W 2001 roku można było wyjść z domu rano, wsiąść na rower, zniknąć gdzieś między boiskiem, sklepem i lasem, a potem wrócić dopiero przed kolacją. Kuba, Antek, Filip i Felicja właśnie tak spędzają wakacje w Strygowicach. Mają swoją bazę, swoje miejsca i ten rodzaj dziecięcej pewności, że okolica należy trochę do nich, bo znają każdą ścieżkę i każdy skrót. Dopiero śmierć dwojga nastolatków pokazuje, jak szybko znajomy teren może stać się czymś obcym.
I to akurat bardzo dobrze działa. Libera nie musi od razu wrzucać potwora między drzewa, żeby las przestał być bezpieczny. Wystarcza świadomość, że ktoś tam zginął i nikt nie potrafi sensownie wyjaśnić dlaczego. Ta sama kryjówka, te same drzewa i ta sama droga zaczynają wyglądać inaczej, bo dzieciaki wiedzą już, że gdzieś obok wydarzyło się coś, czego nie da się łatwo wytłumaczyć.
Zarzewie mroku szybko pokazuje też, że rok 2001 nie został wybrany przypadkiem. Pojawiają się Pokemony, Dragon Ball, kasety, muzyka, napoje i sporo drobiazgów, które dla starszego czytelnika mogą być natychmiastowym powrotem do dzieciństwa. Najlepiej wypada jednak nie samo przypominanie konkretnych rzeczy, ale sposób, w jaki bohaterowie wtedy żyją. Nie mają stałego kontaktu ze sobą, nie mogą co chwilę sprawdzić lokalizacji przyjaciela, a wyprawa do lasu naprawdę oznacza oddalenie się od dorosłych i od możliwości szybkiego wezwania pomocy.
To nadaje całej historii coś, czego współczesne młodzieżowe przygody często muszą sobie sztucznie organizować. Bohaterowie mogą się zgubić, nie pojawić na czas, skręcić gdzieś bez wiedzy rodziców i rzeczywiście przez chwilę być zdani tylko na siebie. Rower daje im wolność, a las pozostaje miejscem, gdzie nie wszystko można kontrolować. Dzięki temu wakacyjna beztroska ma swój ciężar, bo wiadomo, że zaraz może zostać brutalnie przerwana.
Nietrudno przy tym pomyśleć o Stranger Things. Paczka dzieciaków, mała miejscowość, coś złego w lesie, tajemnicze zgony, świat, którego dorośli nie dostrzegają, i coraz wyraźniejsza szczelina między zwyczajnością a czymś nadnaturalnym. Tego skojarzenia nie ma sensu udawać, że nie istnieje, ale dobrze, że Libera stosunkowo szybko zaczyna prowadzić historię po własnemu. Zamiast kolejnej wariacji na amerykańską popkulturę pojawiają się słowiańskie wierzenia, Jagna i Weles, a Strygowice nabierają własnego charakteru.
Jagna wchodzi do tej opowieści trochę jak ktoś, kto przez pomyłkę znalazł się nie tylko w niewłaściwym miejscu, ale i w niewłaściwym tysiącleciu. Twierdzi, że pochodzi z XI wieku, zna zagrożenie czające się w lesie i rozumie rzeczy, które dla współczesnych dzieci brzmią jak legendy. Łatwo byłoby zrobić z niej po prostu postać od wyjaśniania fabuły, ale ciekawszy jest kontrast między nią a światem, do którego trafiła. Dla Kuby i reszty jej rzeczywistość jest niemal bajką, dla niej rok 2001 musiałby wyglądać równie absurdalnie.
Właśnie ten zgrzyt dobrze służy słowiańskiej warstwie książki. Dawne wierzenia nie są czymś zamkniętym w podręczniku albo przerzuconym do osobnej krainy fantasy. Wchodzą między rowery, sklepy, muzykę i wakacyjne włóczenie się. Strzyga nie wyskakuje w zamku na końcu świata, tylko w lesie obok miasteczka, gdzie jeszcze niedawno najważniejszą sprawą było spotkanie z przyjaciółmi.
