Grecy zostawili po sobie bogów z rozbudowanymi życiorysami, Skandynawowie Eddy, a Słowianie przede wszystkim kłopot dla historyków. O Perunie czy Świętowicie potrafimy powiedzieć znacznie mniej niż o Zeusie albo Odynie, zaś pomiędzy tym, co rzeczywiście wiadomo, a tym, co przez stulecia dopowiedzieli kronikarze, romantycy, folkloryści i współcześni entuzjaści słowiańskości, powstała przestrzeń wyjątkowo podatna na fantazję. Jerzy Strzelczyk w Mitach, podaniach i wierzeniach dawnych Słowian robi rzecz być może mniej efektowną od rekonstruowania zaginionego panteonu, ale znacznie uczciwszą. Sprawdza, co właściwie zostało nam w rękach, kiedy odłożymy na bok to, w co bardzo chcielibyśmy wierzyć.
To zasadnicza różnica między książką Strzelczyka a popularnymi opowieściami o słowiańskiej mitologii. Czytelnik oczekujący odpowiednika zbioru mitów greckich, w którym Perun, Weles i pozostali bogowie występują w kompletnych opowieściach o stworzeniu świata, boskich konfliktach i losach ludzi, może początkowo poczuć rozczarowanie. Tego materiału zwyczajnie nie mamy. Co więcej, nie jesteśmy nawet w stanie z całkowitą pewnością stwierdzić, jak rozbudowany i spójny system mitologiczny funkcjonował wśród różnych społeczności słowiańskich.
Strzelczyk nie próbuje tego problemu zamaskować. Przeciwnie, brak pewności staje się jednym z najważniejszych tematów książki. Autor nie tylko przedstawia konkretne bóstwa, demony, podania, postacie czy miejsca, lecz również pokazuje, skąd właściwie pochodzą informacje na ich temat. A wtedy zaczyna się znacznie ciekawsza historia niż proste wyliczanie mieszkańców słowiańskich zaświatów. Źródła bywają późne. Kronikarze patrzyli na pogańską przeszłość oczami chrześcijan. Kolejni autorzy przepisywali wcześniejsze przekazy, zmieniali je, interpretowali, uzupełniali albo dostosowywali do własnych potrzeb. Później pojawiali się następni badacze próbujący z tych fragmentów odtworzyć większą całość. W rezultacie pomiędzy dawnym wierzeniem a współczesnym wyobrażeniem o nim potrafi znajdować się kilka warstw cudzych interpretacji.
Właśnie dlatego bardzo trafna okazuje się używana przez Strzelczyka formuła „prawdziwej historii Nierzeczywistego”. Autor bada przecież rzeczy, których materialnego istnienia historyk nie może potwierdzić, ale samo przekonanie ludzi o ich istnieniu jest faktem historycznym. Demon zamieszkujący dom nie musi być rzeczywisty, żeby realna była wiara człowieka, który zostawiał mu ofiarę. Bóstwo może pozostawać dla nas niemal całkowicie nieuchwytne, a mimo to informacja o jego kulcie mówi coś o społeczności, która ten kult praktykowała.
Taka perspektywa pozwala uniknąć pułapki, w którą bardzo łatwo wpaść przy tematyce słowiańskiej. Braki w źródłach aż proszą się o uzupełnienie. Kilka zdań kronikarza, znalezisko archeologiczne, podobieństwo językowe i późniejszy zwyczaj ludowy można przy odpowiedniej dozie fantazji połączyć w imponującą teorię. Problem zaczyna się wtedy, gdy hipoteza po kilku powtórzeniach zaczyna funkcjonować jako fakt. Strzelczyk jest na takie konstrukcje szczególnie wyczulony. Rozdziela rzeczy dobrze poświadczone od prawdopodobnych, niepewnych i zwyczajnie zmyślonych. Przygląda się także mistyfikacjom oraz późniejszym próbom rozbudowywania słowiańskiej przeszłości. Nie robi tego jednak z pozycji człowieka, który przyszedł odebrać czytelnikowi wszystkie atrakcyjne legendy. Znacznie ciekawsze okazuje się pokazanie mechanizmu ich powstawania.
Bo Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian są po części książką o produkowaniu przeszłości. Kronikarze potrafili włączać Słowian w historię Aleksandra Wielkiego, tworzyć fantastyczne genealogie ludów albo przenosić znane sobie schematy na czasy, o których wiedzieli niewiele. Późniejsi autorzy dokładali kolejne elementy. Historia zaczynała obrastać opowieścią, opowieść tradycją, a tradycja z czasem zyskiwała pozór starożytności.
Znakomicie pokazują to hasła dotyczące postaci, które większość Polaków zna jeszcze ze szkoły. Krak, Wanda czy Popiel funkcjonują w powszechnej świadomości niemal jak mieszkańcy przedhistorycznej Polski. Strzelczyka interesuje natomiast nie tylko sama legenda, lecz również jej droga przez źródła. Kiedy pojawia się konkretna wersja? Kto ją przekazuje? Co dopisują następni kronikarze? W jaki sposób opowieść zmienia znaczenie? To jeden z tych momentów, w których książka wykracza poza deklarowany temat wierzeń. Obok bogów i demonów znajdują się w niej legendarni władcy, kronikarze, miejsca, przedmioty, obrzędy oraz postacie całkowicie historyczne, które zostały wciągnięte w świat podań. Nawet Attyla może stać się częścią słowiańskiej pamięci, jeżeli odpowiednio późna tradycja postanowi znaleźć dla niego miejsce.
