Najciekawsze w Sanktuarium. Parszywa zgraja nie jest to, jaką kolejną misję podejmie Jednostka Klon 99, lecz dlaczego w ogóle nadal podejmuje misje, skoro po raz pierwszy od dawna naprawdę mogłaby spróbować przestać. Pabu daje Hunterowi, Techowi, Wreckerowi i Omedze coś, czego Imperium, Republika i cała wcześniejsza służba nigdy im nie oferowały: perspektywę życia niewyznaczanego przez rozkazy. Lamar Giles dobrze rozumie, że dla ludzi wychowanych wyłącznie do walki taki spokój nie musi być nagrodą. Może być równie dobrze czymś kompletnie obcym, wymagającym większej odwagi niż kolejny ostrzał. Dlatego choć fabularnie powieść rzeczywiście przypomina rozbudowany, bardzo solidny odcinek serialu, jej najlepsze momenty pojawiają się wtedy, gdy akcja zwalnia i wychodzi na jaw, że Jednostka 99 wcale nie jest zgodna co do tego, co właściwie oznacza dla niej bezpieczeństwo.
Punkt wyjścia jest prosty i dobrze wpisuje się w charakter serii. Pabu ucierpiało po katastrofie, mieszkańcy potrzebują zasobów, a Phee Genoa potrafi wskazać sposób na ich zdobycie. Hunter, który jeszcze niedawno mierzył sukces liczbą ludzi wyprowadzonych żywych z pola walki, teraz próbuje działać dla społeczności mogącej kiedyś stać się ich własnym domem. To bardzo niewielkie przesunięcie celu, ale dla tej grupy ma ogromne znaczenie. Kredyty przestają być jedynie środkiem do przetrwania. Zlecenia mają pomóc ludziom, których bohaterowie zaczynają traktować jak swoich. Giles wykorzystuje ten motyw konsekwentnie, zestawiając stare wojskowe odruchy z nową sytuacją, w której odpowiedzialność nie kończy się wraz z wykonaniem zadania. Jednostka Klon 99 potrafi włamać się, wysadzić przeszkodę i wyjść z kłopotów, ale odbudowa społeczności wymaga czegoś więcej niż właściwego ustawienia ludzi podczas szturmu.
Hunter najmocniej odczuwa tę zmianę, choć właśnie jego przedstawienie będzie zapewne najbardziej dyskusyjnym elementem książki. Giles pokazuje dowódcę wyraźnie zmęczonego koniecznością podejmowania decyzji za wszystkich. Echo działa z Rexem, Crosshair podąża własną drogą, Imperium wciąż pozostaje zagrożeniem, a Omega jest dla Huntera kimś, kogo za wszelką cenę chciałby ochronić przed konsekwencjami życia, do którego sam został stworzony. Problem w tym, że ochrona bardzo łatwo przechodzi u niego w próbę kontrolowania sytuacji. Gdy misje zaczynają się komplikować, Hunter coraz mocniej naciska na ostrożność, podczas gdy Phee i pozostali są bardziej skłonni przyjąć dodatkowe ryzyko. Powieść przedstawia ten konflikt nie tyle jako spór o taktykę, ile o przyszłość całej grupy. Hunter chciałby doprowadzić wszystkich do miejsca, w którym wreszcie nie będą musieli ryzykować. Nie do końca rozumie jednak, że dla pozostałych pomaganie ludziom może stać się elementem takiego życia, a nie przeszkodą w jego osiągnięciu.
