Najpierw jest statek, kurs, procedura i błąd, który nie powinien się wydarzyć. Behemot V, ciężki frachtowiec kosmiczny, schodzi z trasy między Marsem a Jowiszem i trafia na coś, co w zasadzie powinno pozostać legendą. Astromancer. Latający Holender próżni. Relikt, wrak, cud techniki, śmietnik obcych wynalazków, może maszyna, może mit, może tylko miejsce, w które ludzie od dawna wrzucają swoje pragnienia i lęki. Jacek Dukaj w Oku potwora zaczyna od bardzo klasycznej obietnicy science fiction. Załoga w zamkniętej przestrzeni, sabotaż kalkulatora pokładowego, narastająca podejrzliwość i tajemnica ukryta gdzieś pośród asteroidów. Można niemal usłyszeć metaliczne buczenie statku, poczuć techniczny chłód wnętrz i zobaczyć ludzi, którzy jeszcze próbują mówić językiem racjonalnych procedur, choć rzeczywistość już powoli zaczyna im przeciekać między palcami.
To jest Dukaj świadomie ustawiający się w cieniu Lema. Nie trzeba tego tropić z lupą, bo tekst sam podsuwa odpowiedni klucz. Oko potwora jest retro science fiction z ducha, konstrukcji i języka. Ma w sobie echo dawnych wypraw w nieznane, kiedy kosmos nie był jeszcze dekoracją do akcji, tylko laboratorium myślowym. Tu odkrycie nie służy wyłącznie temu, by bohaterowie mieli dokąd pobiec. Odkrycie staje się pytaniem. O rozum, przypadek, sztukę, technologię, chaos i ludzką skłonność do widzenia sensu tam, gdzie być może istnieje tylko układ przypadkowych plam.
Dukaj bierze więc do ręki formę, która pozornie wydaje się dość prosta. Krótki utwór, choć objętościowo wcale nie tak niewielki, działa jak opowiadanie w najczystszej postaci. Nie rozlewa się na wielką sagę, nie buduje ogromnego świata, nie rozwija dziesiątek pobocznych wątków. Krąży wokół jednego punktu. Astromancer jest tu obiektem, ale także lustrem. Im bliżej niego są bohaterowie, tym mniej istotne staje się pytanie, czym on naprawdę jest, a coraz ważniejsze robi się to, co ludzie zaczynają w nim dostrzegać.
I właśnie tutaj Oko potwora jest najmocniejsze. Nie w samej intrydze sabotażowej, choć ta daje tekstowi przygodowy nerw. Nie w tajemnicy technologicznej, choć ta potrafi fascynować. Najlepsze jest to przesunięcie od maszyny do człowieka. Od zewnętrznego obiektu do wewnętrznej paranoi. Załoga Behemota wchodzi w przestrzeń, w której każdy zaczyna dopisywać własne kształty. Ktoś widzi szansę. Ktoś zagrożenie. Ktoś spisek. Ktoś dowód na istnienie wyższego porządku. A ktoś inny tylko potwierdzenie tego, że człowiek jest istotą skazaną na interpretację. Dukaj bardzo celnie pokazuje, że rozum nie zawsze chroni przed chaosem. Czasem jest tylko bardziej eleganckim sposobem pogrążania się w nim.
Jednym z najważniejszych motywów tekstu jest ludzka potrzeba rozpoznawania wzorów. Patrzymy na układy, bryły, przypadkowe symetrie, techniczne pozostałości i zaczynamy budować opowieść. Kiedyś taka umiejętność mogła ratować życie. Dostrzec oko drapieżnika w zaroślach, dopowiedzieć resztę ciała, uciec, przetrwać. Problem w tym, że ten sam mechanizm w innym środowisku może stać się pułapką. W kosmosie tygrys może czaić się wszędzie. W maszynie. W koledze z załogi. W danych. W sztuce. W samym sposobie patrzenia.
Astromancer działa więc jak katalizator. Być może coś robi z ludźmi. Być może tylko przyspiesza to, co i tak już w nich było. To bardzo dukajowe pytanie, choć podane w dość lemowskim kostiumie. Czy mamy do czynienia z obcością, która wpływa na człowieka, czy z człowiekiem, który nie potrafi znieść obcości bez natychmiastowego zawłaszczenia jej znaczeniem? Czy chaos jest naprawdę po drugiej stronie, czy raczej nosimy go w sobie i tylko czekamy na odpowiednio wielką powierzchnię, na której będzie można go wyświetlić?
