Corran Horn nie trafia do Luke’a Skywalkera dlatego, że od dzieciństwa marzył o szacie Jedi i filozoficznych rozmowach o naturze Mocy. Trafia tam, bo zaginęła jego żona, Mirax, a on uznaje, że dodatkowy zestaw nadprzyrodzonych kompetencji może w poszukiwaniach nie zaszkodzić. Już sam ten punkt wyjścia bardzo dobrze ustawia Ja, Jedi, bo Michael A. Stackpole nie pisze historii o naiwnym uczniu odkrywającym wielkość zakonu, tylko o dorosłym człowieku, który ma własny zawód, własne metody działania, własne uprzedzenia i zdecydowanie nie cierpi, kiedy ktoś mówi mu, że powinien zrobić coś inaczej. Corran chce zostać Jedi, ale najlepiej na własnych warunkach, co oczywiście brzmi jak świetny plan do czasu, aż człowiek przypomni sobie, że to właśnie pewność siebie najczęściej prowadzi w tym uniwersum do rzeczy bardzo efektownych i bardzo niemądrych.
Najważniejszą decyzją Stackpole’a pozostaje pierwszoosobowa narracja. W powieściach ze świata Gwiezdnych Wojen nie jest to rozwiązanie szczególnie typowe, a tutaj zmienia praktycznie wszystko, bo czytelnik nie dostaje Corrana z zewnątrz, tylko siedzi mu w głowie przez kilkaset stron. To głowa sprawna, spostrzegawcza, policyjnie podejrzliwa i niekiedy nieznośnie przekonana o własnej racji. Corran analizuje ludzi, sytuacje, zagrożenia i siebie samego, przy czym w tym ostatnim przypadku bywa wyraźnie mniej skuteczny. Stackpole bardzo dobrze wykorzystuje tę różnicę. Bohater potrafi bez trudu wychwycić cudze błędy, ale własne skłonności do kontroli, gniewu i działania na skróty rozpoznaje znacznie później. Dzięki temu narracja nie jest tylko stylistycznym eksperymentem. Staje się narzędziem budowania charakteru, a przy okazji sprawia, że Ja, Jedi ma w sobie więcej osobowości niż spora część książek z dawnego Expanded Universe, gdzie narrator bywał czasami tak przezroczysty, że równie dobrze mógłby mieć identyfikator pracownika działu ekspozycji.
Szczególnie ciekawie wypada pobyt Corrana w Akademii Jedi na Yavinie IV. Ja, Jedi wchodzi tutaj bezpośrednio w wydarzenia znane z Trylogii Akademii Jedi Kevina J. Andersona, ale Stackpole nie próbuje udawać, że tamtych książek nigdy nie było. Bierze istniejący materiał i przepuszcza go przez temperament własnego bohatera, przez co wiele scen nabiera innego ciężaru. Luke Skywalker nie jest już tylko legendarnym mistrzem prowadzącym nowych uczniów, ale człowiekiem, który właściwie dopiero uczy się, jak takim mistrzem być. Próbuje stworzyć zakon na podstawie strzępów wiedzy, własnych doświadczeń i bardzo ograniczonej liczby nauczycieli, z których większość, delikatnie mówiąc, nie jest dostępna do konsultacji. Corran patrzy na jego metody z dużą dozą sceptycyzmu i nie zawsze niesłusznie. Powstaje z tego interesujące napięcie, bo obaj panowie są inteligentni, obaj mają dobre intencje i obaj chwilami zachowują się tak, jakby przyznanie drugiej stronie choć odrobiny racji mogło naruszyć równowagę Mocy.
