Simon Latch od osiemnastu lat zajmuje się wyciąganiem innych ludzi z kłopotów, choć z własnymi radzi sobie zdecydowanie gorzej. Kancelaria w niewielkim Brixton ledwo utrzymuje się na powierzchni, małżeństwo praktycznie się rozpada, pieniądze znikają szybciej, niż się pojawiają, a hazard nie jest najlepszą metodą naprawiania domowego budżetu. I właśnie do tego człowieka przychodzi osiemdziesięciopięcioletnia Eleanor Barnett z testamentem oraz opowieścią o fortunie pozostawionej przez zmarłego męża. Simon powinien zobaczyć klientkę. Widzi również szansę. John Grisham potrzebuje właśnie tej drobnej rysy w zawodowej uczciwości swojego bohatera, żeby później przez kilkaset stron metodycznie ją poszerzać.
Początkowo trudno nawet mówić o typowym thrillerze. Grisham nie otwiera historii trupem, pościgiem ani spektakularnym przestępstwem, lecz rozmową o testamencie. Poznajemy sytuację Simona, jego problemy finansowe i rodzinne oraz coraz bardziej osobliwą historię Eleanor. Starsza kobieta twierdzi, że posiada ogromny majątek, o którym niemal nikt nie wie, a prawnik szybko zaczyna kalkulować, ile może na tej znajomości zyskać. Nie oznacza to jeszcze, że zamierza swoją klientkę skrzywdzić. Wystarczy, że odrobinę zbyt mocno interesuje go jej portfel. Właśnie na tej niewygodnej różnicy Grisham buduje pierwszą połowę powieści.
Simon wypada dzięki temu znacznie ciekawiej niż kolejny szlachetny adwokat gotowy samotnie przeciwstawić się niesprawiedliwości. Chciwość jest jedną z jego wad, ale nie zamienia go automatycznie w złego człowieka. Podejmuje wątpliwe decyzje, bywa egoistyczny, ma problemy z hazardem i potrafi znaleźć całkiem rozsądne uzasadnienie dla zachowania, którego prawdopodobnie nie zaakceptowałby u kogoś innego. Długo nie byłam pewna, czy właściwie go lubię. Byłam natomiast ciekawa, jak daleko jest gotów się posunąć, a to w przypadku bohatera thrillera okazuje się znacznie cenniejsze od natychmiastowej sympatii.
Grisham nie spieszy się z odpowiedzią. Pierwsza część Wdowy rozwija się powoli i bardziej przypomina obyczajową historię o prawniku wpadającym w coraz poważniejsze problemy niż klasyczny kryminał. Autor bardzo dokładnie układa kolejne elementy, pokazuje relację Simona z Eleanor i pozwala dostrzegać luki w opowieściach starszej kobiety. Pieniądze, które początkowo wyglądają jak rozwiązanie wszystkich problemów, stopniowo zaczynają przypominać ich źródło. To dobre budowanie napięcia, choć momentami miałam wrażenie, że Grisham układa kostki domina z taką pieczołowitością, jakby przed przewróceniem pierwszej chciał jeszcze sprawdzić każdą poziomicą.
Ta cierpliwość ma jednak sens, kiedy sytuacja wreszcie wymyka się spod kontroli. Eleanor trafia do szpitala po wypadku samochodowym, jej historia zaczyna wyglądać coraz mniej wiarygodnie, a Simon z prawnika zajmującego się cudzymi problemami zmienia się w człowieka oskarżonego o morderstwo. Co gorsza, sam doskonale rozumie materiał zgromadzony przeciwko niemu. Wie, jak wyglądają poszlaki, potrafi przewidzieć sposób, w jaki zostaną przedstawione ławie przysięgłych, i zdaje sobie sprawę, że niewinność nie musi mieć większego znaczenia, jeżeli prokuratura potrafi z dostępnych faktów stworzyć przekonującą historię.
W tym miejscu Wdowa nabiera charakteru, którego można oczekiwać po Grishamie. Rozprawy, zeznania, strategie prawników i analiza dowodów nie stanowią technicznego dodatku do zagadki kryminalnej. To właśnie one tworzą napięcie. Autor nie potrzebuje szczególnie skomplikowanego żargonu, żeby pokazać, jak wielka różnica istnieje między tym, co rzeczywiście się wydarzyło, a tym, co można udowodnić przed sądem. Te same fakty odpowiednio uporządkowane potrafią stworzyć dwie zupełnie różne wersje rzeczywistości.
Podobało mi się również, że Grisham nie przedstawia kłopotów Simona jako konsekwencji jednego absurdalnego błędu. Pułapka zamyka się stopniowo. Jedna decyzja prowadzi do następnej, każda w danym momencie ma jakieś uzasadnienie, a później wszystkie razem zaczynają wyglądać fatalnie. Czytelnik wie przy tym, że Simon sam dostarczył przynajmniej część materiału, który można wykorzystać przeciwko niemu. Nie odpowiada za morderstwo, ale nie oznacza to, że jego ręce są zupełnie czyste. Ta różnica pozwala Grishamowi znacznie ciekawiej rozgrywać temat winy niż w historii o całkowicie niewinnym człowieku przypadkiem wrobionym przez złoczyńcę.
