Komiksy

RECENZJA: Serafin Dni Ostatnich 1-5 | Apokalipsa, wampiry i chłopiec, który nie umie odpuścić

Świat po końcu świata rzadko bywa naprawdę cichy. Zwykle ktoś jeszcze oddycha, ktoś jeszcze walczy, ktoś jeszcze powtarza sobie, że zemsta może zastąpić sens. W Serafinie Dni Ostatnich ludzkość zostaje złamana przez tajemniczy wirus, dzieci trafiają do podziemnych miast wampirów, a ocalenie okazuje się równie brutalne jak niewola. To dobry punkt wyjścia dla historii, która od początku chce być wszystkim naraz: postapokalipsą, opowieścią wojskową, dramatem o stracie, mangą akcji, historią o demonach, wampirach i przyjaźni silniejszej niż zdrowy rozsądek. 

Pierwszy tom ma w sobie najlepszy rodzaj otwarcia. Sanguinem, podziemne miasto wampirów, działa jak ponura klatka, w której dzieci są nie tyle więźniami, co żywym zapasem krwi. Yuuichirou i Mikaela marzą o ucieczce, ale ich próba wolności kończy się tragedią. To mocny, emocjonalny prolog, który spokojnie mógłby funkcjonować jako osobna, zamknięta opowieść o utracie dzieciństwa. Problem w tym, że dla tej serii to dopiero rozbieg.

Po ucieczce Yuu trafia do świata, który nie jest tak martwy, jak wmawiały dzieciom wampiry. Ludzkość przetrwała, zorganizowała się i stworzyła Japońską Cesarską Armię Demonów. Brzmi to pompatycznie, trochę absurdalnie i bardzo mangowo, ale w ramach konwencji działa. Od tego momentu historia zaczyna coraz mocniej skręcać w stronę klasycznego shounena. Jest gniewny bohater, jest elitarna jednostka, jest trening, jest przeklęta broń i oczywiście lekcja, że bez drużyny nawet największa nienawiść niewiele zdziała.

Yuuichirou bywa bohaterem trudnym do lubienia. Jest porywczy, głośny, uparty i bardzo długo napędza go właściwie jedno zdanie: zabić wampiry. Jego zachowanie potrafi irytować, zwłaszcza gdy kolejny raz działa bez myślenia, a reszta drużyny musi płacić za jego impulsywność. Z drugiej strony trudno nie rozumieć źródła tej furii. Yuu nie jest wojownikiem z powołania, tylko dzieckiem, które przeżyło coś, czego nie umie unieść inaczej niż przez gniew.

Drugi tom rozwija szkoleniowy etap historii. Pojawia się Yoichi, Kimizuki, Shinoa, pierwsze napięcia w drużynie i motyw przeklętej broni. To część bardziej organizacyjna, pokazująca zasady świata, struktury armii i cenę wejścia do Księżycowej Kompanii. Nie wszystko jest tu równie przekonujące. Wojskowa hierarchia czasem wygląda bardziej jak dekoracja niż realny system, a nastoletni żołnierze chodzący do szkoły po apokalipsie mogą budzić lekkie zawieszenie brwi. Ale seria ma tempo, energię i wystarczająco dużo tajemnic, by czytelnik chciał iść dalej.

Najbardziej problematyczny pozostaje motyw przyjaźni, który Takaya Kagami wciska z siłą tarana. Nie chodzi o to, że przyjaźń jest tu ważna, tylko o to, że manga zbyt często mówi o niej wprost, zamiast pozwolić jej naturalnie wybrzmieć. Kiedy bohaterowie działają razem, ratują się nawzajem albo uczą zaufania, to działa. Kiedy zaczynają wygłaszać kolejne deklaracje o drużynie i więziach, robi się ciężej, mimo że intencja jest jasna.

Trzeci tom wprowadza pierwsze prawdziwe misje i zaczyna sprawdzać, czy Yuu potrafi funkcjonować w oddziale. Shibuya, Shinjuku, starcia z wampirami, zagrożenie dla cywilów i konieczność szybkich decyzji sprawiają, że fabuła nabiera dynamiki. Jest tu trochę struktury gry, kolejne zadania, kolejne przeszkody, kolejne testy charakteru. Nie przeszkadza to bardzo, bo sceny akcji są czytelne i efektowne, ale momentami czuć, że historia bardziej odhacza etapy rozwoju bohatera, niż organicznie je prowadzi.