Najlepsze wątki związane z Jedi wynikają właśnie z tego, że Stackpole pisał tę powieść przed premierą prequeli. Nie miał jeszcze do dyspozycji całej mitologii zakonu znanej później z filmów i kolejnych książek, dlatego może potraktować Moc bardziej intuicyjnie, nieco surowiej i przede wszystkim bardziej indywidualnie. Corran nie rozwija swoich zdolności według wygodnej instrukcji, w której na stronie trzydziestej jest telekineza, na pięćdziesiątej miecz świetlny, a na końcu certyfikat Jedi w ozdobnej ramce. Nie wszystko przychodzi mu łatwo, nie każda umiejętność odpowiada jego naturze i nie każda część dziedzictwa okazuje się prezentem. Bardzo dobrze działa również rodzinny wymiar tej historii, bo odkrywanie przeszłości nie służy wyłącznie temu, żeby potwierdzić wyjątkowość bohatera. Corran musi zrozumieć, że pochodzenie może coś wyjaśniać, ale nie zwalnia z odpowiedzialności za to, kim się zostaje. W świecie, w którym połowę problemów galaktyki dałoby się streścić zdaniem „to skomplikowane sprawy rodzinne”, jest to podejście zaskakująco rozsądne.
Poszukiwanie Mirax jest przy tym fabularnym silnikiem całej książki, ale niekoniecznie jej najciekawszym elementem. Stackpole znacznie lepiej radzi sobie wtedy, kiedy Corran musi wykorzystać swoje wcześniejsze doświadczenie. Były funkcjonariusz KorSeku i pilot Eskadry Łotrów nie zostaje nagle sprowadzony do roli człowieka z mieczem świetlnym, który od tej chwili wszystkie problemy rozwiązuje poprzez koncentrację i efektowne machnięcie dłonią. Śledztwo, praca pod przykrywką, obserwacja przeciwnika, sabotaż i manipulacja są tutaj równie istotne jak Moc. To jedna z największych zalet powieści, bo Stackpole pamięta, że bohater miał charakter i kompetencje jeszcze zanim odkrył swoje dziedzictwo Jedi. W efekcie kolejne zdolności nie kasują starego Corrana, tylko komplikują jego sposób działania. Zresztą dobrze, bo sam pomysł, że człowiek przez lata pracujący jako śledczy nagle uznałby wszystkie wcześniejsze umiejętności za zbędne tylko dlatego, że nauczył się podnosić przedmioty bez dotykania, byłby dość ponurym komentarzem na temat systemu szkolenia Jedi.
Problem w tym, że Ja, Jedi chce opowiedzieć bardzo dużo i nie zawsze wie, kiedy już wystarczy. Powieść ma dramat osobisty, szkolenie Jedi, wydarzenia znane z wcześniejszych książek, rodzinne tajemnice, infiltrację pirackiego środowiska, walki myśliwców, konflikt z ciemną stroną i Jensaarai, którzy pojawiają się później i od razu domagają się sporej ilości miejsca. Niektóre partie czyta się znakomicie, inne sprawiają wrażenie, jakby Stackpole nie potrafił przejść obok ciekawego pomysłu bez zabrania go ze sobą do fabuły. Szczególnie końcowe odcinki historii tracą trochę impetu, bo zamiast coraz mocniej skupiać się na głównym konflikcie, zaczynają dopowiadać kolejne elementy mitologii. Jensaarai sami w sobie są interesującym dodatkiem do świata, zwłaszcza jako dowód, że użytkownicy Mocy nie muszą od razu ustawiać się grzecznie w dwóch kolejkach podpisanych „Jedi” i „Sithowie”, ale powieść wprowadza ich w momencie, gdy czytelnik ma już na głowie wystarczająco dużo spraw. To trochę tak, jakby finał filmu akcji nagle postanowił zrobić piętnastominutową prezentację organizacyjną o nowym dziale przeciwników.