Tytułowa Eleanor także długo pozostaje zagadką. Jej majątek uruchamia całą historię, lecz równie istotne okazuje się pytanie, ile właściwie prawdy powiedziała Simonowi. Starsza, zamożna klientka mogłaby łatwo zostać potraktowana wyłącznie jako zapalnik fabuły, tymczasem niepewność dotycząca jej przeszłości podtrzymuje zainteresowanie również wtedy, gdy uwaga przesuwa się już na sytuację prawnika. Szkoda jedynie, że później sama Eleanor oraz część pozostałych bohaterów zostają trochę w cieniu Simona. Grisham znacznie dokładniej rozpisuje jego słabości i motywacje niż psychologię osób znajdujących się wokół niego.
Najciekawszym tematem pozostaje jednak chciwość, przedstawiona bez szczególnego moralizowania. Ogromny spadek działa tutaj jak odczynnik chemiczny. Nie tworzy wad bohaterów, tylko bardzo szybko je ujawnia. Ludzie zaczynają kalkulować, ukrywać informacje, interpretować fakty we własnym interesie i zastanawiać się, jaka część pieniędzy mogłaby przypaść właśnie im. Simon również nie jest na to odporny. Jego sytuacja finansowa sprawia, że łatwo zrozumieć pokusę, ale Grisham nie myli zrozumienia z usprawiedliwieniem.
Właśnie dlatego przemiana bohatera po oskarżeniu wypada wiarygodnie. Człowiek, który początkowo zastanawiał się, jak wykorzystać nadarzającą się okazję, musi nagle walczyć nie o pieniądze, lecz o własną wolność. Perspektywa bardzo szybko się zmienia. Grisham stopniowo odbiera Simonowi poczucie kontroli, a znajomość prawa okazuje się zarówno jego przewagą, jak i dodatkowym źródłem strachu. Przeciętny oskarżony może jeszcze łudzić się, że wszystko jakoś się wyjaśni. Prawnik wie dokładnie, jak bardzo może się nie wyjaśnić.
Mam natomiast problem z proporcjami pomiędzy dwiema częściami powieści. Grisham długo i skrupulatnie przygotowuje katastrofę, po czym po jej rozpoczęciu wyraźnie przyspiesza. Gdy Wdowa przechodzi mocniej w kryminał i pojawia się konieczność znalezienia rzeczywistego sprawcy, chciałabym dostać równie szczegółowo poprowadzone śledztwo jak wcześniejszą historię finansowo-prawnego osaczania Simona. Tymczasem część odkryć pojawia się szybciej, kolejne informacje następują po sobie gęściej, a finał nie dostaje tyle miejsca, ile sugerowałaby cierpliwość pierwszej połowy. Nie rozwala to konstrukcji zagadki, ale pozostawia niedosyt.
Jednocześnie właśnie zmiana gatunkowego środka ciężkości jest jednym z ciekawszych pomysłów Grishama. Wdowa zaczyna się niemal obyczajowo, później przechodzi w thriller prawniczy, a ostatecznie coraz mocniej korzysta z klasycznej zagadki kryminalnej. Pytanie nie brzmi już tylko, czy Simon zdoła obronić się przed oskarżeniem, lecz również kto naprawdę stoi za śmiercią Eleanor i dlaczego wszystkie elementy układanki znalazły się właśnie w takim miejscu. Rozwiązanie wyrasta z wcześniej podsuniętych informacji, zamiast pojawić się w ostatniej chwili wraz z nieznanym dotąd krewnym i testamentem znalezionym pod materacem.
Grisham imponuje przy tym powściągliwością. W czasach, gdy thriller często próbuje zatrzymać czytelnika kolejnym zwrotem akcji co kilkanaście stron, Wdowa przez długi czas pozwala napięciu rosnąć z rzeczy zupełnie niewidowiskowych: długu, dokumentu, rozmowy, źle podjętej decyzji czy niekorzystnej interpretacji faktów. Nie wszystko musi eksplodować, żeby człowiek znalazł się w fatalnej sytuacji. Czasami wystarczy podpis złożony we właściwym miejscu.
Nie nazwałabym jednak wolnego tempa automatycznie zaletą. Początek miejscami rzeczywiście można było skrócić, szczególnie że późniejszej części kryminalnej dodatkowe kilkadziesiąt stron bardzo by się przydało. Grisham każe długo czekać na zapalnik głównego konfliktu, a kiedy wreszcie go odpala, nagle zaczyna oszczędzać miejsce. Paradoksalnie więc najbardziej rozbudowana jest część, w której wydarzenia rozwijają się najwolniej, a najbardziej skrótowa ta, w której chciałabym zatrzymać się przy szczegółach.
Mimo tych zastrzeżeń Wdowa działa bardzo dobrze jako historia człowieka, który najpierw zagląda przez uchylone drzwi do łatwiejszego życia, a chwilę później odkrywa, że zatrzasnęły się za jego plecami. Simon nie potrzebuje kryształowego charakteru, żeby można było trzymać za niego kciuki. Wręcz przeciwnie, jego wcześniejsze błędy sprawiają, że późniejsze osaczenie jest znacznie ciekawsze. Wie, że nie zabił Eleanor. Wie również, że sam zrobił wystarczająco dużo głupich rzeczy, żeby inni bez większego wysiłku uwierzyli, że mógł to zrobić.
Grisham wykorzystuje więc kryminalną zagadkę do opowieści o różnicy między niewinnością a wyglądaniem na niewinnego. Prawo interesuje się dowodami, ława przysięgłych słucha opowieści zbudowanej z faktów, a człowiek znajdujący się po niewłaściwej stronie stołu nagle odkrywa, jak niewielkie znaczenie ma jego własna pewność, że mówi prawdę. Simon Latch znał te zasady przez osiemnaście lat. Dopiero we Wdowie przekonuje się, jak brzmią, kiedy to jego nazwisko znajduje się w akcie oskarżenia.

