Są powieści historyczne, które grzecznie ustawiają się w roli przewodnika po epoce, pokazują daty, tło, stroje, a potem zamykają drzwi, zanim zrobi się naprawdę brudno. Daniel Komorowski idzie w przeciwną stronę. Bierze wczesnopiastowski mrok, dokłada do niego tempo przygodówki, dorzuca politykę, zdrady i walkę o tron, a na koniec przypomina czytelnikowi, że w tamtym świecie władza nie pachniała pergaminem, tylko dymem i żelazem. To są książki, które chcą być żywe, głośne i bezpiecznie nieprzyzwoite w swojej bezpośredniości.
Pierwszy tom, Mieszko: Wyjście z cienia, startuje od sytuacji idealnej dla opowieści o przeznaczeniu i ranach rodzinnych. Siemomysł dogorywa, a ostatnia wola zamiast uspokoić księstwo, odpala lont. Na tronie ma zasiąść Mieszko, syn wygnany, odrzucony, skazany na nieistnienie w pamięci dworu. Tymczasem on już istnieje, tylko gdzie indziej i w innej wersji siebie. Jako Dagome w Truso jest konungiem z drużyną, która nie bierze jeńców w czuły nawias i nie tłumaczy się z brutalności. Ta część historii ma w sobie energię nie tyle kroniki, co legendy opowiadanej przy ogniu, gdzie każdy czyn ma swoją cenę, a litość bywa luksusem.

Komorowskiemu udaje się coś ważnego. Pokazuje Mieszka nie jako pomnik, tylko jako projekt w trakcie, człowieka, który dopiero ma stać się tym, kim go nazwą. Wygnanie działa tu jak kuźnia, ale też jak skażenie. Z jednej strony hartuje, uczy strategii, bezwzględności i przywództwa. Z drugiej, zostawia w bohaterze ślad, który nie znika, kiedy pojawia się szansa powrotu. W tle pracują bracia, Czcibór i Prokujem, i to jest bardzo wdzięczny zabieg, bo napięcie nie bierze się wyłącznie z zewnętrznych wrogów, lecz z rodzinnej geometrii, w której każdy ruch może być lojalnością albo początkiem zdrady.
Drugi tom, Mieszko: W blasku chwały, przechodzi z etapu narodzin legendy do etapu jej testu. Zamach, reperkusje, rosnąca paranoja i nieufność, a jednocześnie decyzja, by wreszcie wyruszyć po to, co należne z urodzenia i woli ojca. Jeśli jedynka była bardziej o tożsamości, dwójka jest o władzy. O tym, że tron nie jest nagrodą, tylko polem minowym. Autor rozszerza perspektywę, miesza wątki, podsuwa czytelnikowi spojrzenia wrogów i sojuszników, a przy okazji podkręca intensywność scen zbiorowych. Wielka bitwa i starcie trzech armii stają się tu nie tyle kulminacją akcji, co próbą generalną dla przyszłego władcy. Chwała w tej książce nie jest medalem, chwała jest rachunkiem.
Największą siłą obu tomów jest klimat. Czuć, że autor lubi tę epokę i umie ją sprzedać czytelnikowi jako przestrzeń szorstką, niepewną, zbudowaną na przysięgach, które łatwo pękają. Pomaga w tym stylizacja językowa. Wtręty archaizujące, staropolskie smaki, twarda rytmika zdań, wszystko to potrafi wciągnąć i zrobić z lektury coś bardziej namacalnego niż zwykłe fabularne odtwarzanie przeszłości. Dodatkowy plus za to, że wierzenia i obyczajowość Polan pojawiają się nie jako ozdobnik, tylko jako element świata, w którym bohaterowie oddychają i podejmują decyzje.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że to proza, która nie każdego pogłaszcze. Komorowski idzie w realizm krwi i przemocy, czasem wręcz z upodobaniem. Dla jednych będzie to zaleta, bo świat wczesnego średniowiecza nie był salonem. Dla innych będzie to przesada, bo opis bywa bardzo dosłowny i potrafi zmęczyć, zwłaszcza jeśli ktoś nie szuka w lekturze jatki rozpisanej na szczegóły. Podobnie jest z erotyką i testosteronem. W tej serii męskość bywa ustawiona na głośność maksymalną, co pasuje do konwencji brutalnej przygodówki, ale czasem rozpycha się kosztem subtelniejszej psychologii.
Wątpliwości może też budzić konstrukcja samego Mieszka. Jest charyzmatyczny, skuteczny, często o krok przed wszystkimi. To działa, bo powieść potrzebuje centralnej siły grawitacji, ale momentami pojawia się ryzyko idealizacji, wrażenie, że bohater przechodzi przez kolejne przeszkody zbyt pewnym krokiem. Gdyby częściej się potykał, gdyby czasem płacił za spryt natychmiast, a nie dopiero w wielkich konsekwencjach, dramat byłby jeszcze ostrzejszy. Mimo to warto docenić, że autor nie robi z niego kryształowego świętego. To Mieszko z brudem pod paznokciami, człowiek zdolny do okrucieństwa, a nie postać do szkolnego obrazka.
Ostatecznie te dwa tomy czyta się jak porządną, mięsną opowieść o narodzinach władzy, zanim stanie się ona historią do wkuwania. To rozrywka zakorzeniona w realiach, a nie lekcja historii, i właśnie w tej szczerości tkwi jej urok. Jeśli lubisz powieści, w których intryga idzie ramię w ramię z bitwą, a stawka rośnie z rozdziału na rozdział, to Mieszko: Wyjście z cienia i Mieszko: W blasku chwały dadzą ci dokładnie to, czego obiecują. Surowy świat, szybkie tempo, dużo politycznego tarcia, a przede wszystkim bohatera, który zanim stanie się imieniem z podręcznika, musi najpierw przejść przez ogień.


