Filmy

RECENZJA: Oni cię zabiją | Szatański wieżowiec i bohaterka, której film przestaje ufać

Już sam punkt wyjścia Oni cię zabiją ma w sobie coś bezczelnie nośnego. Pokojówka w luksusowym nowojorskim wieżowcu, tajemnicze zaginięcia, budynek, który od pierwszego spojrzenia wydaje się zbyt elegancki, żeby był uczciwy, i bohaterka, która wchodzi do tego świata nie jako naiwna ofiara, tylko ktoś z bagażem, z celem i z nieprzepracowaną przeszłością. Po zwiastunie można było spodziewać się stylowego, trochę przegiętego horroru akcji, który będzie igrał z konwencją i z przyjemnością taplał się w groteskowej przemocy. I rzeczywiście, przez sporą część seansu film Kirilla Sokołowa dokładnie tym jest. Dynamiczny, złośliwy, miejscami naprawdę pomysłowy i zaskakująco pewny siebie.

Asia Reaves, grana przez Zazie Beetz, to jedna z tych bohaterek, które od razu ustawiają ton całej opowieści. Nie jest kruchą dziewczyną wrzuconą do piekła, z którego musi dopiero nauczyć się uciekać. To kobieta po więzieniu, po przemocy, po latach życia z poczuciem winy i z zadaniem, które sama sobie narzuciła. Jej wejście do wieżowca Virgil nie jest wejściem przypadkowym. Ona tam idzie po coś. Szuka siostry, próbuje odwrócić dawną porażkę, a przy okazji wpada w sam środek mechanizmu, który bardzo szybko okazuje się dużo bardziej dosłowny, niż sugerował początek. Zamiast subtelnej intrygi dostajemy satanistyczny klub bogaczy, rytualne mordy, lokatorów, którzy są jednocześnie groteskowi i odpychający, i cały ten diabelski system żerujący na biednych, samotnych, podatnych na zniknięcie bez śladu.

I to jest właśnie ten moment, w którym film zaczyna naprawdę bawić. Sokołow dobrze rozumie, że taki materiał nie potrzebuje półśrodków. Nie kręci ascetycznego horroru psychologicznego, tylko wściekłą, krwawą jazdę, w której przemoc ma choreografię, humor ma odpowiednią dawkę jadu, a kolejne przestrzenie wieżowca zaczynają działać jak poziomy w piekielnie drogim, art déco labiryncie. Korytarze, szyby wind, klaustrofobiczne przejścia techniczne, pokoje, w których bogactwo wygląda jak dekoracja do rytuału. To wszystko ma tempo i styl. Nawet jeśli widać inspiracje Tarantino, Kill Bill, The Raid czy późniejszymi filmami o samotnym wojowniku przebijającym się przez kolejne fale przeciwników, to przez dłuższy czas nie przeszkadza to szczególnie. Film nadrabia energią i przyjemnością z własnej przesady.

Duża w tym zasługa samej Beetz. Asia jest na początku kimś znacznie ciekawszym niż standardowa maszyna do zabijania. Ma nerw, ma gniew, ma w sobie ślad dawnej traumy, ale nie jest napisana jako chłodna profesjonalistka, która wszystko przewidziała. W pierwszej połowie filmu działa właśnie dlatego, że łączy spryt z desperacją. Czasem improwizuje, czasem ledwo wygrywa, czasem podejmuje decyzje, które wydają się bardziej odruchem niż planem. To była bohaterka niekonwencjonalna, lekko poszarpana, wystarczająco ludzka, żeby jej kibicować, i wystarczająco nieprzewidywalna, żeby chcieć zobaczyć, co zrobi dalej.

Tym większy żal, że film w drugiej połowie zaczyna się z tej obietnicy wycofywać.

Bo o ile punkt wyjścia jest bardzo dobry, a pierwsze akty niosą całość na barkach tempa, przemocy i intrygującej bohaterki, o tyle później Oni cię zabiją coraz wyraźniej traci kontrolę nad własną fabułą. Niby wciąż coś się dzieje, wciąż ktoś kogoś tnie, miażdży, przebija i rozrywa, ale spod tej całej krwawej widowiskowości zaczyna wyłaniać się nieprzyjemna pustka. Kolejne zwroty nie są już naprawdę zaskakujące, tylko ustawione tak, żeby dowieźć film do następnej sceny akcji. Wątki rodzinne, które miały stanowić emocjonalne jądro historii, nie tyle się rozwijają, ile zostają podporządkowane mechanice kolejnych konfrontacji. A sam wieżowiec, który początkowo wydawał się miejscem pełnym sekretów, z czasem traci aurę tajemnicy i zaczyna działać bardziej jak funkcjonalna plansza.

