Jest coś rozbrajającego w tym, że Hollywood potrzebowało tylu lat, żeby zrozumieć rzecz, którą dzieciaki w latach 80. wiedziały od razu. He-Man nie miał być realistyczny. Nie miał być subtelny. Nie miał wyglądać jak bohater z prestiżowego dramatu fantasy, któremu ktoś tylko przez pomyłkę dał magiczny miecz i tygrysa bojowego. To była czysta, plastikowa mitologia podwórka, sklepu z zabawkami i sobotniego poranka przed telewizorem. Dobro miało szerokie barki, zło miało czaszkę zamiast twarzy, a najważniejsze zdanie brzmiało tak, jakby wymyślił je ktoś, kto doskonale rozumiał, że dziecięca wyobraźnia nie potrzebuje ironicznego przypisu.
Dlatego Władcy Wszechświata są ciekawi nie tylko jako kolejny powrót znanej marki, ale jako objaw większej zmiany. Kino zabawek przestało przepraszać za to, że jest kinem zabawek. Przynajmniej zaczyna próbować. Po latach udawania, że każdą starą franczyzę trzeba przyciemnić, psychologicznie pogłębić albo obśmiać, wraca podejrzenie, że czasem najlepszym wyjściem jest przyjąć absurd na klatę i zrobić z niego widowisko. Nie kpić z niego. Nie kamuflować go. Po prostu zrozumieć, że jego śmieszność jest częścią uroku.

Nowi Władcy Wszechświata Travisa Knighta trafili do kin jako produkcja Amazon MGM Studios i Mattel Films, z datą premiery wyznaczoną na 5 czerwca 2026 roku. To ważne, bo nie mówimy już o pobocznym eksperymencie ani o serialowej ciekawostce. Mówimy o pełnoprawnym kinowym powrocie marki, która przez dekady była bardziej wspomnieniem, figurką z dzieciństwa i memem o mocy Grayskull niż realną blockbusterową siłą.
A przecież historia tej marki jest od początku podejrzanie szczera. Masters of the Universe narodziło się jako linia zabawek, urosło dzięki animacji, a potem próbowało wejść do kina w 1987 roku. Tamten film z Dolphem Lundgrenem dziś ma status osobliwości. Niby kultowy, niby kochany przez część fanów, ale jednak obciążony tym typowym dla epoki poczuciem, że kino nie do końca wie, jak przełożyć kolorową, przesadzoną fantazję na ekran. Zamiast Eternii pełnej pulpowej energii dostaliśmy coś bardziej ograniczonego, ciemniejszego, chwilami jakby zawstydzonego własnym pochodzeniem. Frank Langella jako Skeletor robił, co mógł, i robił to z majestatem człowieka, który postanowił potraktować czaszkogłowego tyrana z pełną teatralną powagą. Ale cały projekt wyglądał jak próba zmieszczenia galaktycznej fantazji w zbyt małym pokoju.
Dzisiaj sytuacja jest inna. Kino popularne ma technologię, pieniądze i doświadczenie, by pokazać dowolny świat. Tyle że przez ostatnie lata często brakowało mu odwagi, by pokazać świat naprawdę dziwny bez asekuracyjnego śmiechu. I to jest problem większy niż sam He-Man. Współczesny blockbuster bardzo często zachowuje się tak, jakby bał się własnej naiwności. Gdy robi się za wzruszająco, zaraz musi paść żart. Gdy robi się zbyt epicko, ktoś musi mrugnąć do kamery. Gdy bohater wypowiada zdanie, które mogłoby zabrzmieć szczerze, scenariusz natychmiast podstawia mu pod nogi ironię.
A przecież nie każda szczerość jest obciachem. To właśnie tu Władcy Wszechświata mogą być ciekawym przypadkiem. Oficjalny opis mówi o Adamie, granym przez Nicholasa Galitzine’a, który po latach wraca na Eternię, odkrywa świat rozbity rządami Skeletora i musi połączyć siły z Teelą oraz Duncanem, znanym jako Man At Arms. W obsadzie są też Camila Mendes, Idris Elba i Jared Leto jako Skeletor. To zestaw, który od razu pokazuje, że twórcy nie próbują sprzedać tej historii jako małej nostalgicznej zabawy dla garstki fanów. To ma być pełnoprawna, szeroka przygoda fantasy.
Tylko że sama skala nie wystarczy. Tego nauczyło nas już zbyt wiele rebootów. Nostalgia jest dziś walutą tak powszechną, że zaczęła tracić wartość. Każdy pamięta jakąś kreskówkę, zabawkę, grę, reklamę, czołówkę, piosenkę. Każda korporacja potrafi wyjąć z magazynu starą markę, odkurzyć logo i powiedzieć: pamiętacie? Problem polega na tym, że pamięć nie jest fabułą. Rozpoznawalność nie jest emocją. A fanserwis nie jest sercem opowieści.