Takie ustawienie działa na wyobraźnię mocniej niż rozbudowana mapa fantastycznego świata. Łatwiej uwierzyć w coś niepokojącego, kiedy pojawia się o kilka kroków od miejsca, które bohaterowie znają od zawsze. Zwłaszcza że polski las sam z siebie ma wystarczająco dużo cienia, ciszy i starych opowieści, żeby nie trzeba było go specjalnie przebierać za krainę grozy.
Początek książki rzeczywiście idzie w mroczniejszą stronę. Śmierć dwojga nastolatków, brak logicznego wyjaśnienia, plotki i poczucie, że w lesie coś się porusza, zapowiadają historię bliższą horrorowi. Później grozy jest już trochę mniej, bo sytuacja staje się bardziej konkretna, bohaterowie zdobywają wiedzę, a nadnaturalne zagrożenie zaczyna mieć swoje imię i miejsce w większej układance.
Trochę szkoda, bo początkowa niepewność jest jedną z przyjemniejszych rzeczy w tej książce. Dopóki nie wiadomo, co właściwie czai się między drzewami, wyobraźnia robi dużą część roboty. Kiedy świat zostaje nazwany i uporządkowany, niepokój słabnie, a opowieść staje się bardziej przygodowa. Nie jest to zła zmiana, tylko po prostu inna od tej, którą sugerują pierwsze rozdziały.
Z czasem coraz bardziej widać zresztą, że Libera nie chce przede wszystkim straszyć. Chodzi mu o dzieciaki, które przypadkiem trafiły na coś znacznie większego od nich i próbują sobie z tym poradzić tak, jak potrafią. Nie mają żadnego przygotowania, nie są wybrańcami, nie dostali misji od pradawnego zakonu. Jeszcze chwilę wcześniej siedzieli w swojej bazie i zajmowali się rzeczami, które na tym etapie życia wydają się bardzo ważne.
Sama paczka wypada sympatycznie, choć przez dłuższą chwilę bardziej zapamiętywałam ich jako grupę niż jako cztery wyraźnie oddzielone osobowości. Narracja przeskakuje między perspektywami i dzięki temu wiadomo, co dzieje się w głowie poszczególnych bohaterów, ale przy takiej liczbie głosów przywiązanie do jednej osoby buduje się wolniej.
Z czasem przestało mi to przeszkadzać, bo właśnie grupowa dynamika pasuje do tej historii najlepiej. Wspomnienia z takich wakacji też zwykle nie dzielą się później na osobne rozdziały dla każdego kolegi. Zostaje raczej poczucie, że coś robiło się razem. Miało się bazę, jeździło po okolicy, gdzieś się niepotrzebnie właziło i wspólnie wymyślało, dlaczego dorośli znowu niczego nie rozumieją.
Libera nie robi przy tym z dziecięcej przyjaźni czegoś przesadnie cukierkowego. Są sprzeczki, tajemnice, drobne złośliwości i zachowania, które zwyczajnie potrafią zirytować. Kiedy sytuacja robi się naprawdę niebezpieczna, ważniejsza okazuje się jednak świadomość, że nikt nie chce zostawić drugiego samego. W takich chwilach przyjaźń działa lepiej niż wtedy, gdy autor próbuje o niej mówić wprost.
Pierwsza połowa potrafi za to chwilami zwolnić bardziej, niż powinna. Sporo czasu zajmuje osadzanie bohaterów w codzienności, budowanie miasteczka i dokładanie kolejnych szczegółów. Rozumiem ten wybór, bo później łatwiej poczuć, że coś zaburzyło znany porządek, ale po pewnym czasie chciałam już, żeby historia przestała tylko sugerować zagrożenie i ruszyła dalej.
