Najgorsze pakty rzadko zaczynają się od deklaracji, że oto właśnie wkraczamy na drogę ku zgubie. Zwykle zaczynają się od przekonania, że sytuacja jest wyjątkowa, że trzeba zrobić coś tylko ten jeden raz i że później wszystko wróci do normy. W Królu Smutku Joe Hill bierze ten bardzo ludzki mechanizm i dokłada do niego smoka, który ma wyjątkowo dobrą pamięć do długów. Sześcioro młodych ludzi, chcąc wyrwać Arthura z rozpaczliwej sytuacji, sięga po rytuał, który miał być desperackim rozwiązaniem jednego problemu. Dostają rozwiązanie. Tyle że wraz z nim przychodzi zobowiązanie rozpisane na lata, dekady i kolejne ofiary. Hill od początku wie więc, że nie opowiada o potworze, tylko o cenie, jaką człowiek potrafi zaakceptować, jeśli bardzo zależy mu na tym, żeby pierwszy rachunek zapłacił ktoś inny.
Skala powieści jest ogromna, ale jej punkt ciężkości pozostaje zaskakująco osobisty. Hill śledzi bohaterów przez wiele lat i pozwala, żeby ich młodzieńcza decyzja obrastała w kolejne warstwy konsekwencji. To nie jest historia, w której grupka studentów raz popełnia błąd, a potem przez kilkaset stron próbuje znaleźć odpowiednią księgę z zaklęciem odwracającym skutki rytuału. Znacznie ciekawsze okazuje się obserwowanie, jak życie dopasowuje się do obecności czegoś niemożliwego. Arthur, Gwen, Colin, Alison, Donna i Donovan starzeją się, zmieniają, wikłają w związki, kariery, ambicje i własne słabości, a gdzieś ponad tym wszystkim niezmiennie istnieje zobowiązanie wobec Króla Smutku. Właśnie ten rozjazd pomiędzy zwyczajnością życia a czymś skrajnie nadnaturalnym jest jednym z najmocniejszych elementów książki. Trzeba iść do pracy, kochać, kłócić się i płacić rachunki nawet wtedy, gdy ma się również do ustalenia, kto zostanie zjedzony przez smoka.
Hill bardzo świadomie igra przy tym z gatunkami. Król Smutek zaczyna się niemal jak mroczna powieść akademicka, później przechodzi przez thriller, horror, fantasy, opowieść o przyjaźni i kilka innych rejestrów, które w mniej sprawnych rękach zamieniłyby się w literacki bufet, gdzie każdy nakłada sobie wszystko, a później żałuje. Tutaj przez większość czasu ta mieszanka działa, bo spoiwem pozostają bohaterowie oraz sam pakt. Każdy etap ich życia zmienia ton opowieści, ale nie zmienia pytania, które stale nad nimi wisi: ile zła można usprawiedliwić, jeśli alternatywa wydaje się jeszcze gorsza. Hill nie daje na to prostych odpowiedzi i dobrze, bo właśnie wtedy książka robi się najciekawsza. Bohaterowie nie są wyłącznie ofiarami własnej głupoty. Z czasem zaczynają podejmować decyzje świadomie, kalkulować, wybierać, kto zasługuje na śmierć, i budować dla siebie system moralny pozwalający rano patrzeć w lustro.
Król Smutek działa najlepiej właśnie wtedy, kiedy nie jest tylko potworem. Jako smok ma oczywiście wszystko, czego wymaga legenda: inteligencję, okrucieństwo, pychę, zamiłowanie do gry słowem i potrzebę dominacji. Hill jednak wykorzystuje go przede wszystkim jako narzędzie nacisku. Smok nie musi bez przerwy pojawiać się na scenie, żeby był obecny. Wystarczy świadomość, że wróci, że termin kolejnej ofiary nadejdzie niezależnie od tego, czy bohaterowie zdążyli uporządkować swoje życie, i że każda wcześniejsza decyzja stworzyła następny obowiązek. Dzięki temu Król Smutek jest znacznie skuteczniejszy jako dług niż jako bestia. Można przed nim uciekać, można próbować go oszukać, można latami udawać, że sprawa nie istnieje, ale zobowiązanie ma tę nieprzyjemną cechę, że zwykle pamięta o człowieku lepiej niż człowiek o nim.
Relacje między szóstką przyjaciół to tak naprawdę największa zaleta powieści i coś, co magnetyzuje, aby dowiedzieć się o nich więcej, żeby ponownie zobaczyć ich interakcje, reakcje. Hill nie romantyzuje przyjaźni jako czegoś trwałego tylko dlatego, że kiedyś było intensywne. Lata robią swoje. Pojawiają się żale, sekrety, różnice charakterów, odmienne drogi życiowe i bardzo różne sposoby radzenia sobie z winą. Jedni chcą zachować solidarność, inni zaczynają traktować dawny układ jak ciężar, z którego należałoby się uwolnić. Najciekawsze jest to, że obie postawy potrafią wydawać się rozsądne w zależności od momentu. Hill dobrze rozumie, że wspólna trauma nie zawsze cementuje ludzi. Czasem tworzy więź, a czasem po prostu bardzo trwały powód, żeby się wzajemnie nienawidzić.