Pod tym względem Oko potwora świetnie pasuje do tradycji starego science fiction, w którym statek kosmiczny był zarazem miejscem akcji i próbówką. Zamknięta grupa ludzi, narastające napięcie, problem techniczny, zagadka większa niż załoga i pytania, których nie da się rozwiązać zwykłą procedurą. Dukaj nie pisze tu jednak wyłącznie pastiszu ani prostego hołdu. Owszem, Lem unosi się nad tym tekstem bardzo wyraźnie. Czasem aż za wyraźnie. Ale byłoby niesprawiedliwe sprowadzić Oko potwora do ćwiczenia z cudzej stylistyki. Najlepsze fragmenty pokazują, że Dukaj nie tylko odtwarza klasyczną konwencję, lecz próbuje ją przepuścić przez własne obsesje.
Szczególnie dobrze widać to w rozmowach o sztuce, pięknie i poznaniu. To są momenty, w których fabuła na chwilę zwalnia, a autor pozwala sobie na charakterystyczne dla siebie rozkręcanie pojęć. Od konkretu do abstrakcji, od obserwacji do filozoficznego przeciążenia, od ludzkiej potrzeby piękna do biologicznego mechanizmu przetrwania. Dla jednych będzie to największa przyjemność. Dla innych ściana. Dukaj potrafi pisać tak, jakby język był nie narzędziem komunikacji, lecz maszyną wysokiego ciśnienia. Zmusza czytelnika do pełnej obecności. Tu nie da się czytać jednym okiem, w kolejce, między powiadomieniami.
Język Oka potwora jest jednocześnie zaletą i przeszkodą. Techniczny, gęsty, branżowy, nasycony terminologią i słowami, które brzmią tak, jakby autor nie tyle wymyślał przyszłość, ile rekonstruował jej żargon z dokumentacji pokładowej. To robi wrażenie. Chwilami ogromne. Dukaj ma rzadką umiejętność budowania wrażenia, że świat istnieje nie dzięki opisom, lecz dzięki temu, jak mówią o nim ludzie funkcjonujący w jego systemach. Jednocześnie momentami ta językowa sprawność ociera się o demonstrację siły. Jakby autor chciał powiedzieć: patrzcie, mogę. I rzeczywiście może. Pytanie, czy zawsze powinien.
Bo Oko potwora bywa zimne. Kompetentne, efektowne, inteligentne, ale chłodne. Nie w sensie klimatu, bo ten jest gęsty i niepokojący. Chodzi raczej o emocjonalny dystans. Bohaterowie pełnią tu przede wszystkim funkcję nośników napięcia, podejrzeń i idei. Ich paranoja jest ciekawa, ale nie zawsze boli. Ich rozpad wciąga intelektualnie, lecz nie zawsze uderza w trzewia. Czytelnik może być zafascynowany mechanizmem, a jednocześnie pozostać trochę obok ludzi, których ten mechanizm mieli.
To chyba największy problem tekstu. Dukaj kapitalnie projektuje sytuację, temat i język, ale załoga Behemota chwilami znika pod ciężarem koncepcji. Paranoja narasta, podejrzenia krążą, maszynowy chaos zakaża umysły, lecz można mieć poczucie, że proces psychicznego rozpadu został opowiedziany zbyt skrótowo. Jakby autor bardziej interesował się filozoficzną architekturą obłędu niż samym drżeniem człowieka, który zaczyna przestawać ufać rzeczywistości. A przecież materiał aż prosi się o mocniejsze wejście w psychologię zamkniętej załogi.
Nie oznacza to, że napięcia brakuje. Wręcz przeciwnie. Oko potwora ma bardzo dobry, klaustrofobiczny rdzeń. Im głębiej w Astromancera, tym wyraźniej czuć, że bohaterowie są nie tylko w przestrzeni fizycznej, ale w labiryncie własnych interpretacji. Tyle że tempo nie zawsze pracuje na korzyść opowieści. Początek ma klarowność i przygodowy rytm. Środek otwiera tekst na najciekawsze sensy. Końcówka natomiast, zamiast coraz mocniej wciągać, może u części czytelników wywołać wrażenie rozrzedzenia. Nie dlatego, że brakuje pomysłów. Raczej dlatego, że pomysłów jest tak wiele, iż emocjonalny napęd schodzi na drugi plan.