Po Barbie kino oparte na zabawkach znalazło się w dziwnym momencie. Film Grety Gerwig udowodnił, że plastikowy punkt wyjścia może stać się pretekstem do rozmowy o tożsamości, konsumpcji, feminizmie, performansie i całym tym wielkim bałaganie, który mieści się między dziecięcą zabawą a dorosłym rozczarowaniem. Ale nie każda zabawka musi teraz udawać esej kulturoznawczy. I bardzo dobrze. Bo gdyby Władcy Wszechświata próbowali być drugą Barbie, przegraliby na starcie.

He-Man potrzebuje czegoś innego. Nie ironicznej dekonstrukcji. Nie ponurego realizmu. Nie terapii zbiorowej dla figurek z półki. He-Man potrzebuje przekonania, że miecz, zamek, tygrys, czarodziejka, wojownik i szkieletowy despota mogą jeszcze istnieć w kinie bez wstydu. Największą pułapką tego filmu byłoby udawanie, że jest mądrzejszy od własnego materiału.
Bo materiał jest, jaki jest. Absurdalny. Głośny. Kolorowy. Pełen imion, które brzmią jak wymyślone podczas projektowania pudełek z zabawkami. Ale właśnie w tym tkwi jego siła. W czasach, kiedy fantastyka często próbuje przekonać nas, że musi być szara, brudna i politycznie ciężka, Eternia może działać jak odtrutka. Nie dlatego, że jest głupsza. Dlatego, że ma inną logikę. Logikę mitu dla dzieci, które nie potrzebują, by wszystko było realistyczne, jeśli emocja jest prawdziwa.
I tu zaczyna się najciekawszy temat: czy kino oparte na zabawkach może być szczere, nie będąc infantylne? Może. Ale pod warunkiem, że zrozumie różnicę między prostotą a prostactwem. He-Man zawsze był prosty. Dobro walczy ze złem. Bohater musi dorosnąć do mocy. Drużyna pomaga mu odzyskać świat. Skeletor chce rządzić, bo oczywiście, że chce rządzić. Tyle że taka prostota nie jest wadą, jeśli film potrafi wydobyć z niej energię. Baśnie też są proste. Mity też są proste. Ich siła nie polega na skomplikowaniu fabuły, tylko na czystości symboli.
Skeletor jest pod tym względem idealny. Współczesne kino zbyt często uznaje, że złoczyńca bez rozbudowanej traumy jest niepełny. Każdy musi mieć genezę cierpienia, każdy musi mieć rację w połowie zdania, każdy musi być odbiciem lęków protagonisty i komentarzem do systemu. A czasem widz potrzebuje kogoś, kto po prostu jest wcieleniem teatralnego zła. Kogoś, kto pojawia się na ekranie i od razu wiesz, że będzie mówił za dużo, śmiał się za głośno i robił wszystko z przesadą tak wielką, że aż piękną. Jeśli Jared Leto rzeczywiście odnalazł w Skeletorze tę starą, barokową energię złoczyńcy większego niż życie, to może być najcenniejszy element całego przedsięwzięcia. People w swoim zestawieniu obsady przypomina zresztą ciągłość między Frankiem Langellą z filmu z 1987 roku a Leto w nowej wersji, co samo w sobie pokazuje, jak mocno postać Skeletora opiera się na teatralnym dziedzictwie ekranowego łotrostwa.
Skeletor nie powinien być realistyczny. Skeletor powinien brzmieć jak ktoś, kto mógłby wygłosić monolog do pustej sali tronowej, a potem kazać komuś bić brawo. I dobrze. W kinie coraz bardziej brakuje złoczyńców, którzy nie proszą o zrozumienie, tylko o scenę.
Ale równie ciekawy jest sam He-Man. Bo z nim sprawa jest trudniejsza. To postać, która w najprostszej wersji może wyglądać jak żart z nadmiaru męskości. Mięśnie, miecz, poza, moc, okrzyk. Gotowy mem. Współczesny film nie może tego po prostu powtórzyć bezrefleksyjnie, ale też nie powinien całkowicie temu zaprzeczać. Jeśli He-Man przestanie być fizycznie potężny, znika podstawowa ikonografia. Jeśli jednak będzie tylko mięśniami, film stanie się pustym odtworzeniem figurki.
Najlepsze wyjście leży pośrodku. Nie odbierać mu siły, tylko zmienić pytanie o to, czym ta siła jest. Co znaczy być najpotężniejszym człowiekiem wszechświata, jeśli najważniejszym zadaniem nie jest uderzyć mocniej, tylko wiedzieć, kiedy nie trzeba uderzać? Co zrobić z bohaterem, który wygląda jak fantazja o dominacji, ale może stać się fantazją o odpowiedzialności?
