W tomach 5–7 Przeznaczeniem złoczyńców jest śmierć widać już bardzo wyraźnie, że ta historia nie zamierza prowadzić Penelope prostą drogą do zwycięstwa. Jeśli wcześniej można było jeszcze łudzić się, że wystarczy dobrze rozegrać relacje, nabić odpowiedni poziom sympatii i w odpowiednim momencie uciec z tego okrutnego świata gry, to tutaj wszystko zaczyna się sypać. System zmienia zasady, bohaterowie stają się coraz mniej przewidywalni, a Penelope, choć nadal chłodna, inteligentna i zdeterminowana, coraz częściej działa pod presją, która odbiera jej resztki komfortu. To właśnie dlatego ten fragment serii wypada tak dobrze. Stawka rośnie, napięcie nie odpuszcza, a w tle cały czas czai się to najważniejsze pytanie: czy Penelope jeszcze kontroluje grę, czy już tylko desperacko próbuje nie dać się jej pożreć.
Tom 5 bardzo dobrze pokazuje, że nawet po widowiskowych wydarzeniach Turnieju Łowieckiego Penelope nie dostaje ani chwili wytchnienia. Z jednej strony wraca do domu jako zwyciężczyni, z drugiej niemal natychmiast zostaje wrzucona w kolejne problemy. Pojawiają się oskarżenia, napięcia w rodzinie, sąd, nowe komplikacje związane z systemem i przede wszystkim coraz bardziej niepokojące sygnały, że gra przestaje działać według zasad, które bohaterka znała. Motyw zmiany koloru wskaźnika sympatii Ecklesa i nagłego „płatnego dostępu” do informacji to jeden z tych momentów, które naprawdę dobrze podbijają niepewność. Nagle okazuje się, że nawet mechanika świata przestaje być stabilna, a Penelope zostaje pozbawiona jedynego narzędzia, które do tej pory dawało jej choć złudzenie kontroli.
To również tom bardzo dobry pod względem relacji. Nadal najwięcej emocji wywołują sceny z Callisto, bo on po prostu wnosi do tej historii energię, nieprzewidywalność i napięcie, którego nie da się podrobić. Jest niebezpieczny, momentami wręcz niepokojący, ale jednocześnie jako jeden z nielicznych naprawdę widzi w Penelope kogoś więcej niż pionek, problem albo wygodny obiekt projekcji. Dobrze wypada też dalszy rozwój relacji z Reynoldem, bo widać, że seria nie chce zamykać bohaterów w prostych rolach. Nawet jeśli pewnych ran nie da się cofnąć, to niektóre więzi zaczynają powoli się przesuwać w mniej oczywiste rejony. Słabiej, jak zwykle, wypada Derrick, choć i on zostaje tutaj popchnięty w stronę bardziej złożonej dynamiki niż czysta wrogość.
Tom 6 zwalnia odrobinę tempo czysto „romansowo-dworskie”, a mocniej otwiera świat poza posiadłością Eckhartów. Penelope trafia do Tratanu i to bardzo dobry ruch, bo dzięki temu historia zyskuje nowy oddech. Nagle nie kręcimy się już wyłącznie wokół salonów, rodzinnych konfliktów i balansowania między kolejnymi kandydatami, ale widzimy szerszy kontekst świata, jego nierówności, cierpienie i mechanizmy władzy. Jednocześnie ten tom nie traci napięcia, bo od początku wiadomo, że cała ta wyprawa nie będzie zwykłą misją dobroczynną. Penelope zostaje zmuszona do kolejnej próby, a Winter, który wcześniej mógł wydawać się jednym z bardziej opanowanych i godnych zaufania bohaterów, pokazuje tutaj znacznie mniej komfortowe oblicze.
I to właśnie Winter jest osią tego tomu. Dzięki temu dostaje więcej głębi, ale też traci aurę „bezpiecznego” wyboru. Seria bardzo trafnie pokazuje, że człowiek, który najgłośniej mówi o zaufaniu, sam może nie mieć najmniejszego zamiaru go okazać. To chyba najmocniejszy aspekt tomu szóstego: Penelope po raz kolejny przekonuje się, że cudze deklaracje nic nie znaczą, jeśli nie stoją za nimi konkretne czyny. Winter wystawia ją na próbę, manipuluje sytuacją, ukrywa prawdziwe intencje, a czytelnik razem z nią zaczyna czuć coraz większą frustrację. To dobrze działa, bo zamiast prostego flirtu czy mechanicznego rozwijania kolejnej ścieżki dostajemy relację podszytą nieufnością, rozczarowaniem i rosnącym poczuciem, że Penelope znów została potraktowana instrumentalnie.