Nie zawsze ten wątek wypada przekonująco. Chwilami Hunter staje się bardziej drażliwy i impulsywny, niż wynikałoby to z jego doświadczenia oraz tego, co potrafił przepracować wcześniej. Niektóre konflikty zostają wyostrzone przede wszystkim po to, żeby grupa miała się o co spierać, przez co bardzo rozsądne obawy dowódcy bywają przedstawiane niemal jako dowód jego niezdolności do zaakceptowania zmian. To chyba największe pęknięcie w charakterystyce serialowych postaci. Giles trafnie rozpoznaje Huntera jako człowieka przeciążonego odpowiedzialnością, ale czasami robi z tego napięcia zbyt prosty mechanizm fabularny. Znacznie lepiej wypadają fragmenty, w których bohater nie musi kłócić się z innymi, tylko sam mierzy się z pytaniem, czy potrafi wyobrazić sobie przyszłość bez wojny. Wtedy widać człowieka naprawdę zagubionego. Żołnierza, który całe życie uczono adaptować się do nowych warunków, a teraz odkrywa, że najbardziej radykalną zmianą byłoby pozwolenie sobie na zwyczajność.
Tech otrzymuje natomiast materiał, którego serial ze swojej natury nie mógł mu zapewnić w podobnej ilości. Jego sposób myślenia dobrze pasuje do narracji wewnętrznej, ponieważ Giles nie próbuje nagle dopisywać mu skrywanych melodramatycznych emocji. Tech nadal analizuje, porządkuje fakty i wyciąga wnioski z zachowań innych ludzi w sposób charakterystyczny dla siebie. Dzięki temu relacja z Phee rozwija się bez konieczności zmieniania go w zupełnie inną postać. Najlepsze sceny między nimi wynikają właśnie z różnicy temperamentów. Phee dobrze radzi sobie z niedopowiedzeniem, prowokacją i grą, Tech natomiast nie zawsze rozumie społeczne rytuały, ale doskonale rozumie konkretne działania. Jego zainteresowanie nie jest więc wyrażane serią wielkich deklaracji. Pojawia się w uwadze, jaką poświęca Phee, w sposobie analizowania jej decyzji i w tym, że jej obecność stopniowo zaczyna zajmować w jego uporządkowanym świecie więcej miejsca, niż sam prawdopodobnie chciałby początkowo przyznać.
Wątek Techa i Phee jest też dobrym przykładem tego, co Sanktuarium może zaoferować fanom serialu bez próby zmieniania jego kanonu. Książka funkcjonuje pomiędzy znanymi wydarzeniami, więc nie może przeprowadzić rewolucji w życiu głównych bohaterów. Ich dalszy los jest już określony. Giles wykorzystuje jednak wolną przestrzeń pomiędzy punktami fabularnymi do zagęszczenia relacji, które wcześniej jedynie sygnalizowano. Dla czytelnika niezainteresowanego Phee może to być po prostu sympatyczny wątek poboczny, ale dla osób przywiązanych do Techa dostaje on nieunikniony dodatkowy ciężar. Wiedza o przyszłości zmienia sposób odbioru pozornie zwyczajnych rozmów i chwil spędzonych razem. Powieść nie potrzebuje przy tym nachalnie przypominać, co nadejdzie później. Wystarcza świadomość, że bohaterowie sami tego nie wiedzą.
Omega pozostaje emocjonalnym centrum grupy i Giles bardzo dobrze wykorzystuje jej nietypowe doświadczenie. Nadal jest młoda i potrafi zachowywać się z dziecięcą spontanicznością, ale jednocześnie ma wiedzę medyczną oraz zdolność obserwowania braci z perspektywy kogoś, kto nie przeżył dokładnie tego samego szkolenia i wojny. Wątek ciężarnej pasażerki daje jej coś więcej niż kolejną okazję do wykazania się odwagą. Pozwala jej realnie wykorzystać umiejętności, które mają sens w kontekście jej przeszłości, zamiast ograniczać ją do udziału w strzelaninach. To dobra decyzja, bo Omega od początku była ciekawsza wtedy, gdy jej wartość nie wynikała z próby dorównania klonom w walce. Jej empatia, ciekawość i zdolność dostrzegania potrzeb innych ludzi są tutaj równie istotne jak opanowanie w sytuacji zagrożenia.