To science fiction dla tych, którzy lubią, gdy fabuła nie prowadzi za rękę, tylko każe samemu łączyć kropki. Problem w tym, że czasem Dukaj wysypuje na stół więcej kropek, niż naprawdę potrzebuje. W samym Astromancerze jest jednak coś fascynującego. To jeden z tych obiektów, które działają na wyobraźnię nawet wtedy, gdy pozostają nieuchwytne. Ni to wrak, ni to maszyna, ni to sztuczna inteligencja pozostawiona samej sobie, ni to kosmiczna katedra cudzych błędów i olśnień. Miejsce, w którym postęp przestaje być prostą linią, a zaczyna przypominać coś wyciągniętego z chaosu. Nie odkrycie wypracowane metodą naukową, lecz wynalazek wyrwany z obłędu. To bardzo mocny motyw, bo dotyka lęku przed technologią, która przekracza nasze narzędzia rozumienia, ale nadal budzi chciwość.
Stąd najciekawsze pytanie całego tekstu: czy człowiek powinien stawać po stronie rozumu, jeśli rozum okazuje się tylko lokalnym porządkiem w morzu chaosu? A może właśnie chaos jest tym, z czego rodzą się największe odkrycia? Dukaj nie daje prostego wyboru. Rozum jest konieczny, bo bez niego zostaje jedynie szaleństwo i przesąd. Ale rozum jest też ograniczony, bo widzi wzory, które sam produkuje. Chaos jest groźny, ale twórczy. Maszyna jest narzędziem, ale także grzechem człowieka. Postęp kusi, ale nigdy nie mówi, czy za kolejnymi drzwiami czeka wyzwolenie, czy tylko bardziej elegancka forma zguby.
W tym sensie Oko potwora jest opowieścią bardzo klasyczną, ale nie muzealną. Retro kostium nie służy tu tylko nostalgii za Lemem i dawnym science fiction. On pozwala wrócić do czasu, gdy literatura tego gatunku traktowała przyszłość jak problem filozoficzny, a nie dekorację. Można narzekać, że to tekst momentami zbyt stylizowany, zbyt świadomy własnej mądrości, za bardzo zapatrzony w tradycję. Można też powiedzieć, że właśnie w tym tkwi jego urok. W epoce, gdy science fiction często jest utożsamiane z tempem, efektownością i ekranową widowiskowością, Dukaj przypomina, że statek kosmiczny może być przede wszystkim miejscem myślenia.
Nie jest to najlepszy punkt wejścia dla każdego. Choć objętościowo Oko potwora może wyglądać niegroźnie, to tekst wymagający, miejscami nieprzystępny, chwilami wręcz ostentacyjnie dukajowy. Trzeba mieć gotowość na językowy opór, na gęste dialogi, na techniczne opisy, na zdania, które nie tyle przekazują informacje, ile ustawiają czytelnika w określonej atmosferze poznawczego przeciążenia. Jeśli ktoś oczekuje lekkiej kosmicznej przygody, odbije się szybko. Jeśli jednak lubi science fiction jako maszynę do produkowania pytań, znajdzie tu sporo satysfakcji.
Jednocześnie mam poczucie, że to tekst bardziej imponujący niż poruszający. Bardziej kunsztowny niż żywy. Dukaj rozstawia na planszy wszystkie elementy z ogromną pewnością: statek, sabotaż, legendarny obiekt, paranoję, chaos, rozum, sztukę, Mózgi Boltzmanna, technologiczne tabu i echo Lema. Wszystko to pracuje, wszystko ma swoje miejsce, wszystko da się interpretować. A jednak momentami brakuje oddechu, tej swobody, która sprawiłaby, że stylizacja przestałaby być widoczna jako stylizacja. Hołd dla klasyki jest tu udany, ale czasem jego ciężar przygniata samego Dukaja.
Najlepsze pozostaje to, że po lekturze Oko potwora nie zamyka się od razu w głowie. Ten tekst dalej pracuje. Każe wracać do pytania, ile sensów naprawdę odkrywamy, a ile tylko sobie dopowiadamy. Czy Astromancer był potworem, czy tylko powierzchnią, na której ludzie zobaczyli swoje potwory. Czy chaos jest zewnętrzną siłą, czy nazwą dla tego, czego jeszcze nie umiemy opisać. Czy piękno i groza różnią się od siebie czymś więcej niż kątem patrzenia.
I chyba właśnie dlatego, mimo zastrzeżeń, Oko potwora warto czytać. Nie jako arcydzieło, które bezdyskusyjnie staje obok największych tekstów klasycznego science fiction. Raczej jako błyskotliwy, miejscami przeintelektualizowany, ale naprawdę gęsty utwór o tym, że człowiek nigdy nie patrzy niewinnie. Nawet w próżni. Nawet wobec maszyny. Nawet wtedy, gdy mówi sobie, że tylko analizuje dane.

