Lankhmar nie jest miastem, do którego wchodzi się z czystymi rękami. Już od pierwszych stron czuć, że jego zaułki, karczmy, świątynie, dachy i podejrzane bramy istnieją po to, by człowiek coś zgubił. Sakiewkę, rozsądek, dobre imię albo serce, choć to ostatnie w świecie Fritza Leibera bywa stratą równie niebezpieczną jak spotkanie z magiem o zbyt wielu oczach. Niefart w Lankhmarze, pierwszy tom Opowieści o Fafhrdzie i Szarym Myszołapie, przypomina, że fantasy nie zawsze musiało zaczynać się od proroctwa, wielkiej wojny i mapy prowadzącej ku ocaleniu świata. Czasem wystarczyło miasto, dwóch awanturników, kilka kiepskich decyzji i pewność, że kłopoty zawsze znajdą człowieka szybciej niż rozsądek.
Fritz Leiber należy do tych pisarzy, których wpływ łatwo przeoczyć, bo ich pomysły dawno przeniknęły do krwiobiegu gatunku. Fafhrd i Szary Myszołap stali się jednym z najważniejszych duetów fantasy, zanim podobne pary bohaterów zaczęły zaludniać powieści, komiksy, gry fabularne i komputerowe. Potężny barbarzyńca z północy oraz drobniejszy, sprytniejszy, bardziej nerwowy były uczeń czarodzieja tworzą zestawienie niemal archetypiczne, ale u Leibera nadal zaskakująco żywe. Ich siłą nie jest heroiczna czystość, lecz cudownie ludzka mieszanina odwagi, głupoty, lojalności, pychy, humoru i talentu do wchodzenia tam, gdzie rozsądny człowiek nawet nie zapukałby do drzwi.
Ten tom zbiera dwa pierwsze zbiory opowieści i pokazuje narodziny przyjaźni, która nie potrzebuje pompatycznych deklaracji. Fafhrd i Szary Myszołap spotykają się w świecie kradzieży, pokus, czarów i namiętności, a ich relacja wyrasta bardziej z rozpoznania pokrewnego temperamentu niż z wielkiego planu losu. Obaj są inni, obaj działają odmiennie, obaj mają własne słabości, ale razem zaczynają tworzyć coś, co natychmiast niesie opowieść. Jeden ma w sobie cielesność, północny rozmach i skłonność do bezpośrednich rozwiązań. Drugi jest bardziej zwinny, przewrotny, czuły na sztuczki i iluzje. Leiber rozumie, że dobry duet nie polega na podobieństwie, lecz na różnicy, która w odpowiednim momencie zaczyna działać jak wspólny rytm.
Niefart w Lankhmarze nie jest powieścią w ścisłym sensie, lecz zbiorem epizodycznych przygód. To bardzo ważne dla sposobu lektury. Kto szuka jednej wielkiej osi fabularnej, wyraźnego celu i narastania ku monumentalnemu finałowi, może poczuć się chwilami zaskoczony albo nawet znużony. Leiber pracuje inną metodą. Interesuje go przygoda jako ciąg zdarzeń, spotkań, przypadków i konsekwencji, które wynikają bardziej z charakterów bohaterów niż z nadrzędnej konstrukcji. Tu opowieść potrafi skręcić w stronę kradzieży, pojedynku, magicznej zagadki, erotycznej pokusy, miejskiej legendy albo kontaktu z siłami, które traktują ludzi jak pionki w grze prowadzonej dla własnej rozrywki.
Ta epizodyczność bywa zarówno urokiem, jak i ograniczeniem książki. Urokiem, bo nadaje jej smak starej awanturniczej fantastyki, pełnej dymu, potu, błysku ostrza i śmiechu dobiegającego z karczmy tuż przed katastrofą. Ograniczeniem, bo nie wszystkie historie mają tę samą energię, a tempo miejscami potrafi opaść. Wiek tych tekstów też czasem daje o sobie znać. Kobiece postacie bywają podporządkowane męskiej przygodzie, pragnieniu lub tragedii, a niektóre rozwiązania fabularne noszą ślady epoki, w której literatura magii i miecza dopiero kształtowała swoje języki, nawyki i uproszczenia. Klasyka nie oznacza tutaj nieskazitelności. Oznacza raczej punkt źródłowy, z którego wypłynęło wiele późniejszych rzek.
