Popkultura przez dekady przyzwyczaiła nas do tego, że potwory mają konkretne słabości. Wampiry boją się światła i czosnku, wilkołaki srebra, zombie strzału w głowę. Ale istnieje przeciwnik, wobec którego wszystkie te metody okazują się zupełnie bezradne. Biurokracja. I właśnie z tym przeciwnikiem przychodzi zmierzyć się bohaterowi komiksu Vaclav Drakulič jedzie do urzędu.
Pomysł jest równie prosty, co genialny. Oto starszy, niepozorny mieszkaniec zamku w Karpatach zostaje niesłusznie oskarżony o bycie legendarnym wampirem. W wyniku tej administracyjnej pomyłki traci swój dom. Aby odkręcić absurdalną decyzję, Vaclav Drakulič wyrusza do stolicy, gdzie zamierza zmierzyć się z machiną urzędniczą i odzyskać swoją posiadłość. Problem polega na tym, że w starciu z państwową procedurą nawet nieśmiertelność nie daje przewagi.
Scenariusz Jana Mazura zbudowany jest na bardzo precyzyjnej mieszance groteski i społecznej obserwacji. Historia rozgrywa się w 1921 roku, ale jej wymowa jest zaskakująco współczesna. Mazur sięga po znany motyw wampira, by opowiedzieć historię o człowieku wciągniętym w bezduszną machinę systemu. Vaclav nie jest tu jednak żadnym potworem z legend. To raczej drobny, zagubiony staruszek, który nagle musi udowodnić, że nie jest kimś, kim nigdy nie był.
Właśnie w tym tkwi największa siła komiksu. Autorzy zamieniają klasyczny horror w satyrę na instytucjonalny absurd, gdzie prawdziwa groza nie wynika z nadprzyrodzonych mocy, lecz z bezradności jednostki wobec procedur.
Mazur doskonale wyczuwa rytm tej opowieści. Dialogów jest niewiele, ale każdy z nich trafia w punkt. Humor nie wynika tu z gagów rzucanych co kilka kadrów, lecz z narastającego poczucia absurdu. Kolejne formularze, kolejne podejrzenia, kolejne biurokratyczne przeszkody sprawiają, że sytuacja Vaclava staje się coraz bardziej groteskowa. To satyra, która bawi, ale jednocześnie trafia bardzo blisko codziennych doświadczeń wielu czytelników.
Ogromną rolę w budowaniu atmosfery odgrywają rysunki Mikołaja Ratki. Jego styl jest minimalistyczny, momentami wręcz ascetyczny, ale jednocześnie niezwykle ekspresyjny. Postacie mają lekko karykaturalne rysy, które świetnie podkreślają absurd sytuacji. Jednocześnie tła są dopracowane i pełne drobnych detali, dzięki czemu świat przedstawiony zyskuje wyraźny charakter.
Największą siłą ilustracji Ratki jest jednak mimika bohaterów. Vaclav Drakulič jako drobny staruszek w kapeluszu i garniturze potrafi w jednej chwili wzbudzać współczucie, a w kolejnej wywołać szczery uśmiech. Rysownik świetnie operuje światłem i kolorem, często zalewając kadry ciepłą pomarańczową barwą, która kontrastuje z chłodną, biurokratyczną rzeczywistością.
Warto też wspomnieć o genezie projektu. Komiks powstawał przez ponad pięć lat i pierwotnie miał być rysowany przez Henryka, który ostatecznie ograniczył swój udział do storyboardów. Finalnie ilustracje stworzył Mikołaj Ratka i trudno oprzeć się wrażeniu, że ta zmiana wyszła albumowi na dobre. Efekt końcowy jest spójny wizualnie i znakomicie współgra z tonem opowieści.
Jedyną realną wadą tego komiksu jest jego długość. Siedemdziesiąt dwie strony to niewiele, zwłaszcza gdy historia wciąga tak skutecznie. Album czyta się bardzo szybko, pozostawiając po sobie lekki niedosyt. Z drugiej strony można też odnieść wrażenie, że ta zwięzłość działa na korzyść opowieści. Mazur i Ratka opowiadają swoją historię bez zbędnych dygresji, trafiając dokładnie tam, gdzie chcieli.
Vaclav Drakulič jedzie do urzędu to przykład komiksu, który w niewielkiej objętości potrafi zmieścić naprawdę dużo treści. To zarazem lekka groteska, inteligentna satyra i historia o bezsilności jednostki wobec systemu. A przy tym wszystkim jest to po prostu bardzo zabawna opowieść.
Bo jak się okazuje, w świecie pełnym potworów najbardziej przerażającym miejscem wciąż pozostaje urząd.