Czwarty tom jest jednak momentem, w którym seria naprawdę przyspiesza. Spotkanie Yuu i Miki zmienia temperaturę opowieści. Mikaela, uznany za martwego, wraca jako wampir, czyli dokładnie to, czego Yuu nienawidzi najbardziej. To bardzo dobry zwrot, bo nagle wojna przestaje być prosta. Wróg ma twarz kogoś, kogo trzeba było opłakiwać. Od tej chwili pytanie nie brzmi już tylko: jak zabić wampiry. Brzmi raczej: komu można wierzyć, skoro każda strona coś ukrywa.

W tym samym tomie pojawia się też ważna sugestia dotycząca tytułowego Serafina Dni Ostatnich. Przemiana Yuu, jego utrata kontroli i groźba, że sam może być czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż zwykły żołnierz, otwierają serię na ciekawszy poziom. Najlepsze w Serafinie jest właśnie to, że pod prostą historią zemsty zaczyna majaczyć większa intryga, w której ludzie i wampiry mogą być tylko pionkami.

Piąty tom trochę wyhamowuje po mocnym starciu, ale robi to z sensem. Yuu zostaje brutalnie skonfrontowany z rodem Hiiragich, a czytelnik coraz wyraźniej widzi, że ludzka armia nie jest moralnie czystą stroną konfliktu. Arogancja przełożonych, eksperymenty, sekrety, przeklęta broń i wewnętrzne napięcia pokazują, że ocalała ludzkość wcale nie jest niewinna. Manga najciekawiej wypada wtedy, gdy przestaje pytać, kto jest potworem, a zaczyna pytać, kto potrafi lepiej udawać człowieka.

Guren Ichinose wyrasta w tych tomach na jedną z najbardziej interesujących postaci. Jest cyniczny, leniwy, nieprzyjemny, ale też skuteczny i dziwnie opiekuńczy. W przeciwieństwie do Yuu nie działa samym gniewem. Ma własne sekrety, własne rachunki i coś, co każe podejrzewać, że jego lojalność może być znacznie bardziej skomplikowana, niż wygląda. Podobnie wampiry, zwłaszcza te wyżej postawione, bywają ciekawsze niż część ludzkich bohaterów, bo wnoszą chłód, dystans i okrucieństwo bez potrzeby nieustannego tłumaczenia swoich emocji.

Graficznie seria wypada bardzo dobrze. Yamamoto Yamato rysuje czysto, elegancko i dynamicznie. Postaci są atrakcyjne wizualnie, mundury i stroje wampirów dopracowane, sceny walk czytelne, a kontrast czerni i bieli nadaje planszom wyrazistości. To manga, która wygląda efektownie nawet wtedy, gdy fabularnie korzysta ze znanych schematów. Szkoda tylko, że świat po apokalipsie nie zawsze dostaje tyle przestrzeni, ile powinien. Chciałoby się więcej ruin, pustki, śladów końca cywilizacji, więcej tła, które przypominałoby, że stawka tej historii jest większa niż osobiste dramaty bohaterów.

Pierwsze pięć tomów Serafina Dni Ostatnich to początek nierówny, ale wciągający. Seria potrafi być zbyt patetyczna, czasem zbyt dosłowna, czasem za bardzo zakochana w haśle o sile przyjaźni. Jej świat bywa logicznie dziurawy, a niektóre elementy wojskowe trudno traktować poważnie. Ale jednocześnie ma tempo, ładną kreskę, wyrazisty klimat i kilka naprawdę nośnych tajemnic. To nie jest manga odkrywcza, ale ma ten rodzaj energii, który sprawia, że mimo zastrzeżeń chce się czytać dalej.

Najlepiej działa jako mroczny shounen o dzieciach zmuszonych udawać żołnierzy, o wampirach, które wcale nie są jedynymi drapieżnikami, i o przyjaźni wystawionej na próbę świata, który nie zostawił nikomu czystych rąk. Jeśli kolejne tomy pójdą mocniej w stronę tajemnicy Serafina, konfliktu interesów i dwuznaczności obu stron, ta historia może jeszcze urosnąć. Na razie jest jak przeklęta broń w rękach narwanego bohatera. Nie do końca kontrolowana, momentami przesadna, ale zdecydowanie niebezpiecznie kusząca.

 

Miautopsja

Sekcja literatury (i nie tylko). Prowadzi kot. Z rękawiczkami, ale bez znieczulenia. Analiza i sekcja: czy literatura, komiks, manga, mają serce? I czy nie przestało bić?