Donżon od dawna nie jest już tylko komiksem, który żartuje z fantasy. Ten etap seria zostawiła za sobą wiele tomów temu. Joann Sfar i Lewis Trondheim zaczynali od przewrotnej zabawy konwencją, od świata smoków, potworów, artefaktów, awanturników i podziemi, które aż prosiły się o rozbrojenie ironią. Z czasem jednak ich projekt stał się czymś znacznie większym. Donżon rozrósł się do sagi, która potrafi być śmieszna, okrutna, absurdalna, melancholijna i zaskakująco poważna w tym samym rozdziale. Dziewiąty tom wydania zbiorczego tylko wzmacnia to wrażenie. To już nie parodia świata fantasy, ale świat fantasy, który sam nauczył się śmiać ze swojej historii, zanim ta zdążyła zamienić się w pomnik.
Tym razem dostajemy cztery albumy rozpięte między różnymi odnogami serii. Jest kontynuacja Świtu, są kolejne Monstra i pojawiają się dwa albumy z nowego cyklu Antypody Minus. Sam ten układ dobrze pokazuje, jak działa Donżon. To nie jest saga prowadzona prostą linią od początku do końca. Bardziej przypomina wielką, rozgałęzioną kronikę Terra Amata, w której jedna historia wyjaśnia coś z przyszłości, druga dopowiada los pobocznej postaci, trzecia cofa się do dawnych epok, a czwarta nagle nadaje nowy sens detalowi, który wcześniej wyglądał jak żart rzucony mimochodem.
Najciekawsze jest właśnie to poczucie ciągłego ruchu w czasie. Świt przypomina, że Donżon kiedyś musiał powstać, a każda legenda ma swój mniej elegancki, bardziej brudny i przypadkowy początek. Monstra robią to, co w tej serii od lat wychodzi znakomicie: odsuwają główną kamerę od najważniejszych figur i pozwalają zobaczyć świat przez bohaterów pozornie bocznych, dziwnych, czasem tragicznych, czasem po prostu komicznych. Antypody Minus idą jeszcze dalej, bo cofają nas do bardzo odległej przeszłości, jakby autorzy postanowili sprawdzić, czy mitologia Donżonu ma swoje korzenie głębiej, niż dotąd podejrzewaliśmy.
Ten nowy cykl jest szczególnie istotny, bo pokazuje, że Sfar i Trondheim nie zamierzają jedynie dopisywać kolejnych przygód do znanego świata. Oni wciąż przebudowują jego fundamenty. Antypody Minus nie są dodatkiem dla samej ciekawostki. Działają jak wyprawa archeologiczna w głąb serii. Pokazują Terra Amata w stanie wcześniejszym, bardziej pierwotnym, jeszcze nieobciążonym całą późniejszą historią Donżonu, a jednocześnie już noszącym w sobie zarodki tego, co nadejdzie. To jedna z największych przyjemności tej sagi: świadomość, że nawet jej przeszłość nie jest zamknięta, lecz nadal może zostać odkryta, dopisana i wywrócona na drugą stronę.
Dziewiąty tom dobrze pokazuje też, jak szeroki emocjonalnie stał się Donżon. To seria, która nadal potrafi rozśmieszyć absurdem, głupawym dialogiem albo sytuacją, która w normalnym fantasy byłaby patetyczna, a tutaj zostaje sprowadzona do poziomu cudownie niewygodnej codzienności. Ale jednocześnie coraz mocniej wybrzmiewa tu melancholia. Za żartami stoi poczucie przemijania, kruchości układów, przypadkowości losu i tego, że nawet najbardziej groteskowa przygoda może zostawić po sobie realną stratę. W Donżonie można śmiać się z bohatera, który zachowuje się jak idiota, a kilka stron później poczuć, że jego głupota była tylko inną nazwą samotności.
To bardzo trudna równowaga, a Sfar i Trondheim utrzymują ją od lat z imponującą swobodą. Ich humor rzadko jest tylko ozdobą. Najczęściej służy do rozbijania patosu, ale nie do niszczenia emocji. Dzięki temu seria może korzystać z wielkich tematów fantasy bez popadania w napuszenie. Władza, zdrada, wojna, honor, dziedzictwo, śmierć, przyjaźń i odpowiedzialność pojawiają się tu często, lecz nigdy nie są podawane w tonie kazania. Bohaterowie rozmawiają, kłócą się, uciekają, oszukują, płacą za własne błędy i czasem nawet przez przypadek mówią coś mądrego. W Donżonie filozofia najczęściej wchodzi bocznymi drzwiami, w brudnych butach i z kiepskim żartem na ustach.