Relacja Omegi z Hunterem również zyskuje na przejściu z animacji do prozy. Łatwiej zobaczyć, jak bardzo obecność dziewczyny zmieniła jego sposób myślenia o przyszłości. Hunter nie chce już tylko przeprowadzić oddziału przez kolejne zagrożenie. Chce dać Omedze życie, którego sam nigdy nie miał, i właśnie dlatego tak bardzo boi się wszystkich decyzji mogących ponownie wciągnąć ich w spiralę przemocy. Giles trafnie pokazuje paradoks tej troski. Próba stworzenia dziecku bezpiecznego świata może łatwo zamienić się w odbieranie mu prawa do podejmowania własnych decyzji. Omega wielokrotnie udowadnia jednak, że nie jest kimś, kogo można po prostu ukryć na Pabu i uznać problem za rozwiązany. Została wychowana w zupełnie innych warunkach niż jej bracia, ale podobnie jak oni potrzebuje poczucia sprawczości.
Wrecker dostaje mniej materiału niż Tech czy Hunter i to jedna z bardziej odczuwalnych słabości powieści. Giles rozumie jego przywiązanie do grupy oraz naturalną skłonność do łagodzenia napięć, jednak zbyt często wraca do najbardziej oczywistych cech: jedzenia, wybuchów i fizycznej siły. Problem nie polega na tym, że te elementy są niezgodne z postacią. Są po prostu najmniej interesującą częścią Wreckera. Znacznie więcej daje krótka możliwość zobaczenia go jako człowieka wyczulonego na emocje pozostałych, szczególnie wtedy, kiedy napięcie między członkami jednostki przestaje być zwykłą sprzeczką o przebieg misji. Wrecker od dawna pełnił funkcję emocjonalnego stabilizatora grupy i szkoda, że książka mająca dostęp do jego myśli nie wykorzystuje tego szerzej. Proza była idealną okazją, aby pokazać kogoś więcej niż wielkiego faceta cieszącego się z detonatorów.
Fabularnie Sanktuarium opiera się na klasycznej zasadzie eskalacji. Pierwsze zlecenie komplikuje się, drugie zostaje do niego dołożone, pasażerowie skrywają istotne informacje, a tropem bohaterów rusza oficer Imperialnego Biura Bezpieczeństwa. Giles dobrze panuje nad tym rosnącym chaosem i nie pozwala, żeby poszczególne elementy rozpadły się na zbiór niezależnych epizodów. Widać serialowe DNA tej historii, szczególnie w sposobie budowania kolejnych komplikacji, ale powieść nie wygląda jak mechanicznie przepisany scenariusz kilku odcinków. Akcja ma dobry rytm, sceny walki są czytelne, a przejścia pomiędzy perspektywami pozwalają zobaczyć to samo zagrożenie z różnych stron. Czasem tych zmian jest nawet za dużo i odbierają miejsce dialogom samej Zgrai, ale pomagają utrzymać poczucie, że niebezpieczeństwo nie ogranicza się do tego, co aktualnie widzą Hunter i pozostali.
Imperialny wątek sprawdza się szczególnie dobrze dlatego, że nie próbuje przebić serialu skalą zagrożenia. Oficer ISB nie potrzebuje Gwiazdy Śmierci ani legionu szturmowców, żeby być niebezpieczny. Wystarcza aparat państwa, dostęp do informacji i gotowość do wykorzystania cudzych słabości. To ten rodzaj imperialnego antagonisty, który pasuje do okresu stopniowego zaciskania kontroli nad galaktyką. Imperium nie musi już wszędzie wjeżdżać ciężkim sprzętem. Coraz częściej potrafi znaleźć człowieka, ustalić jego zależności i sprawić, że droga ucieczki zaczyna się kurczyć. Crane może być mniej zniuansowany niż najlepsi przedstawiciele ISB znani z innych historii Star Wars, ale stanowi wiarygodne zagrożenie dla bohaterów działających na obrzeżach systemu.