Konstrukcja rozciągnięta na dekady ma jednak swoją cenę. Skoki czasowe pozwalają Hillowi objąć ogromny fragment życia bohaterów, ale miejscami odbierają czytelnikowi możliwość obserwowania przemian w ich naturalnym tempie. Zdarza się, że spotykamy postać ponownie już po tym, jak coś ważnego ją ukształtowało, a nie w chwili, gdy ten proces dopiero zachodził. W książce tej długości trochę paradoksalne jest poczucie, że niektórych ludzi chciałoby się poznać jeszcze dokładniej. Jednocześnie poszczególne części mają bardzo różne tempo. Bywają odcinki znakomicie rozpędzone, po których przychodzi dłuższy fragment niemal ostentacyjnie zwalniający. Nie wszystko wymagało aż tylu stron i miejscami Król Smutek zachowuje się jak gospodarz, który przygotował tyle potraw, że czuje się zobowiązany podać wszystkie, nawet jeśli goście od dawna nie mają już miejsca.
Ta objętość nie jest jednak wyłącznie kaprysem. Żeby pakt rzeczywiście zaczął ważyć, trzeba zobaczyć, co robi z ludźmi po latach. Hill potrzebuje czasu, aby pokazać różne odmiany winy, racjonalizacji i samozakłamania. Najciekawsze moralnie partie powieści pojawiają się wtedy, gdy bohaterowie przestają pytać, czy składanie ofiar jest złe, bo odpowiedź na to pytanie jest dość oczywista, a zaczynają pytać, kogo można poświęcić, żeby zło wydawało się odrobinę bardziej znośne. Czy człowiek niebezpieczny jest dopuszczalną ofiarą? Czy śmierć jednego potwora w ludzkiej skórze może zostać potraktowana jak korzyść społeczna? A jeśli raz zaakceptuje się taką logikę, to gdzie kończy się obrona przed złem, a zaczyna zwyczajna wygoda? Hill bardzo dobrze pokazuje, jak łatwo wyjątkowa sytuacja może stworzyć prywatny kodeks etyczny, w którym wszystko brzmi rozsądnie, dopóki nie przeczyta się go na głos.
W tym sensie Król Smutek jest mniej opowieścią o smoku niż o władzy. Bohaterowie otrzymują możliwość usuwania ludzi z własnego świata, nawet jeśli robią to pod przymusem i w ramach fatalnego układu. Z czasem sam fakt posiadania takiej możliwości zaczyna ich zmieniać. Hill bada, czy można dysponować absolutną siłą i pozostać moralnie czystym, ale nie zamienia powieści w wykład. Te pytania wynikają z decyzji bohaterów, ich wzajemnych oskarżeń i sposobów, w jakie próbują usprawiedliwić własne wybory. Im dłużej trwa historia, tym mniej interesujące staje się samo pytanie, jak pokonać Króla Smutku, a coraz bardziej interesujące, co właściwie zostanie z ludzi, którzy przez lata musieli myśleć jego kategoriami.
Nie sposób też całkowicie uciec od porównań ze Stephenem Kingiem, zwłaszcza że Hill sam nie zachowuje się tak, jakby istnienie tej literackiej tradycji było tajemnicą państwową. Są tu małe miasta, wieloletnie przyjaźnie, dziecięce lub młodzieńcze decyzje wracające po dekadach, codzienność otwierająca się na coś niewytłumaczalnego i obszerna galeria postaci. Ale Król Smutek nie sprawia wrażenia próby napisania własnego To. Hill ma bardziej przewrotny stosunek do fantasy, więcej zainteresowania językiem, legendą i samym mechanizmem opowiadania, a jego smok jest czymś więcej niż kolejnym wcieleniem pradawnego zła. Pokrewieństwo stylistyczne da się zauważyć, lecz nie trzeba długo szukać, żeby dostrzec również własny charakter autora.
Finał korzysta z pełnego rozmachu, na jaki tak obszerna powieść sobie pozwala, i nie wszystko w nim jest równie subtelne jak najlepsze partie wcześniejsze. Hill momentami pozwala spektaklowi przejąć stery, jakby po kilkuset stronach budowania napięcia czuł obowiązek wysadzić wszystkie przygotowane fajerwerki. Mimo tego zakończenie pozostaje satysfakcjonujące przede wszystkim dlatego, że domyka relacje i decyzje, a nie wyłącznie konflikt z tytułową istotą. To ważne, bo gdyby finał sprowadzał się do pytania, kto wygra pojedynek ze smokiem, cała moralna konstrukcja książki okazałaby się znacznie bardziej dekoracyjna, niż wcześniej sugerowano.
Król Smutek jest powieścią ogromną, nierówną i chwilami wyraźnie zakochaną we własnym rozmachu, ale trudno odmówić jej ambicji. Hill bierze starą historię o pakcie z diabłem, zamienia diabła w smoka i rozciąga konsekwencje jednego rytuału na znaczną część życia bohaterów. Najlepsze jest jednak to, że nie pyta wyłącznie, jak uwolnić się od zawartej umowy. Znacznie bardziej interesuje go, kim trzeba się stać, żeby przez lata z nią żyć. Król Smutek pożera ludzi, ale prawdziwa groza zaczyna się wcześniej, kiedy ktoś jeszcze całkiem rozsądny siada i próbuje zdecydować, kto tym razem powinien znaleźć się w menu.