W tym tomie mocno widać również, że seria świetnie korzysta z formuły wielu rysowników. Grégory Panaccione, Stéphane Oiry i Juanungo nie próbują ujednolicić świata na siłę. Każdy wnosi inną energię, inne tempo i inną wrażliwość. Dzięki temu poszczególne albumy mają własny charakter, a jednocześnie pozostają częścią większej całości. To ważne, bo Donżon od początku był projektem otwartym, żywym, nieustannie przetwarzanym przez różne style. Graficzna różnorodność nie rozbija sagi, tylko przypomina, że Terra Amata jest światem zbyt dużym, by dało się go narysować jednym głosem.
Panaccione dobrze odnajduje się w dynamice i ekspresji, Oiry wnosi klarowność i lekkość, Juanungo pozwala poczuć odmienność Antypodów Minus. Różnice między nimi są zauważalne, ale właśnie dzięki temu lektura ma rytm zbioru opowieści wyciąganych z różnych części tej samej, bardzo dziwnej kroniki. Jedna historia może być bardziej awanturnicza, druga bardziej groteskowa, trzecia bardziej pierwotna i baśniowa. Donżon mieści to wszystko, bo od dawna nie udaje jednolitego cyklu. To raczej rozbudowany organizm, który żyje dzięki zmianom.
Czy dziewiąty tom jest dobrym miejscem na rozpoczęcie przygody z serią? Teoretycznie niektóre albumy można czytać osobno, bo Donżon ma w sobie sporo epizodyczności. Praktycznie jednak im dalej w tę sagę, tym mocniej czuć, że każdy tom korzysta z pamięci poprzednich. Nowy czytelnik może zanurzyć się w tym świecie i poczuć jego urok, ale prawdziwa przyjemność bierze się z rozpoznawania powrotów, kontrastów i połączeń między epokami. To seria, która nagradza cierpliwość. Nie przez wielkie wyjaśnienia, lecz przez drobne przesunięcia sensu.
Dziewiąty tom ma też tę zaletę, że pokazuje Donżon jako projekt wciąż żywy. Nie ma tu wrażenia odcinania kuponów od kultowej marki. Sfar i Trondheim nadal szukają nowych kątów patrzenia na własny świat. Wprowadzanie Antypodów Minus jest pod tym względem bardzo dobrym ruchem, bo otwiera kolejną przestrzeń opowieści. Zamiast tylko dopowiadać znane epoki, twórcy rozszerzają horyzont całej sagi. Cofają się tak daleko, że można odnieść wrażenie, iż Terra Amata zawsze miała jakąś starszą, bardziej dziką pamięć pod powierzchnią znanych wydarzeń.
Największą siłą tomu pozostaje jednak to, co jest siłą całego Donżonu: umiejętność łączenia lekkości z ciężarem. Tu naprawdę można śmiać się z absurdalnego pomysłu, a chwilę później dostać scenę, która zostaje w gardle. Ta seria nie traci humoru, ale też nie używa go jako wymówki, by niczym się nie przejmować. Wręcz przeciwnie. Im bardziej świat bywa komiczny, tym mocniej widać, że jego mieszkańcy cierpią całkiem serio. To fantasy, które wie, że śmieszność nie unieważnia tragedii. Czasem tylko pozwala ją przeżyć.
Donżon 9 nie zamyka żadnej wielkiej całości i nie próbuje udawać przełomowego finału. Jest kolejnym obszernym fragmentem świata, który rozwija się w przód, w bok i wstecz jednocześnie. Dla jednych może to być wada, bo seria nie daje prostej satysfakcji linearnej opowieści. Dla innych właśnie w tym tkwi jej wielkość. Każdy tom jest jak otwarcie nowych drzwi w budowli, która dawno temu miała być żartem z lochu pełnego potworów, a okazała się jednym z najciekawszych uniwersów komiksu franko belgijskiego.
To wydanie zbiorcze potwierdza, że Donżon nadal ma w sobie świeżość. Nie dlatego, że nie zmienia się od lat, ale dlatego, że zmienia się bez utraty własnego charakteru. Nadal jest dziwny, błyskotliwy, chwilami okrutny, chwilami głupkowaty w najlepszym sensie, a przy tym zadziwiająco mądry. Dziewiąty tom przypomina, że prawdziwa siła tej serii nie polega na jednym bohaterze ani jednej epoce. Polega na świecie, który jest tak pojemny, że może opowiedzieć własną legendę, własną parodię i własną prehistorię, a potem jeszcze zapytać, czy aby na pewno dobrze ją zapamiętaliśmy.



