Najlepsza rzecz, jaką Na Hong-jin robi w Witajcie w Hope, polega na tym, że przez długi czas nie pokazuje nam tego, czego przyszliśmy zobaczyć. Zamiast potwora dostajemy ślady. Rozwalone samochody, martwe zwierzęta, ruiny, spanikowanych ludzi, strzały dochodzące z miejsc, których nie widzimy, i policjanta próbującego zrozumieć, co właśnie przejechało przez jego miasteczko niczym katastrofa z własną wolą. Przez pierwszą godzinę film działa niemal perfekcyjnie, bo zagrożenie jest większe od kadru. Potwór istnieje głównie poprzez skutki swojej obecności, a wyobraźnia widza robi resztę.
To właśnie wtedy Witajcie w Hope jest najmocniejsze. Nie jako widowisko, nie jako science fiction i nawet nie jako kino potworów, ale jako opowieść o ludziach spóźnionych wobec wydarzeń. Bum-seok, miejscowy komendant policji, jest ciągle krok za katastrofą. Dociera tam, gdzie coś już się wydarzyło. Słyszy huk, ale nie widzi źródła. Znajduje ciała, ale nie sprawcę. Próbuje porządkować świat, który właśnie przestał działać według znanych mu reguł. Hwang Jung-min gra go z kapitalnym wyczuciem, łącząc autorytet, strach, irytację i rosnącą świadomość, że jego stanowisko, doświadczenie i broń znaczą coraz mniej.
Na Hong-jin od początku buduje bardzo konkretną przestrzeń. Hope nie jest anonimowym miasteczkiem przygotowanym wyłącznie po to, by można je było efektownie zniszczyć. To nadmorska społeczność, oswojona z napięciem, żyjąca blisko granicy, przyzwyczajona do poczucia, że gdzieś obok istnieje potencjalne zagrożenie. Kiedy więc zaczyna dziać się coś naprawdę niewytłumaczalnego, film nie musi długo tłumaczyć paniki. Mieszkańcy szybko sięgają po broń, procedury i własne przyzwyczajenia.
I właśnie tu pojawia się pierwsza ważniejsza warstwa filmu. Zagrożenie przychodzi z zewnątrz, ale reakcja ludzi mówi o nich więcej niż samo monstrum. Na Hong-jin nie pyta tylko, czym jest potwór. Pyta, jak szybko człowiek sam zaczyna zachowywać się potwornie, kiedy nie rozumie, co ma przed sobą. To nie jest przypadek, że większość mężczyzn w filmie reaguje przede wszystkim przemocą, hałasem i przesadnym poczuciem własnej kompetencji. Myśliwi są pewni siebie, policjanci próbują przejąć kontrolę, wszyscy mają jakąś teorię i prawie nikt nie ma pojęcia, co naprawdę się dzieje. Na znajduje w tym mnóstwo czarnego humoru. Bohaterowie potrafią wyglądać heroicznie przez kilka sekund, po czym natychmiast zrobić coś głupiego. Ich brawura jest śmieszna właśnie dlatego, że wyrasta z kompletnej bezradności.
Humor jest zresztą bardzo ważny dla całego filmu. Witajcie w Hope potrafi być brutalne, makabryczne i napięte, a chwilę później rozbijać powagę sceną niemal farsową. To bardzo charakterystyczna cecha azjatyckiego kina gatunkowego, która dla części europejskiej widowni może być początkowo trudna do przyjęcia. Na Hong-jin nie traktuje tonu jako czegoś stabilnego. Potrafi przeciągnąć scenę dramatyczną, po czym nagle podważyć ją absurdem. Potrafi rozciągnąć pościg o kolejne minuty, a później jeszcze dorzucić komediowy epilog.
I tutaj dochodzimy do jednego z największych problemów filmu. Witajcie w Hope ma momenty absolutnie znakomite, ale nie zawsze wie, kiedy skończyć scenę. Długie sekwencje są częścią języka tego kina i nie należy automatycznie traktować ich jako wady. Problem pojawia się wtedy, gdy napięcie przestaje rosnąć, a scena trwa nadal. W kilku miejscach akcja zostaje przedłużona ponad punkt, w którym osiągnęła swój szczyt. To szczególnie odczuwalne w drugiej połowie filmu. Zamiast eskalacji pojawia się powtórzenie. Zamiast nowych informacji, kolejne warianty tego samego zagrożenia.
Na Hong-jin ma wyraźny problem z wyrzucaniem pomysłów. Kiedy znajdzie coś efektownego, chce wykorzystać to do końca. Kiedy wprowadza nową możliwość, musi ją rozwinąć. Kiedy buduje mitologię, nie potrafi zostawić jej w tle. Ta zachłanność jest jednocześnie źródłem największej atrakcyjności filmu i jego największym obciążeniem.
