Najpierw trzeba sprzedać ludziom raj. Potem wystarczy zadbać, żeby żaden z klientów nie mógł wrócić i wystawić opinii. W KANT Sp. z o.o. Philip K. Dick wychodzi od pomysłu prostego, złośliwego i bardzo skutecznego. Przeludniona, wyniszczona Terra potrzebuje drogi ucieczki, a korporacja Szlaki Hoffmana akurat taką posiada. Teleportacja pozwala w mgnieniu oka przenieść się na Paszczę Wieloryba, gdzie według materiałów promocyjnych czeka nowe, szczęśliwe życie. Jest tylko drobny warunek. Bilet działa w jedną stronę. Dick właściwie od początku podpowiada, że kiedy korporacja sprzedaje człowiekowi raj i jednocześnie uniemożliwia jego zwrot, warto przeczytać regulamin.
Rachmael ben Applebaum ma dodatkowy powód, żeby nie ufać nowemu cudowi techniki. Teleportacja zniszczyła sens istnienia jego przedsiębiorstwa, ponieważ tradycyjny lot na Paszczę Wieloryba trwa osiemnaście lat. Podejrzenia przestają jednak wynikać wyłącznie z urażonego interesu, kiedy Rachmael odkrywa, że obrazy szczęśliwych kolonistów zostały sfabrykowane. Skoro nikt nie może wrócić, a jedyne świadectwa życia na planecie można spreparować, właściwie nie istnieje niezależny sposób sprawdzenia, co znajduje się po drugiej stronie teleportu. Bohater wybiera więc rozwiązanie szaleńcze, ale logiczne. Zamierza polecieć tam statkiem.
Na tym etapie KANT Sp. z o.o. zapowiada się jak bardzo dobra paranoiczna powieść o korporacyjnej kontroli nad informacją. Technologia nie jest tutaj neutralnym wynalazkiem. Ten, kto kontroluje teleportację, kontroluje również dostęp do kolonii, przepływ informacji i możliwość weryfikowania rzeczywistości. Człowiek podejmujący decyzję o wyjeździe wierzy właściwie reklamie przygotowanej przez podmiot, któremu oddaje swoją przyszłość. W tym pomyśle Dick pozostaje zadziwiająco współczesny, nawet jeśli świat przedstawiony zdradza epokę, w której powstawała książka.
Problem polega na tym, że autor nie zamierza zbyt długo pozostawać przy tej stosunkowo uporządkowanej historii. W pewnym momencie KANT Sp. z o.o. zaczyna zachowywać się tak, jakby sama powieść została trafiona pociskiem nasączonym LSD. Rzeczywistość pęka, pojawiają się halucynacje, alternatywne światy, zaburzenia czasu i kolejne poziomy niepewności. Czytelnik przestaje zastanawiać się wyłącznie nad tym, co znajduje się na Paszczy Wieloryba. Znacznie pilniejsze staje się pytanie, czy wydarzenie właśnie przeczytane w ogóle miało miejsce.
Ma to swoje uzasadnienie w niezwykłej historii powstawania utworu, rozwijanego z wcześniejszej noweli i uzupełnianego o kolejne partie tekstu. Tę konstrukcyjną szarpaninę zwyczajnie czuć podczas lektury. Poszczególne części nie zawsze tworzą przekonującą całość, przejścia potrafią być gwałtowne, a fabuła chwilami wygląda tak, jakby autor rozmontował własną historię i zapomniał zostawić czytelnikowi instrukcję ponownego składania. Można próbować interpretować całe to rozchwianie jako formalne odbicie świata, w którym nie istnieje już pewna rzeczywistość. Nie zmienia to faktu, że momentami lektura jest po prostu frustrująca.
Paradoksalnie właśnie w tym bałaganie znajduje się mnóstwo świetnego Dicka. Powracają jego obsesje dotyczące kontroli umysłu, paranoi, wielkich organizacji, fałszowania informacji oraz niezdolności człowieka do ustalenia, czy własne doświadczenie można jeszcze uznać za wiarygodne. Granica między rozsądkiem i obłędem staje się szczególnie ciekawa, ponieważ podejrzliwość bohaterów w tym świecie jest jednocześnie objawem paranoi i całkiem rozsądną strategią przetrwania. Jeśli ktoś uważa, że korporacja manipuluje jego umysłem, może być szaleńcem. Może również mieć absolutną rację.
Najciekawsze pytanie nie brzmi więc, która rzeczywistość jest prawdziwa, lecz kto posiada władzę, żeby jedną z nich ogłosić prawdziwą. Korporacje dysponują technologią, środkami przekazu i narzędziami oddziaływania na świadomość. Jednostka ma natomiast własne doświadczenie, któremu coraz trudniej zaufać. Dick podkopuje oba źródła poznania jednocześnie. Nie można wierzyć systemowi, ale nie można również mieć pewności, że własny umysł nie został już przez ten system zmodyfikowany.
To wszystko sprawia, że KANT Sp. z o.o. potrafi być jednocześnie fascynujące i irytujące. Są tutaj pomysły wystarczające na kilka osobnych powieści, od kolonizacji i teleportacji po psychotroniczne oddziaływanie, narkotyczne wizje oraz światy istniejące obok siebie. Nie wszystkie zostają odpowiednio rozwinięte, część wpada na scenę tylko po to, żeby za chwilę ustąpić miejsca następnej osobliwości. Zamiast starannie skonstruowanej układanki otrzymujemy pudełko puzzli pochodzących z kilku różnych zestawów.
A jednak trudno całkowicie tę książkę odrzucić. Nawet kiedy Dick traci kontrolę nad konstrukcją, jego wyobraźnia pozostaje piekielnie interesująca. Potrafi rzucić mimochodem koncept, wokół którego inny autor zbudowałby całą powieść, a następnie po kilku stronach zainteresować się czymś zupełnie innym. Towarzyszy temu charakterystyczny humor, szczególnie skuteczny wtedy, gdy bohaterowie reagują niemal urzędowym spokojem na rzeczy kompletnie absurdalne.
Nie jest to zatem najlepszy punkt wejścia w twórczość Philipa K. Dicka. Czytelnik poznający autora właśnie tutaj może uznać, że jego reputacja opiera się przede wszystkim na umiejętności wywoływania bólu głowy. Dla kogoś znającego już jego najważniejsze powieści KANT Sp. z o.o. staje się jednak interesującym przypadkiem granicznym. Wszystkie charakterystyczne obsesje autora zostały podkręcone tak mocno, że zaczynają destabilizować nie tylko świat przedstawiony, ale również samą konstrukcję książki.
To powieść częściowo zepsuta, a zarazem zepsuta w sposób fascynująco zgodny z twórczością Dicka. Zaczyna się od podejrzenia, że ktoś kłamie w sprawie odległej kolonii, a kończy w miejscu, gdzie problemem staje się sama możliwość odróżnienia kłamstwa od rzeczywistości. Nie wszystko daje się tutaj poskładać i nie jestem przekonany, że wszystko rzeczywiście powinno. Pozostaje za to nieprzyjemne pytanie, które Dick zadawał wyjątkowo często: skoro ktoś potrafi kontrolować informacje, technologię i sposób, w jaki postrzegamy świat, to skąd właściwie mamy wiedzieć, że właśnie nie znajdujemy się wewnątrz jego reklamy?