To właśnie tutaj kino zabawek może przestać przepraszać. Nie przez udawanie, że staje się prestiżowym dramatem. Przez znalezienie emocjonalnego sensu w samej zabawie. Dziecko bawiące się figurką nie potrzebowało realistycznej psychologii He-Mana. Ale potrzebowało poczucia, że moc służy ochronie, nie upokorzeniu. Że bohater nie wygrywa dlatego, że jest największy, tylko dlatego, że staje po właściwej stronie. To niby proste, ale właśnie na takich prostych zdaniach wychowało się pół popkultury.
Dlatego bardzo podoba mi się myśl, że współczesny He-Man nie musi być antytezą dawnego. Nie musi przepraszać za mięśnie, miecz i bohaterską pozę. Może je zachować, ale nadać im trochę więcej sensu. Nie trzeba burzyć Grayskull, żeby zbudować coś nowego. Czasem wystarczy przestać traktować je jak wstydliwy relikt.
Hollywood długo miało problem z taką szczerością. Zwłaszcza gdy chodziło o marki uznawane za „dziecinne”. Albo robiono z nich cyniczne maszyny do nostalgii, albo próbowano je dorobić do powagi tak intensywnie, że znikała cała zabawa. Najlepsze współczesne adaptacje starych marek działają wtedy, gdy nie wstydzą się własnego DNA. Bumblebee działał lepiej niż wiele innych odsłon Transformers, bo Travis Knight potraktował absurd robota z kosmosu i nastolatki z czułością, nie jak problem do zamaskowania. Dlatego jego nazwisko przy Władcach Wszechświata jest ważne. Knight rozumie, że nostalgia jest najmocniejsza wtedy, gdy nie jest tylko dekoracją, ale emocjonalnym alfabetem.
Oczywiście można kręcić nosem. Że to wszystko nadal korporacyjna reanimacja marki. Że Mattel Films po sukcesie Barbie będzie wyciągać z katalogu kolejne zabawki, aż dostaniemy dramat egzystencjalny o Magic 8 Ball. Że każde wspomnienie dzieciństwa zostanie kiedyś spieniężone w formie premiery kinowej, limitowanej figurki i kampanii z hasłem „dla nowych i starych fanów”. Wszystko prawda. Ale cynizm nie wyczerpuje tematu.
Bo pytanie nie brzmi, czy korporacje zarabiają na nostalgii. Oczywiście, że zarabiają. Pytanie brzmi, czy w środku tego mechanizmu da się jeszcze zrobić film, który naprawdę coś czuje do własnego świata. Władcy Wszechświata są interesujący właśnie jako test. Czy można wziąć markę zrodzoną z zabawek i nie zamienić jej ani w cyniczną reklamę, ani w przesadnie poważny reboot, ani w dwugodzinny żart o tym, że kiedyś byliśmy dziećmi?
Jeśli tak, to może kino zabawek naprawdę przestało przepraszać. Nie oznacza to, że każda stara marka zasługuje na powrót. Nie oznacza też, że każda sentymentalna reaktywacja ma automatycznie sens. Wręcz przeciwnie. Im więcej takich powrotów, tym bardziej trzeba pytać, czy za logo stoi jakakolwiek myśl. Ale w przypadku He-Mana istnieje przynajmniej potencjał na coś, czego blockbusterom ostatnich lat często brakuje: wielką, kolorową, nieskomplikowaną przygodę, która nie myli prostoty z głupotą.

I może właśnie dlatego ten projekt budzi we mnie ciekawość większą niż wiele poważniejszych zapowiedzi. Bo He-Man nie powinien być poważny w tym znaczeniu, w jakim poważne chce być kino prestiżowe. Powinien być szczery. Powinien mieć odwagę wypowiedzieć swoje najgłupsze zdania z pełnym przekonaniem. Powinien pozwolić Skeletorowi być teatralnym potworem, Teeli wojowniczką, Adamowi kimś więcej niż mięśniem z fryzurą, a Eternii miejscem, które wygląda tak, jakby ktoś naprawdę bawił się projektowaniem świata.
Niech to będzie kampowe. Niech będzie kolorowe. Niech będzie przesadzone. Niech nawet chwilami będzie głupie, jeśli ta głupota wynika z wyobraźni, a nie z lenistwa.
Bo kino popularne nie zawsze musi zachowywać się tak, jakby każde dziecięce marzenie należało najpierw przepuścić przez filtr dorosłego zażenowania. Czasem wystarczy podnieść miecz, spojrzeć w niebo i uwierzyć, że moc Grayskull nadal działa, choćby tylko przez dwie godziny w ciemnej sali kinowej.