Bo Witajcie w Hope potrafi być niewiarygodnie efektowne. Zdjęcia Hong Kyung-pyo należą do najmocniejszych elementów całości. Kamera płynie za samochodami, zawraca wraz z bohaterami, prowadzi pościgi w sposób czytelny i dynamiczny, nie gubi przestrzeni. Nawet przy ogromnym chaosie wiadomo, gdzie znajdują się postacie i skąd nadchodzi zagrożenie. To dziś wcale nie jest oczywiste. Wiele widowisk próbuje zastąpić dynamikę szybkim montażem. Tutaj dynamika wynika z ruchu kamery, choreografii i przestrzeni.
Pięknie wyglądają także same krajobrazy. Las, góry, port, opustoszałe ulice. Hope jest miejscem jednocześnie malowniczym i złowrogim. Scenografia świetnie wykorzystuje kontrast między zwyczajnością prowincjonalnego miasteczka a skalą destrukcji. Im bardziej naturalna wydaje się przestrzeń, tym mocniej działa to, co zaczyna ją rozrywać. Równie dobre są dźwięk i muzyka. Film często straszy nie obrazem, lecz tym, co słychać poza kadrem. Huk, wrzask, trzask, odległe strzały. Przez długi czas nie wiemy, co dokładnie wydaje te dźwięki, dlatego są znacznie skuteczniejsze niż pełne pokazanie zagrożenia. To prosty mechanizm, ale Na Hong-jin korzysta z niego bardzo świadomie.
I dlatego ujawnienie monstrum jest jednocześnie satysfakcją i początkiem problemów. Kiedy potwór wreszcie wychodzi na ekran, część napięcia natychmiast znika. Wcześniej był czymś większym niż obraz. Później staje się konkretnym modelem cyfrowym, który można ocenić. A CGI nie zawsze wytrzymuje tę konfrontację. Niektóre ruchy kreatur są dziwnie szarpane, fizyka bywa umowna, a integracja z otoczeniem nie dorównuje temu, co film osiąga przy efektach praktycznych i pracy kamery.
Paradoksalnie w kilku scenach ta niedoskonałość zaczyna działać na korzyść filmu. Potwory poruszają się niepokojąco, jakby nie do końca należały do tej samej rzeczywistości co ludzie. Trudno powiedzieć, czy to świadomy efekt, czy przypadek, ale momentami daje to ciekawy rodzaj wizualnego dysonansu. Znacznie lepiej wypadają wszystkie sceny, w których film korzysta z realnej materii. Samochody, broń, eksplozje, kurz, ruiny. To wszystko ma ciężar. Czuć fizyczność akcji i przestrzeni. Witajcie w Hope jest najbardziej przekonujące wtedy, gdy rzeczy naprawdę się przewracają, rozpadają i zderzają.
W obsadzie bardzo dobrze wypada Hoyeon jako Sung-ae. Jej bohaterka jest jednym z nielicznych ludzi, którzy w tym chaosie naprawdę sprawiają wrażenie kompetentnych. Nie trzeba tego podkreślać dialogami. Wystarczy sposób, w jaki reaguje, porusza się i podejmuje decyzje. Na tle rozemocjonowanych facetów z bronią jej opanowanie działa niemal komicznie.
Zo In-sung jako Sung-ki ma z kolei sporo energii i pewności siebie, ale film stopniowo obraca tę pewność przeciwko niemu. Im bardziej bohater wierzy, że wszystko można rozwiązać siłą, tym bardziej sytuacja pokazuje jego ograniczenia. To kolejny element satyry na męskie przekonanie, że wystarczy odpowiednio duży karabin, żeby świat znowu stał się zrozumiały.
Najciekawsze jest jednak to, że film nie daje nam łatwego podziału na ludzi i potwory. W pewnym momencie zaczynamy rozumieć, że to, co mieszkańcy automatycznie uznali za zagrożenie, może być częścią czegoś bardziej skomplikowanego. Film pyta, jak szybko człowiek wybiera stronę tylko dlatego, że coś wygląda obco. Jak łatwo utożsamia nieznane z wrogiem. Jak szybko przemoc staje się pierwszym językiem komunikacji. Ta warstwa nie jest szczególnie subtelna. W kilku miejscach zostaje wręcz podana za bardzo wprost. Na Hong-jin nie ufa do końca temu, że widz sam połączy wszystkie elementy. Dialogi tłumaczą pewne rzeczy dłużej, niż powinny, a niektóre idee zostają dopowiedziane niemal łopatologicznie.
To szkoda, bo film jest najciekawszy wtedy, gdy zostawia nas z niepewnością. Pierwsza godzina działa właśnie dzięki temu, że wiemy bardzo mało. Potem film zaczyna udzielać odpowiedzi i paradoksalnie staje się mniej interesujący. Mitologia rośnie, pojawiają się nowe informacje, nowe postacie, nowe perspektywy. Zamiast prostego i bardzo skutecznego pytania „co się tutaj dzieje?” dostajemy coraz więcej elementów większej układanki.