Znacznie lepiej wypadają sceny, w których Stackpole wraca na dobrze sobie znany teren. Walki kosmiczne i sekwencje związane z X-wingami mają odpowiedni rytm, a przede wszystkim są pisane przez autora, który rozumie, że dobre starcie myśliwców nie polega na mechanicznym wymienianiu zwrotów, uników i eksplozji. Corran myśli jak pilot, obserwuje przestrzeń, przewiduje ruch przeciwnika i kalkuluje ryzyko. Pierwszoosobowa narracja dodatkowo pomaga, bo każde starcie przeżywa się bezpośrednio z kokpitu, a nie z perspektywy kogoś przesuwającego znaczniki po mapie. Co więcej, sposób latania dobrze pasuje do charakteru bohatera. Corran jest szybki, agresywny, pewny siebie i gotowy improwizować, kiedy plan przestaje istnieć, co zdarza mu się podejrzanie często. Stackpole potrafi więc wykorzystać scenę akcji nie tylko do podniesienia tempa, ale również do dalszego opisywania postaci. W najlepszych momentach nie trzeba nawet komentarza narratora, żeby wiedzieć, dlaczego Corran podjął właśnie taką decyzję.
Najciekawsze pozostaje jednak to, że Stackpole nie próbuje z niego robić człowieka moralnie nieskazitelnego. Corran ma temperament, łatwo wpada w gniew, nie przepada za bezczynnością i szczególnie źle znosi sytuacje, w których ktoś każe mu zaufać procesowi zamiast własnym metodom. W kontekście ciemnej strony Mocy daje to znacznie więcej materiału niż klasyczna pokusa oferująca władzę. Corran nie potrzebuje obietnicy zostania panem galaktyki. Wystarczy mu przekonanie, że dzięki większej sile będzie skuteczniejszy, szybciej osiągnie właściwy cel i ochroni ludzi, na których mu zależy. To właśnie tutaj Ja, Jedi jest najdojrzalsze. Ciemna strona nie pojawia się jako nagła zmiana osobowości, po której bohater zaczyna złowieszczo patrzeć spod kaptura, lecz jako możliwość doprowadzenia istniejących cech do logicznego, bardzo niebezpiecznego końca. Granica między determinacją a obsesją okazuje się cienka, zwłaszcza gdy człowiek jest wystarczająco inteligentny, żeby każdą własną decyzję przekonująco sobie uzasadnić.
Dlatego mimo nierównego tempa Ja, Jedi pozostaje jedną z tych powieści dawnego Expanded Universe, które mają własną tożsamość. Nie działa wyłącznie jako kolejny rozdział wielkiej chronologii ani jako obowiązkowe uzupełnienie historii Nowej Republiki. Stackpole stworzył książkę mocno zanurzoną w istniejącym uniwersum, ale zarazem bardzo osobistą. Luke Skywalker, Mara Jade i inni znani bohaterowie pojawiają się w odpowiednich momentach, jednak nie wyrywają opowieści Corranowi. To ważne, bo Expanded Universe miało czasami tendencję do przypominania czytelnikowi co kilkadziesiąt stron, że tak, nadal znajduje się w świecie tych samych filmów. Tutaj obecność ikon nie jest potrzebna do podtrzymywania uwagi. Corran spokojnie utrzymuje powieść na własnych barkach, nawet jeśli od czasu do czasu sam wydaje się przekonany, że poradziłby sobie jeszcze lepiej bez pomocy autora, Luke’a i prawdopodobnie całej Nowej Republiki.
Ja, Jedi nie jest powieścią idealnie zbudowaną. Jest za długa, miejscami przeładowana i w drugiej połowie kilka razy rozprasza własną energię na wątki, które można było poprowadzić oszczędniej. Ma jednak coś znacznie cenniejszego niż perfekcyjną konstrukcję: bohatera z bardzo wyraźnym charakterem oraz pomysł na to, jak przez jego osobowość opowiedzieć o byciu Jedi. Corran nie musi odrzucić pilota, śledczego ani upartego Korelianina, żeby znaleźć swoje miejsce wśród użytkowników Mocy. Musi jedynie nauczyć się, że kompetencja nie jest tym samym co nieomylność, a przekonanie o własnej słuszności bywa niebezpieczniejsze niż większość przeciwników z mieczem świetlnym. Stackpole dochodzi do tego wniosku drogą zdecydowanie dłuższą, niż było to konieczne, ale przynajmniej jest to droga, którą warto przejść.