Zakres jest zatem szeroki, momentami wręcz zaskakujący. Czytelnik przechodzi od Peruna i Swarożyca do demonologii, od legend dynastycznych do problemów językowych, od materialnych śladów kultu do kronikarskich fantazji. Dzięki temu „wierzenia” nie zostają potraktowane jako odizolowany katalog stworów i bogów. Strzelczyk umieszcza je w kulturze, polityce i historii. Ma to jednak swoją cenę. To leksykon, nie opowieść prowadzona od początku do końca. Alfabetyczna konstrukcja znakomicie sprawdza się, gdy chcemy wrócić do konkretnego zagadnienia, sprawdzić nazwę albo prześledzić źródła dotyczące danej postaci. Przy czytaniu książki od deski do deski rytm staje się bardziej poszarpany. Jeden temat potrafi rozbudzić ciekawość, po czym alfabet bezceremonialnie przenosi nas gdzie indziej.
Forma utrudnia również zobaczenie większych zależności. Osobne hasła tworzą imponującą mozaikę, ale czytelnik musi częściowo sam składać ją w szerszy obraz. Podział tematyczny na bóstwa, demonologię, legendy dynastyczne, miejsca kultu czy źródła historyczne byłby wygodniejszy dla kogoś, kto dopiero wchodzi w temat. Leksykon wygrywa natomiast jako książka, do której można wielokrotnie wracać. I wracać rzeczywiście warto, bo Strzelczyk nie ogranicza się do podawania definicji. Często ważniejsza od odpowiedzi na pytanie „czym było?” okazuje się informacja „skąd o tym wiemy?”. To drobna różnica, która całkowicie zmienia sposób czytania historii.
Dobrym przykładem są Lelum i Polelum. Popularna wyobraźnia chętnie widzi w nich dawnych słowiańskich bogów i pozwala sobie na budowanie wokół nich kolejnych interpretacji. Tymczasem historyka musi interesować przede wszystkim moment pojawienia się takiej informacji w źródłach i jej wiarygodność. Podobnie wygląda sprawa wielu innych postaci, którym późniejsza tradycja zapewniła znacznie okazalsze życiorysy niż zachowany materiał historyczny.
Takich przypadków książka przynosi mnóstwo. I właśnie tutaj ujawnia się jej nieoczywista atrakcyjność. Zamiast kompletnej mitologii dostajemy coś przypominającego historyczne śledztwo. Czasami istnieje kilka niezależnych poszlak. Innym razem jedna późna wzmianka. Niekiedy trop prowadzi do średniowiecznego autora, który najwyraźniej sam próbował zrozumieć niezrozumiały już dla niego przekaz. Są też ślepe uliczki i pomysły, które długo uchodziły za wiarygodne, choć ich fundament był mizerny.
Nie znaczy to, że Strzelczyk sprowadza dawną słowiańską duchowość do przypisów i sporów źródłowych. Z rozproszonych haseł rzeczywiście wyłania się świat zamieszkany przez bóstwa, istoty związane z domem, wodą, lasem, losem czy śmiercią. Tyle że jego granice pozostają rozmyte. I chyba właśnie tak powinien wyglądać przy obecnym stanie wiedzy. Paradoksalnie czyni to tę rzeczywistość bardziej interesującą. Łatwo stworzyć efektowny panteon, przypisać każdemu bóstwu domenę, symbole i kilka rodzinnych koligacji. Znacznie trudniej zaakceptować, że po ludziach żyjących przed tysiącem lat zostały fragmenty, a część pytań prawdopodobnie już nigdy nie otrzyma odpowiedzi.
W tym sensie książka Strzelczyka uczy nie tylko o Słowianach, lecz również o historii jako dyscyplinie. Pokazuje, jak ostrożnie trzeba obchodzić się ze źródłami, szczególnie kiedy dotyczą społeczeństw, które nie pozostawiły własnego obszernego zapisu swoich wierzeń. Jedno zdanie kronikarza może być bezcenne, ale nadal pozostaje jednym zdaniem kronikarza, człowieka posiadającego własny światopogląd, cel i ograniczenia. Dzięki temu publikacja jest także znakomitym antidotum na współczesne mitotwórstwo. Słowiańskość stała się atrakcyjnym tworzywem popkultury, literatury i gier, co samo w sobie trudno uznać za problem. Kłopot pojawia się dopiero wtedy, gdy współczesna kreacja zaczyna przedstawiać się jako odzyskana pradawna wiedza. Po lekturze Strzelczyka znacznie łatwiej dostrzec różnicę pomiędzy rekonstrukcją, przypuszczeniem i atrakcyjnym wymysłem.
Nie jest więc Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian książką dającą satysfakcję z odkrycia kompletnego świata naszych przodków. Daje coś cenniejszego: możliwość zobaczenia, jak niewiele czasem trzeba, żeby z okruchu źródła wyrósł potężny mit i jak dużo pracy potrzeba później, żeby dotrzeć z powrotem do tego okruchu. Dla osoby szukającej fabularnie opowiedzianej mitologii będzie to wybór nietrafiony. Dla czytelnika zainteresowanego rzeczywistym stanem wiedzy o przedchrześcijańskiej Słowiańszczyźnie trudno jednak o pozycję bardziej użyteczną. Strzelczyk nie obiecuje wejścia do zaginionego słowiańskiego panteonu. Wręcza raczej mapę terenu, na której obok kilku wyraźnych dróg znajduje się mnóstwo białych plam.