Największym zwycięstwem Leibera pozostaje jednak ton. Autor nie traktuje fantasy jak świętego obrzędu ani jak muzealnej mitologii. Jego świat jest brudny, ironiczny, żywy i pełen przyjemnie podejrzanej energii. Magia bywa groźna, ale nie zawsze wzniosła. Bohaterowie bywają odważni, ale rzadko nobliwi. Miasta są fascynujące, lecz nigdy bezpieczne. W tym świecie łatwiej natknąć się na szarlatana, złodzieja, wiedźmę, potwora albo filozoficznie nastawionego czarodzieja niż na czysty moralny porządek. I bardzo dobrze, bo właśnie w tym tkwi odmienność Leibera wobec bardziej podniosłych odmian fantasy.
Lankhmar jest czymś więcej niż scenografią. To miasto, które działa jak organizm. Przyciąga, mami, brudzi i karze, ale jednocześnie nie sposób odmówić mu uroku. Widać w nim późniejsze wzorce wszystkich wielkich fantastycznych metropolii, gdzie złoto zmienia właściciela szybciej niż prawda, a każda ulica może prowadzić do fortuny albo zguby. Leiber stworzył miasto, które nie potrzebuje być piękne, żeby hipnotyzować. Wystarczy, że jest niebezpieczne, zmysłowe i obiecująco zepsute.
Na osobną uwagę zasługuje humor. Nie jest to komizm nachalny, nastawiony wyłącznie na gag, lecz raczej ironiczny sposób patrzenia na świat. Fafhrd i Szary Myszołap mogą pakować się w sytuacje śmiertelnie groźne, ale Leiber często puszcza oko do czytelnika, jakby przypominał, że przygoda bez odrobiny śmieszności łatwo zamienia się w nadęcie. Ta lekkość pozwala książce przetrwać momenty, w których sama fabuła staje się mniej porywająca. Nawet gdy opowieść zwalnia, język, atmosfera i relacja bohaterów nadal pracują.
Ważne jest również to, jak Leiber ustawia swoich protagonistów wobec heroizmu. Fafhrd i Szary Myszołap nie są zbawcami świata. Nie noszą na barkach wielkiego przeznaczenia, przynajmniej nie w sposób typowy dla późniejszej fantasy epickiej. Są łotrzykami, włóczęgami, wojownikami, złodziejami, kochankami, czasem ofiarami własnych zachcianek. Dzięki temu ich przygody mają smak wolności, ale też chaosu. To fantasy sprzed czasów, gdy każdy bohater musiał mieć przypisaną misję. Tutaj misją bardzo często jest przeżyć, zarobić, napić się, zemścić albo wyjść cało z pomysłu, który od początku był zły.
Czy Niefart w Lankhmarze w pełni broni się dzisiaj jako lektura dla każdego? Niekoniecznie. To książka, która wymaga pewnej gotowości na staroszkolny rytm, krótsze formy, swobodniejszą kompozycję i konwencję nie zawsze zgodną ze współczesną wrażliwością. Nie jest tak zwarta jak nowoczesne cykle fantasy, nie prowadzi czytelnika za rękę przez jeden wielki konflikt, nie dba o równomierne tempo wszystkich opowieści. Ale właśnie dlatego warto ją czytać świadomie, jako spotkanie z klasyką żywą, choć miejscami chropowatą.
Najlepiej działa wtedy, gdy przestaniemy oczekiwać od niej współczesnej powieściowej architektury, a zaczniemy słuchać jej jak zbioru legend opowiadanych przy stole, wśród dymu, śmiechu i brzęku kubków. Jedna historia będzie mocniejsza, druga słabsza, trzecia dziwniejsza, czwarta zabawniejsza. Raz zachwyci pomysł, raz dialog, raz atmosfera, raz sama przyjemność obserwowania, jak Fafhrd i Szary Myszołap znów robią coś nierozsądnego z pełnym przekonaniem, że tym razem na pewno wszystko pójdzie dobrze.
Niefart w Lankhmarze to więc nie tylko pierwszy krok w opowieściach o jednym z najsłynniejszych duetów fantasy. To również przypomnienie, że gatunek magii i miecza wyrastał z energii mniej podniosłej, bardziej awanturniczej, cielesnej, ironicznej i ulicznej. Leiber nie buduje marmurowego pomnika bohaterstwa. On otwiera drzwi do miasta, w którym ostrze, żart, pragnienie i pech są równie ważne jak magia. I choć czas zostawił na tych opowieściach swoje ślady, nadal czuć w nich coś rzadkiego: radość fantastyki, która nie musi ocalać świata, żeby być wielką przygodą.