Kiedy akcja się rozkręca, książka od razu nabiera lepszego rytmu. Jagna zaczyna mieć większe znaczenie, słowiańskie elementy nie są już tylko zapowiedzią, a sprawa okazuje się dużo większa niż pojedyncza bestia polująca w lesie. Weles otwiera tę historię na coś szerszego i daje wyraźnie do zrozumienia, że to, co wydarzyło się w Strygowicach, może być zaledwie początkiem.
Finał wykorzystuje to całkiem sprawnie. Nie zamyka wszystkiego szczelnie, bo Zarzewie mroku jest pierwszym tomem Dzieci Międzyświata, ale nie zostawia też czytelnika z poczuciem, że przeczytał jedynie rozbudowany prolog. Bezpośredni konflikt dostaje swoje rozwiązanie, a zarazem zostaje wystarczająco dużo rzeczy, które mogą wrócić później.
Chętnie zobaczyłabym w kolejnych częściach więcej właśnie tego zderzenia między zwyczajnym życiem a starym porządkiem, który cały czas istnieje gdzieś pod spodem. Słowiańskie wierzenia dają tutaj dużo większe możliwości niż zwykła lista stworów do pokonania. Ciekawsze byłoby stopniowe odkrywanie, że kolejne miejsca, historie i rodzinne opowieści mają drugie dno, a bohaterowie zaczynają inaczej patrzeć na rzeczy, które wcześniej uważali za całkowicie zwyczajne.
Podobnie z nostalgią. Najlepiej działa, kiedy pojawia się przy okazji, a nie kiedy książka zaczyna za mocno zerkać na czytelnika i sprawdzać, czy rozpoznał kolejną rzecz z dzieciństwa. Sam brak smartfonów, sposób spędzania czasu i większa swoboda bohaterów wystarczą, żeby ustawić epokę. Popkulturowe szczegóły mogą być wtedy dodatkiem, a nie głównym sposobem budowania roku 2001.
Mimo to trudno nie uśmiechnąć się przy kilku takich elementach. Dla części odbiorców będą dekoracją, ale ktoś, kto dorastał wtedy razem z podobnymi bohaterami, prawdopodobnie przypomni sobie całe popołudnia, nie tylko pojedyncze nazwy. I właśnie dlatego Zarzewie mroku może działać inaczej na młodszych i starszych czytelników.
Dla młodszych rok 2001 będzie niemal historyczną scenerią. Dla starszych to świat wystarczająco niedawny, żeby pamiętać jego rytm, ale jednocześnie już na tyle odległy, że nie da się do niego wrócić. Ten rozdźwięk jest jednym z sympatyczniejszych elementów książki, bo sprawia, że opowieść o wrotach między światami ma jeszcze jedną, zupełnie niezamierzoną warstwę.
Jagna też dzięki temu zaczyna pasować tu coraz lepiej. Oczywiście różnica między XI wiekiem a początkiem XXI wieku jest ogromna, ale dla dzisiejszego nastolatka dzieciństwo z 2001 roku może być już całkiem obcym krajobrazem. W jednej historii spotykają się więc właściwie trzy perspektywy czasu: świat Jagny, świat bohaterów i świat współczesnego czytelnika.
Nie wszystko w Zarzewiu mroku zagrało u mnie równie mocno. Wolałabym więcej grozy, trochę krótszy rozbieg i wyraźniejsze indywidualne portrety części bohaterów. Kiedy jednak książka przestaje przypominać zbiór znajomych inspiracji i zaczyna korzystać z własnego miejsca, czasu oraz słowiańskiego zaplecza, robi się naprawdę przyjemna.
Najlepiej zapamiętam tę zwykłą leśną bazę, bo właśnie ona dobrze streszcza zmianę, przez którą przechodzą bohaterowie. Na początku jest miejscem tylko dla nich, kawałkiem świata odzyskanym od dorosłych, gdzie nic naprawdę złego nie może się stać. Potem pojawia się tam dziewczyna z innej epoki, a razem z nią rzeczy, które powinny istnieć wyłącznie w starych opowieściach. Od tego momentu las nadal wygląda tak samo, tylko żadne z dzieci nie może już uwierzyć, że naprawdę zna wszystkie jego ścieżki.

