobało mi się jeszcze bardziej niż Tajemnica Krańca Świata. Pierwsza część otwierała drzwi. Druga pyta, co dzieje się z człowiekiem, który przez nie przeszedł i potem naiwnie założył, że wystarczy wrócić do domu.
Bo Portia i Ben rzeczywiście wrócili. Mogli ponownie znaleźć się wśród zwyczajnych ulic, domów i codziennych spraw, ale nie są już dziećmi sprzed pierwszej wyprawy. Ben traci wspomnienia, Portia odnajduje w sobie coś dzikiego, a Inny Świat upomina się o oboje w sposób, którego nie da się zignorować. I to jest dla mnie najciekawsza magia Zaklęcia Oka Burzy. Nie ta, która wywołuje burze albo pozwala zmieniać kształt. Tordasi rozumie, że naprawdę dobre przejście do innego świata powinno działać w obie strony. Bohater może wrócić przez drzwi, ale nigdy nie wraca przez nie dokładnie taki sam.