Jednocześnie tom 6 bardzo wyraźnie pogłębia problem Ecklesa. Już wcześniej było wiadomo, że Penelope zbyt mocno stawia właśnie na niego jako na swoją „wyjściową” opcję, ale tutaj jego zachowanie robi się naprawdę niepokojące. Zazdrość, obsesyjność, emocjonalne uzależnienie i to dziwne przesunięcie w dynamice ich relacji sprawiają, że trudno patrzeć na ten wątek bez dyskomfortu. I dobrze, bo ten dyskomfort jest potrzebny. To nie jest romantyczna ścieżka, tylko relacja od początku skażona nierównością, manipulacją i desperacją. Penelope, przerażona własnym końcem, ignoruje czerwone flagi, bo za bardzo chce wierzyć, że jeśli dociągnie sympatię do stu procent, wszystko się skończy. A przecież seria coraz głośniej sugeruje, że same procenty nie uratują jej przed konsekwencjami tego, jak traktowała ludzi wokół siebie.
Tom 7 jest z kolei najbardziej emocjonalny i chyba najmocniej pokazuje, że finał tego etapu historii będzie znacznie bardziej bolesny, niż Penelope zakładała. Wskaźnik Ecklesa dobija do 99%, więc teoretycznie cel jest już na wyciągnięcie ręki. A jednak od początku coś tu nie gra. Penelope zaczyna czuć niepokój, którego nie da się już zagłuszyć chłodną kalkulacją. I słusznie, bo ten tom bardzo sprawnie rozsadza jej plan od środka. Z jednej strony bohaterka jest najbliżej ucieczki, z drugiej właśnie wtedy gra zaczyna najmocniej podważać wszystko, w co do tej pory wierzyła. Powrót prawdziwej córki diuka przestaje być odległą groźbą, a staje się czymś realnym, namacalnym i absolutnie niszczącym dla całej konstrukcji, na której Penelope budowała swoje przetrwanie.
Najciekawsze w tym tomie jest to, że zaczynamy dostawać więcej niż tylko perspektywę Penelope. Wgląd w myśli innych postaci, zwłaszcza Ecklesa i Callisto, bardzo dużo zmienia. Nagle okazuje się, że to, co bohaterka interpretowała wyłącznie jako kolejne dane do obliczenia, ma zupełnie inny ciężar po drugiej stronie. Szczególnie dobrze działa to przy Callisto, bo on od dawna wnosił do tej historii napięcie większe niż reszta, ale dopiero teraz naprawdę zaczyna być widać, jak skomplikowana robi się jego relacja z Penelope. Nie chodzi już tylko o cięte dialogi, niebezpieczną chemię czy przyciąganie dwóch silnych osobowości. Tu zaczyna się coś bardziej niepokojącego, bardziej intymnego i znacznie trudniejszego do zepchnięcia w kategorię „jednego z kandydatów”.
To zresztą jedna z największych zalet tomów 5–7. Romans nadal jest ważny, ale przestaje być prostą osią fabuły. Coraz wyraźniej widać, że Penelope nie tylko manipuluje uczuciami innych, ale też sama zaczyna wpadać w emocjonalną pułapkę. I właśnie dlatego ten fragment serii działa tak dobrze. Nie dlatego, że pokazuje kolejnych przystojnych mężczyzn i następne sceny podszyte napięciem, ale dlatego, że każda z tych relacji coś kosztuje. Każda odsłania inny rodzaj samotności, głodu uznania albo potrzeby kontroli. A Penelope, choć nadal błyskotliwa i świetna jako protagonistka, coraz częściej musi mierzyć się nie tylko z systemem, ale też z konsekwencjami własnych decyzji.
Graficznie seria wciąż robi ogromne wrażenie. Suol nie schodzi poniżej bardzo wysokiego poziomu. Stroje, kolory, kompozycje kadrów, mimika, dekoracyjność plansz i sposób, w jaki emocje są wpisane w światło, spojrzenia czy gesty, nadal należą do największych atutów tej manhwy. Penelope wygląda zjawiskowo, ale nigdy nie jest tylko ozdobą. Jej twarz naprawdę pracuje, a ilustracje świetnie sprzedają i jej dumę, i złość, i zmęczenie, i te coraz częstsze chwile zagubienia. Callisto nadal kradnie większość scen, w których się pojawia, ale prawda jest taka, że cała seria wizualnie trzyma poziom, dzięki któremu nawet spokojniejsze momenty nie tracą siły.
Tomy 5–7 to bardzo mocna część Przeznaczeniem złoczyńców jest śmierć. Nie wszystko jest tu idealne. Czasem można odnieść wrażenie, że historia lubi kończyć się cliffhangerem z aż przesadną pewnością siebie, a niektóre relacje, zwłaszcza ta z Ecklesem, są tak obciążone toksycznością, że trudno się nimi „cieszyć” w klasycznym sensie. Ale może właśnie o to chodzi. Ta seria jest najlepsza wtedy, gdy przestaje być fantazją o wygraniu gry, a staje się opowieścią o tym, jak bardzo nie da się wygrać, jeśli cały świat został zbudowany przeciwko tobie.
Penelope nadal jest znakomitą bohaterką, bo nie traci ostrości, nie zamienia się w bierną ofiarę i nawet wtedy, gdy zaczyna pękać, wciąż walczy. Tyle że teraz ta walka jest już mniej efektowna, a bardziej rozpaczliwa. I właśnie dlatego czyta się to z takim napięciem. Bo końca wciąż nie widać, ale coraz mocniej czuć, że kiedy już nadejdzie, nie oszczędzi nikogo.


