Najłatwiej opowiadać historię wtedy, gdy wszystko już wiadomo. Miasto upadło. Miasto odbito. Miasto odbudowano. Można postawić kilka mocnych dat, dorzucić garść obrazów ruin, trochę heroizmu, trochę narodowego drżenia i gotowe. Tylko że między jednym a drugim zawsze istnieje jeszcze coś znacznie trudniejszego do pokazania. Ten moment, kiedy nie ma już huku, ale nie ma też jeszcze życia. Kiedy człowiek wraca do miejsca, które było domem, i odkrywa, że dom zamienił się w pustą ranę. Brzask Jacka Świdzińskiego właśnie tam rozstawia swoją opowieść. Nie w centrum wielkiej bitwy, nie w kulminacji podręcznikowej historii, tylko w tym strasznym, rozedrganym „pomiędzy”, które zwykle wypada z narracji, bo jest za ciche, za brudne, za ludzkie.
To jest pomysł znakomity, bo od razu zmienia perspektywę. Warszawa w Brzasku nie jest pomnikiem. Nie jest symbolem do podziwiania z dystansu. Jest organizmem po ciężkim urazie, który nie wie jeszcze, czy w ogóle ma siłę się podnieść. 18 stycznia 1945 roku. Jeden dzień i jedna noc. Od brzasku do brzasku. Garstka ludzi wraca do ruin, szuka śladów dawnego życia, próbuje znaleźć schronienie, wodę, ciepło, kogokolwiek znajomego. I mówi. O wojnie. O Powstaniu. O piwnicach, kanałach, ucieczkach, kulach, śmierci. O tym, co się straciło i czego już się nie odzyska. Ale też o tym, że mimo wszystkiego człowiek dalej z jakiegoś powodu idzie przed siebie.
Najmocniejsze w tym komiksie jest to, że nie opowiada o ruinach jak o dekoracji historii. Ruiny są tu stanem psychicznym. Świdziński robi rzecz bardzo trudną i robi ją z imponującym wyczuciem. Nie wpada w patos, nie pompuje bohaterstwa tam, gdzie bardziej uczciwe są zmęczenie, szok i głód. Nie robi też z tej historii zimnego ćwiczenia formalnego. Brzask żyje emocjami swoich bohaterów, ale nie wyciska ich na siłę. To nie jest komiks, który będzie tobą potrząsał przy każdej stronie i krzyczał: patrz, jakie to ważne. On jest ważny właśnie dlatego, że umie się powstrzymać. Że rozumie, iż po apokalipsie ludzie niekoniecznie wygłaszają wielkie mowy. Czasem po prostu pytają, gdzie można przenocować. Czasem stoją w kolejce po wodę. Czasem niosą czyjeś ciało. Czasem patrzą w śnieg i próbują uwierzyć, że jutro w ogóle ma sens.
To jest też komiks kapitalnie przemyślany formalnie. Świdziński nie zadowala się prostym układem: postać mówi, kadr ilustruje. Bardzo często tekst i obraz idą osobnymi torami. Ktoś opowiada swoją historię, a rysunki prowadzą równolegle inną narrację, dopowiadają, kontrują, komplikują. Dzięki temu Brzask nie jest jednowarstwowym zapisem wspomnień, tylko opowieścią o tym, że doświadczenie wojny i powrotu do miasta nie mieści się w jednej relacji. To, co wypowiedziane, nie wyczerpuje tego, co przeżyte. To, co pokazane, nie zawsze jest tym samym, co usłyszane. I właśnie w tej szczelinie między jednym a drugim rodzi się prawdziwa siła komiksu. Świdziński świetnie rozumie, że czasem najwięcej mówi to, co nie jest powiedziane wprost.