Słabiej wypada część nowych postaci. Zbiegowie spełniają swoją funkcję, a ich tajemnice dobrze współgrają z tematami rodziny, tożsamości i zaufania, lecz nie zawsze wywołują równie duże zainteresowanie jak sama Jednostka 99. To problem charakterystyczny dla takich rozszerzeń znanego uniwersum. Czytelnik przychodzi tutaj przede wszystkim dla Huntera, Omegi, Techa i Wreckera, więc każda dłuższa scena oddana bohaterowi stworzonemu wyłącznie na potrzeby powieści musi szczególnie mocno uzasadnić swoje miejsce. Gilesowi udaje się to nierówno. Niektóre postacie poboczne dobrze podbijają temat historii, inne wyglądają przede wszystkim jak narzędzia potrzebne do uruchomienia następnego etapu fabuły. Książka wyraźnie zyskuje za każdym razem, gdy wraca na Maraudera i pozwala Zgrai rozmawiać między sobą.
Nie przeszkadza mi natomiast, że Sanktuarium pozostaje historią stosunkowo bezpieczną dla głównych bohaterów. Umieszczenie jej w określonym punkcie serialowej chronologii rzeczywiście ogranicza napięcie, ponieważ wiadomo, że Giles nie może zabić Techa, Huntera czy Omegi ani radykalnie zmienić ich sytuacji przed kolejnymi znanymi wydarzeniami. W zamian otrzymujemy jednak inny rodzaj stawki. Najważniejsze pytanie dotyczy nie tego, czy przeżyją, ale co ta przygoda zrobi z ich relacjami i wyobrażeniem przyszłości. W takim podejściu powieść sprawdza się znacznie lepiej niż gdyby próbowała udawać, że czytelnik nie zna dalszego ciągu.
Najbardziej znaczący jest sam motyw Pabu. W serialu wyspa działała trochę jak możliwość, której bohaterowie przez długi czas nie potrafili potraktować poważnie. W książce staje się już konkretnym punktem odniesienia. To miejsce, dla którego warto wykonać misję, zdobyć zasoby, zaryzykować i do którego można wrócić. Dla klonów wychowanych bez domu sam pomysł, że istnieje gdzieś społeczność oczekująca ich powrotu, jest niemal rewolucyjny. Giles dobrze wykorzystuje tę zmianę, bo pozwala spojrzeć na Jednostkę 99 nie jako na grupę dezerterów uciekających przed Imperium, ale jako rodzinę stopniowo próbującą określić, czym chciałaby być, kiedy uciekanie wreszcie się skończy.
Sanktuarium. Parszywa zgraja nie jest książką niezbędną do zrozumienia serialu i właśnie dlatego najlepiej traktować ją jako rozszerzenie, a nie brakujący rozdział fabuły. Daje więcej Techa i Phee, sensownie wykorzystuje Omegę, pozwala wejść głębiej w zmęczenie Huntera i pozostawia niedosyt w przypadku Wreckera. Nie każda interpretacja bohaterów jest równie trafna, część konfliktów bywa podkręcona zbyt mocno, a nowe postacie nie zawsze potrafią konkurować z ekipą, dla której czytelnik sięgnął po tę historię. Mimo tego Lamar Giles uchwycił podstawową rzecz decydującą o sile Parszywej zgrai. Te postacie nigdy nie były interesujące dlatego, że stanowiły najbardziej nietypową jednostkę klonów. Były interesujące dlatego, że z ludzi wyprodukowanych do wykonywania rozkazów stopniowo stworzyły rodzinę. Sanktuarium dobrze pokazuje kolejny etap tego procesu. Tym razem największym wyzwaniem nie jest wykonanie misji. Jest nim nauczenie się, że po jej zakończeniu można mieć dokąd wracać.

