Komiksy

RECENZJA: Czasem | Ucieczka, która pożera człowieka

Są takie historie, które zaczynają się od fantazji bardzo niewinnej, wręcz dziecinnej. Mieć swój kąt. Zniknąć na chwilę. Zamknąć drzwi i sprawić, żeby świat, choćby na moment, przestał się dobijać. Czasem Grzegorza Janusza i Marcina Podolca bierze właśnie to marzenie i robi z niego narzędzie wiwisekcji. Nie opowiada o supermocy. Opowiada o tym, co dzieje się z człowiekiem, który dostaje idealny pretekst, żeby już nigdy nie musieć być obecnym.

To jest komiks z tych, które nie potrzebują wielkiego rozmachu, bo całą robotę robi pomysł i jego konsekwencje. Adam Ostatko wprowadza się z żoną do starej willi, a ich małżeństwo od pierwszych stron wygląda jak relacja, która nie tyle się kończy, co od dawna już gnije w miejscu. Nie ma tu wybuchów, nie ma melodramatycznych tyrad, nie ma teatralnych scen. Jest chłód, rutyna, zniecierpliwienie i ta bardzo nieprzyjemna codzienność, w której dwoje ludzi mieszka obok siebie, ale już nie bardzo ze sobą. I właśnie w takim krajobrazie Adam odkrywa mały pokój, kanciapę, klitkę, przestrzeń osobną, w której czas płynie inaczej. A właściwie nie płynie dla świata na zewnątrz niemal wcale.

To odkrycie mogłoby być spełnieniem marzeń. Dodatkowym życiem. Schowkiem na spokój. Miejscem, w którym da się odpocząć, pomyśleć, pobyć samemu. I właśnie dlatego ten komiks działa tak mocno, bo nie buduje grozy z czegoś egzotycznego, tylko z pokusy, którą niemal każdy rozumie. Kto nigdy nie marzył, żeby na chwilę wypisać się z obowiązków, relacji, hałasu, oczekiwań i tej całej męczącej obecności świata, ten albo kłamie, albo ma dużo szczęśliwsze życie niż reszta. Janusz świetnie wie, że najgroźniejsze nie są fantazje, które od razu wyglądają podejrzanie. Najgroźniejsze są te, które brzmią rozsądnie.

Scenariusz działa jak bardzo precyzyjne studium uzależnienia. Adam nie dostaje przecież w ręce miecza, nie otwiera portalu do innego wymiaru, nie staje się wybrańcem. Dostaje możliwość nieuczestniczenia. Możliwość odsunięcia od siebie wszystkiego, co niewygodne. I z tej możliwości robi narkotyk. Początkowo to mały luksus, prywatny azyl, chwilowe wycofanie. Potem już regularna ucieczka. Potem przymus. Potem rozpad. Im dłużej Adam siedzi w swojej „bezludnej wyspie”, tym bardziej staje się człowiekiem, który już nie umie żyć poza nią. To jest bardzo celne, bo Czasem nie opowiada o samej samotności jako wartości. Ono opowiada o samotności, która zmienia się w formę kapitulacji wobec życia.

Grzegorz Janusz rozpisuje ten proces bez histerii, ale bez litości. Nie próbuje Adama wybielać, nie robi z niego romantycznego outsidera, który po prostu „potrzebuje przestrzeni”. Wręcz przeciwnie. To bohater mały, sfrustrowany, coraz bardziej samolubny i coraz bardziej odrażający w swojej ucieczce od odpowiedzialności. Najmocniejsze w tym komiksie jest to, że przekleństwo nie bierze się z pokoju. Ono bierze się z człowieka, który natychmiast postanawia użyć go najgorzej, jak się da. Janusz nie stawia więc pytania, co zrobiłbyś z taką mocą, tylko znacznie podlejsze i ciekawsze: kim naprawdę jesteś, kiedy świat przestaje cię pilnować.

Podolec z kolei nie ilustruje tej historii, tylko ją dociska. Jego kreska jest szorstka, ciemna, pełna ciężaru. Nie ma tu ozdobności, nie ma popisu dla samego popisu. Jest rysunek, który rozumie duszność. Pomieszczenia wydają się ciasne nawet wtedy, gdy obiektywnie nie są. Twarze są zmęczone, ciała niewygodne, przestrzeń nie daje oddechu. Z biegiem lektury coraz mocniej czuć, że to nie jest opowieść o domu, tylko o pułapce, która z początku wygląda jak schronienie.

Świetnie działa też operowanie powtórzeniem. Kadry z życia „na zewnątrz” potrafią być monotonne, niemal zapętlone, co buduje wrażenie nie tyle stagnacji, co znieczulenia. W kontraście kanciapa, ta pozornie neutralna kryjówka, staje się miejscem coraz bardziej niepokojącym, niemal organicznym w swojej ciemności. Podolec umie sprawić, że cień nie jest tylko kolorem, ale stanem psychicznym. Im głębiej Adam wchodzi w swoją ucieczkę, tym bardziej plansze wyglądają tak, jakby świat już dawno zaczął go trawić od środka.

Kolorystyka robi tu ogromną robotę. Przygaszone, sine, brudne tony i ciężka czerń nie budują „ładnego mroku”, tylko mrok lepki, przyziemny, przytłaczający. To nie jest estetyzowana depresja. To jest rozpad pokazany bez filtra. I właśnie dlatego ten komiks tak dobrze siedzi pod skórą. Bo nie próbuje uwodzić cię melancholią. On chce, żebyś poczuł dyskomfort.

Nowe wydanie ma oczywiście dodatkową wartość jako przypomnienie jednego z najważniejszych polskich komiksów tamtego czasu. Twarda oprawa, szkice, elegancka forma, cały ten jubileuszowy gest Kultura Gniewu ma sens, bo Czasem naprawdę zasługuje na powrót. Nie jako eksponat. Nie jako „klasyk do odhaczenia”. Raczej jako historia, która nadal potrafi uderzyć bardzo celnie, bo temat wcale się nie zestarzał. Wręcz przeciwnie. Dziś, w epoce permanentnego przebodźcowania i marzeń o zniknięciu choćby na dwie godziny bez powiadomień, ten komiks robi się może nawet bardziej aktualny niż kiedyś.

To jest opowieść o marzeniu, które brzmi jak wybawienie, a kończy się jak autodestrukcja. O męskiej niedojrzałości, która myli święty spokój z prawem do wycofania się ze wszystkiego. O samotności, która przestaje być schronieniem, a staje się glebą pod moralne i psychiczne gnicie. I o czasie, który wcale nie musi płynąć, żeby człowiekowi zdążyło rozsypać się życie.

Czasem nie jest długim komiksem, ale może właśnie dlatego działa tak skutecznie. Nie rozcieńcza się, nie rozwadnia, nie dokłada niepotrzebnych dekoracji. Wchodzi szybko, siedzi głęboko i zostawia po sobie ten bardzo nieprzyjemny rodzaj refleksji, kiedy zaczynasz się zastanawiać, czy twoja własna „kanciapa” naprawdę jest tylko niewinnym azylem.

A to już jest sukces bardzo niewielu historii.

Nataniel Ferenc

Mogę powiedzieć, że gram, czytam, oglądam - jeszcze nie śpiewam. Ale pracuję nad tym.