Ropuch popełnia jeden z tych błędów, które na początku wydają się całkiem rozsądne: dochodzi do wniosku, że jego życie jest potwornie nudne. Bagno, ta sama okolica, kolejne podobne dni. Przydałaby się jakaś przygoda. Coś wielkiego, ekscytującego, może nawet heroicznego. Problem w tym, że kiedy wszechświat rzeczywiście postanawia spełnić podobne życzenie, zazwyczaj nie dołącza instrukcji obsługi ani możliwości zwrotu. André F. Morgado bierze tę prostą sytuację i rozpędza ją do poziomu kompletnego zwierzęcego bałaganu, w którym są magiczne amulety, gadający pies, szczury z poważnymi problemami i oczywiście bajułeczki.
Przygody Ropucha. Rejwach i rechot to komiks, który nie zamierza zachowywać powagi dłużej, niż jest to absolutnie konieczne. Punktem wyjścia jest klasyczna bajkowa opowieść o bohaterze pragnącym wyrwać się z codzienności, ale zamiast wyprawy po legendarny skarb Ropuch dostaje lawinę coraz dziwniejszych wydarzeń. Morgado dobrze rozumie, że przy takim rodzaju humoru nie można zbyt długo stać w miejscu. Jeden absurd prowadzi do następnego, pojawiają się kolejne zwierzęta, pomysły i komplikacje, aż niewinne marzenie o odrobinie emocji zaczyna przypominać lokalną apokalipsę.
Szczególnie zabawny jest pomysł magicznych amuletów pozwalających zwierzętom zdobywać cechy i zdolności, których natura im poskąpiła. Oczywiście coś takiego nie może skończyć się dobrze. Gdy każdy może nagle zostać kimś innym, pragnienia szybko okazują się znacznie większe od rozsądku. W tym miejscu niewinna farsa dostaje również lekkie satyryczne podbicie. Bohaterowie chcą więcej, lepiej i efektowniej, nie zastanawiając się szczególnie długo nad konsekwencjami. A skoro wśród zainteresowanych znajdują się również szczury mające własne rachunki do wyrównania, rejwach z tytułu staje się właściwie nieunikniony.
Nie jest to przy tym humor działający wyłącznie na zasadzie kolejnych wygłupów. Morgado wrzuca do scenariusza powiedzenia, językowe zabawy, popkulturowe mrugnięcia okiem i świadome naruszanie granicy między opowieścią a czytelnikiem. Czasem dowcip jest bardzo prosty, czasem wymaga wyłapania odniesienia, a kiedy indziej śmieszy przede wszystkim sama niedorzeczność sytuacji. Dzięki temu komiks może działać inaczej zależnie od wieku odbiorcy. Dziecko zobaczy zwariowaną historię ze zwierzętami, starszy czytelnik znajdzie dodatkową warstwę żartów i odniesień.
Nie każdy dowcip trafia równie dobrze. Przy takim zagęszczeniu gagów byłoby to zresztą niemal niemożliwe. Bywają momenty, kiedy absurd zaczyna gonić własny ogon, a tłumaczenie niektórych kulturowych odniesień odbiera im część uroku. Jeśli żart polega na rozpoznaniu aluzji, przypis objaśniający puentę działa trochę jak człowiek, który po opowiedzeniu dowcipu natychmiast wyjaśnia, dlaczego należało się śmiać. Na szczęście komiks zaraz biegnie dalej i nie daje podobnym potknięciom zbyt wiele czasu.
Co ważniejsze, ten pozorny chaos ma konstrukcję. Początek potrzebuje chwili, żeby znaleźć odpowiedni rytm, później jednak luźne epizody zaczynają się ze sobą łączyć. Postacie i pomysły, które wyglądały jak jednorazowe wygłupy, dostają swoje miejsce w większej układance, a finał pokazuje, że Morgado przez cały czas wiedział, dokąd prowadzi swojego nieszczęsnego poszukiwacza przygód. Pod warstwą rechotu pozostaje nawet bardzo klasyczna bajkowa przestroga dotycząca pragnień i ich konsekwencji. Tyle że tutaj morał nie wychodzi na środek kadru z uniesionym palcem.
Ogromnie pomaga Kachisou, bo scenariusz oparty na takim humorze potrzebował rysunków, które potrafią uczestniczyć w dowcipie. Jej cartoonowa kreska jest lekka, ekspresyjna i odpowiednio ruchliwa. Mimika Ropucha potrafi sprzedać gag jeszcze przed pojawieniem się puenty, a kadry dobrze wykorzystują przesadę właściwą animacji. Postacie wyginają się, reagują całym ciałem, wpadają w kadr i z niego wypadają. To nie są ilustracje grzecznie dokumentujące scenariusz. Rysunek sam odpowiada za tempo komedii.
Pasuje do tego zielona, ograniczona kolorystycznie oprawa. Trudno wyobrazić sobie bardziej ropuszą książkę. Zamiast wizualnego przepychu dostajemy charakterystyczną tożsamość, która dobrze współgra z prostotą kreski i pozwala skupić uwagę na ekspresji postaci. Kachisou nie próbuje imponować szczegółowością każdego tła. Ważniejsze jest to, gdzie znajduje się bohater, jak reaguje i kiedy nastąpi następne wizualne uderzenie żartu.
Morgado i Kachisou stworzyli przy tym rzecz trochę przewrotną wiekowo. Formalnie bez problemu można podsunąć ją młodszemu odbiorcy, ale zamknięcie Rejwachu i rechotu wyłącznie w szufladzie komiksu dziecięcego byłoby krzywdzące. Jego nonsense’owa energia, popkulturowe odniesienia i zabawa konwencją są ewidentnie obliczone również na dorosłego, który nadal potrafi docenić historię o ropuchu wpadającym po uszy w katastrofę własnej produkcji.
Przygody Ropucha. Rejwach i rechot nie próbuje udawać opowieści ważniejszej, niż jest. I dobrze. Chce być zwariowaną współczesną bajką, która bierze jedno niewinne życzenie, dorzuca do niego magię, zwierzęce ambicje, mnóstwo szczurów i pozwala wszystkiemu wymknąć się spod kontroli. Nie przy każdym żarcie parskałem śmiechem, ale ten kontrolowany bałagan ma wystarczająco dużo uroku, żeby Ropuch szybko przestał być tylko kolejnym gadającym zwierzakiem.
A gdyby po całym tym zamieszaniu ponownie zatęsknił za przygodą, cóż… najwyraźniej nie nauczył się absolutnie niczego. I bardzo dobrze, bo wtedy będzie z czego zrobić drugi tom.