Nie wszystkie są potrzebne. Szczególnie problematyczny jest finał, w którym film nie potrafi zdecydować, czy chce domknąć historię, czy otworzyć większy świat. Pojawiają się informacje, które powinny mieć znaczenie, ale trafiają do narracji zbyt późno. Zamiast satysfakcji zostaje poczucie, że część opowieści dopiero się zaczyna.
I tu właśnie najbardziej czuć długość filmu. Przy blisko trzech godzinach seansu można oczekiwać, że najważniejsze pomysły dostaną odpowiednią przestrzeń i zostaną sensownie domknięte. Tymczasem Witajcie w Hope potrafi poświęcić bardzo dużo czasu pościgom, gagom i pobocznym scenom, a później wrzucić istotny element mitologii niemal na ostatniej prostej. Szczególnie jedna sekwencja związana ze statkiem wydaje się kompletnie niepotrzebna. Nie wnosi tyle, ile trwa, zatrzymuje rytm i sprawia wrażenie pomysłu, którego reżyser po prostu nie chciał wyrzucić. Kto obejrzy film, będzie dokładnie wiedział, o którą scenę chodzi.
To najlepszy przykład problemu całego Hope. Na Hong-jin ma tyle pomysłów, że próbuje zmieścić wszystkie. Czasem daje to kino oszałamiające. Czasem zwyczajnie męczące. Nie zmienia to faktu, że trudno odmówić filmowi charakteru. To nie jest bezpieczny, wypolerowany blockbuster produkowany według algorytmu. Witajcie w Hope jest zbyt długie, miejscami przesadzone, chwilami przegadane, niektóre efekty wyglądają gorzej niż powinny, a druga połowa nie ma już tej precyzji, którą zachwyca początek.
Ale ma też coś znacznie rzadszego: poczucie, że reżyser naprawdę próbuje zrobić coś własnego. Na Hong-jin miesza kino potworów, horror, science fiction, czarną komedię i kino akcji. Te gatunki nie zawsze składają się idealnie, ale przynajmniej cały czas coś ryzykują. Ton zmienia się gwałtownie, bohaterowie są niedoskonali, akcja potrafi przejść z grozy w farsę, a później wrócić do brutalności. Dla widza przyzwyczajonego do bardziej zwartego zachodniego rytmu może to być wymagające. Szczególnie długie sceny akcji i dramatyczne sekwencje mogą wydawać się przeciągnięte. Trzeba zaakceptować, że ten film nie zawsze chce iść najkrótszą drogą. Czasami idzie zdecydowanie za daleko. Ale w najlepszych momentach właśnie dzięki temu jest tak ekscytujący.
Witajcie w Hope nie jest pierwszym lepszym monster movie. Pod widowiskiem rzeczywiście kryje się pytanie o strach, uprzedzenia, agresję i ludzką potrzebę natychmiastowego nazywania obcego wrogiem. Nie wszystko zostaje pokazane z odpowiednią subtelnością, ale film ma wystarczająco dużo ambicji, żeby nie skończyć jako dwie i pół godziny biegania przed dużym CGI. Jednocześnie nie próbuje udawać, że kino potworów musi być poważnym filozoficznym traktatem. Na Hong-jin wyraźnie czerpie ogromną przyjemność z destrukcji. Samochody latają, broń ryczy, ludzie klną, potwory demolują przestrzeń, a bohaterowie raz po raz wpadają na genialne pomysły, które okazują się kompletnie idiotyczne.
I dobrze. Bo gdy Witajcie w Hope działa, jest kinem fizycznym. Takim, które nie chce być tylko oglądane, ale ma człowieka trochę zmęczyć, ogłuszyć i przeczołgać przez kolejne sekwencje. Problem w tym, że film chce robić to przez prawie trzy godziny. Na Hong-jin mógłby spokojnie wyrzucić kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt minut, uprościć część wyjaśnień, skrócić kilka pościgów i wyciąć sceny, które istnieją głównie dlatego, że były efektownym pomysłem. Wtedy Witajcie w Hope mogłoby być jednym z najmocniejszych widowisk gatunkowych ostatnich lat. W obecnej formie jest czymś mniej równym, ale być może bardziej interesującym.
Filmem, który potrafi zachwycić jednym ujęciem, zirytować kolejną dziesięciominutową sekwencją, rozśmieszyć absurdalnym dialogiem, a za chwilę przygnieść skalą destrukcji. Trochę jak jego potwory. Za duże, niezgrabne, czasem wyglądające dziwnie, ale kiedy ruszą na człowieka, trudno oderwać wzrok.