Największy problem polega jednak na tym, co dzieje się z Asią. Film stopniowo odbiera jej to, co było w niej najciekawsze, czyli napięcie między siłą a bezradnością. Z bohaterki, która wchodzi do piekła z własnych powodów i musi kombinować, jak przeżyć, staje się kimś w rodzaju niekończącej się maszyny do przechodzenia przez kolejne poziomy przemocy. Z interesującej heroiny robi się Mary Sue, która głównie krwawi, ale nigdy naprawdę nie słabnie. To bardzo charakterystyczna pułapka współczesnego kina gatunkowego. Twórcy chcą, żeby bohaterka wyglądała na poranioną, więc oblewają ją krwią, rzucają o ściany, każą się czołgać i charczeć, ale jednocześnie nie dopuszczają realnej kruchości. Nie ma już miejsca na zwątpienie, na niepewność, na prawdziwy koszt psychiczny. Jest tylko następny cios, następny kadr, następna pozycja bojowa. W pewnym momencie zaczyna to działać odwrotnie, niż powinno. Zamiast wzmacniać napięcie, osłabia je, bo skoro bohaterka przejdzie przez wszystko, to film przestaje nas czymkolwiek straszyć.

Szkoda też kilku postaci drugoplanowych, bo materiał na ciekawszy, bardziej plugawy świat był tu naprawdę duży. Patricia Arquette jako Lilith ma w sobie coś znacznie ciekawszego niż reszta tego piekielnego towarzystwa. Jest wyniosła, niepokojąca, chwilami wręcz smutna, jakby przez tę demoniczną stylizację przebijało coś jeszcze, ślad dawnego bólu, może nawet jakiejś dawnej racji. Problem w tym, że scenariusz tylko to sygnalizuje, po czym zaraz wraca do jatki. Podobnie z siostrą Asi, która powinna być osią emocjonalną tej historii, a bywa raczej narzędziem do przesuwania stawki. Film ma pomysły na ludzi, ale znacznie bardziej kocha pomysły na zabijanie.

To nie zmienia faktu, że ogląda się to dobrze. Sokołow ma rękę do tempa, do fizyczności scen, do prowadzenia kamery w ciasnych, nerwowych przestrzeniach. Niektóre fragmenty są naprawdę znakomite w swojej gatunkowej bezwstydności. Jest w tym przyjemność czysto kinowa, to poczucie, że twórca nie próbuje udawać kogoś mądrzejszego, niż jest, tylko chce dać widzowi brutalną, trochę sadystyczną, ale jednak precyzyjnie podaną rozrywkę. I przez długi czas to wystarcza.

Tyle że kiedy przychodzi moment, w którym film powinien zaoferować coś więcej niż tylko eskalację, okazuje się, że ma niewiele do dodania. Ani jego komentarz o bogatych elitach, ani rodzinna trauma, ani satanistyczna groteska nie zostają naprawdę pogłębione. Zostaje styl, kilka bardzo dobrych scen i poczucie, że z tego pomysłu dało się wycisnąć coś dużo ciekawszego.

Oni cię zabiją to więc film, który pozytywnie zaskakuje po (mylącym) zwiastunie, bo ma energię, charakter i naprawdę obiecujący punkt wyjścia. Ale też film, który nie dowozi do końca własnej obietnicy. Pierwsza połowa sugeruje dziki, przewrotny horror akcji z nieoczywistą bohaterką i budynkiem, który sam mógłby być osobnym potworem. Druga pokazuje, że twórcy bardziej interesuje widowiskowa rzeź niż rozwijanie tego świata i tej postaci. Ostatecznie zostaje więc coś pomiędzy. Bardzo sprawna gatunkowa rozrywka, ale też zmarnowana szansa na coś ostrzejszego, dziwniejszego i bardziej pamiętnego.

Maciej Ornitowski

Lubię kino. Tak po prostu.
Kilka innych rzeczy też.