Warstwa graficzna jest przy tym fenomenalnie dopasowana do tematu. To nie jest „ładny” komiks o ruinach. I całe szczęście. Rysunki są szorstkie, grube, pełne pyłu, sadzy, śniegu, brudu. Miasto nie ma tu nic z pocztówki. Ludzie też nie. Twarze są zmęczone, sylwetki skulone, przestrzeń porozrywana. Ten rysunek nie chce uwodzić, tylko oddać stan świata, który dopiero próbuje wrócić do jakiejkolwiek formy. A jednak jest w tym wszystkim bardzo precyzyjna kontrola. Kadry są przemyślane, rytm narracji działa, szerokie rozkładówki naprawdę robią wrażenie, bo pokazują, jak z tych drobnych, prywatnych gestów zaczyna się odradzać coś większego. Nie heroicznie. Nie od razu. Mozolnie, niezgrabnie, boleśnie.
Kolor również pracuje tu znakomicie. Czerń, biel, szarość i ten powracający, intensywny żółto pomarańczowy ton, który nie jest tylko plamą estetyczną, ale czymś w rodzaju emocjonalnego ciśnienia. Raz wygląda jak resztka ognia, raz jak puls wspomnienia, raz jak ślad napięcia, wzruszenia albo nagłego przypływu życia. Dzięki temu Brzask nie zamyka się w martwej, historycznej monochromii. On oddycha. Nawet jeśli to oddech ciężki, nierówny, chwilami rwany.
Bardzo dobrze wypadają też bohaterowie. To nie są wielkie figury historii, tylko ludzie, którzy próbują skleić siebie z resztek. Harcerka, kobieta, cwaniaczek, ci, którzy przeszli przez piekło i teraz siedzą w piwnicy, opowiadają, słuchają, milczą. Świdziński daje im różne głosy, różne rytmy mówienia, różne sposoby bycia. Nie robi z nich zbiorowego chóru cierpienia. Każdy niesie swoją historię trochę inaczej. Dzięki temu Brzask nie jest abstrakcyjną opowieścią „o warszawiakach”, tylko bardzo konkretnym spotkaniem jednostek, które nagle dzielą wspólną ruinę. Co ważne, ten komiks jest przy całej swojej historyczności zaskakująco współczesny w emocjach.
Lęk, wyczerpanie, potrzeba wspólnoty, bezradność wobec skali zniszczenia, a mimo to uporczywe szukanie sensu dalszego życia, to wszystko jest czytelne także dziś, bez żadnego dopisywania aktualnych analogii grubą kreską. To nie jest komiks, który prosi o pamięć w muzealnym sensie. On pokazuje, że trauma i potrzeba odbudowy są doświadczeniami ponadczasowymi.
Jedyne, do czego naprawdę można się przyczepić, to długość. Nie dlatego, że czegoś tu brakuje w sensie konstrukcyjnym. Ta opowieść jest domknięta, zwarta, dobrze rozpisana. Ale po prostu chciałoby się z tymi ludźmi pobyć dłużej. Chciałoby się jeszcze trochę posiedzieć przy tym ogniu, jeszcze chwilę posłuchać, jeszcze kilka kroków przejść po tej martwej, a jednak wracającej do życia Warszawie. To zresztą zarzut najlepszy z możliwych, bo wynika z tego, że komiks naprawdę otwiera w czytelniku apetyt na więcej.
Brzask jest jednym z tych dzieł, które pozornie są skromne, a w rzeczywistości zostają pod skórą na długo. Nie epatuje wielkością, nie ustawia się od razu w szeregu „najważniejszych narodowych opowieści”, nie domaga się pomnika. I właśnie dlatego działa tak mocno. Bo mówi o chwili, kiedy nikt jeszcze nie myśli o pomnikach. Wszyscy myślą o tym, jak przeżyć noc, gdzie znaleźć wodę i czy da się jeszcze kogokolwiek rozpoznać pośród zgliszcz. To komiks o świcie, który nie przynosi ulgi, tylko obowiązek dalszego życia. I może właśnie dlatego jest tak poruszający. Bo przypomina, że po katastrofie nie następuje od razu odrodzenie. Najpierw przychodzi brud, głód, pamięć i bardzo niepewna nadzieja. A dopiero potem, czasem bardzo powoli, zaczyna się miasto.


