Wakacje u dwóch dawno niewidzianych ciotek w północnej Walii brzmią jak plan sporządzony przez dorosłych, którzy nie będą musieli w nich uczestniczyć. Portia nie spodziewa się więc szczególnych atrakcji. Tyle że dom Róży i Jeżyny stoi w okolicy, gdzie stare opowieści najwyraźniej nie wiedzą, że powinny pozostać opowieściami. Jest też lis. A literatura nauczyła nas już chyba wystarczająco dobrze, że kiedy podejrzanie inteligentne zwierzę próbuje zaprowadzić dziecko w las, rozsądnym rozwiązaniem jest natychmiastowy powrót do domu. Na szczęście bohaterowie książek fantasy bardzo rzadko kierują się rozsądkiem.
Kathrin Tordasi zaczyna Jeżynowego Lisa znajomo. Przyjazd w obce miejsce, ekscentryczne krewne, nowo poznany Ben, tajemniczy klucz, zwierzę zachowujące się zdecydowanie zbyt świadomie i przejście ukryte w jeżynach. Nietrudno rozpoznać konstrukcję klasycznej opowieści portalowej. Autorka nawet specjalnie jej nie maskuje. Interesuje ją coś innego: co znajduje się za drzwiami i jaką cenę płaci się za ich otwarcie.
To właśnie tutaj książka zaczyna nabierać własnego charakteru. Walia nie służy Tordasi za ładną pocztówkę z zielonymi wzgórzami. Mgła, mokra ziemia, lasy, wrzosowiska, stare domy i lokalne legendy tworzą środowisko, w którym istnienie ukrytego przejścia przestaje wydawać się szczególnie niedorzeczne. Afallon oraz otaczające go tereny wyglądają jak miejsca, gdzie wystarczy zejść ze ścieżki o kilka metrów za daleko, żeby reguły rzeczywistości zaczęły obowiązywać trochę mniej stanowczo.
Portia oczywiście schodzi. Tytułowy Jeżynowy Lis szybko okazuje się stworzeniem znacznie ciekawszym niż sympatyczny magiczny przewodnik, jakiego można byłoby oczekiwać po książce kierowanej do młodszych czytelników. Jest zmiennokształtny, nieprzewidywalny i nie wzbudza bezwarunkowego zaufania. W ogóle Tordasi rozsądnie unika podziału swojego fantastycznego świata na rzeczy śliczne i rzeczy złe. Spotykane istoty mają własne interesy, magia posiada konsekwencje, a piękne miejsca potrafią okazać się pułapkami. Nawet pomoc czasami przychodzi od kogoś, komu rozsądek nakazywałby nie wierzyć ani przez sekundę.
Za przejściem czekają elfy, zmiennokształtni, niezwykłe biblioteki, podziemia i stworzenia wyciągnięte z baśniowej wyobraźni, ale nad całym tym bogactwem wisi Szary Król. Jeszcze ciekawsza od niego okazuje się jednak szara mgła. Nie rozszarpuje człowieka ani nie zamienia go w kamień. Odbiera pamięć. Stopniowo pozbawia tego, co pozwala odpowiedzieć na najprostsze i jednocześnie najważniejsze pytanie: kim jestem?
To znacznie bardziej niepokojący pomysł niż kolejny potwór z wielkimi zębami. W pewnym momencie groźba zapomnienia przestaje być wyłącznie elementem mechaniki fantastycznego świata. Tordasi łączy pamięć z więziami, rodziną, stratą i poczuciem własnej tożsamości. Jeśli można zapomnieć osobę, którą się kochało, co pozostaje z tej relacji? A jeśli zapomina się samego siebie? Książka nie urządza z tych pytań filozoficznego seminarium dla dziewięciolatków. Wprowadza je w przygodę i pozwala, żeby zaczęły działać wraz z wydarzeniami.
Dlatego ważni są Portia i Ben. Oboje przychodzą do tej historii już z własnymi problemami. Ben mierzy się ze śmiercią ojca, Portia z chorobą matki i niepewnością, której dziecko nie potrafi po prostu odłożyć na czas wakacji. Fantastyczna wyprawa nie kasuje tych doświadczeń. Przeciwnie, nadaje im inny język. Zagubienie, lęk przed utratą bliskiej osoby czy desperackie pragnienie odzyskania tego, co zniknęło, znajdują swoje odbicia po drugiej stronie przejścia.
Dobrze działa również ich przyjaźń. Nie potrzebuje romansu ani deklaracji składanych po trzech wspólnie przeżytych scenach. Portia i Ben najpierw muszą nauczyć się sobie ufać. Popełniają błędy, podejmują nierozsądne decyzje, czasami zwyczajnie się boją. Kiedy później przychodzi moment rozdzielenia bohaterów, ich więź ma już wystarczające podstawy, żeby czytelnik rzeczywiście przejmował się tym, czy ponownie się spotkają. Zmieniające się perspektywy pomagają wtedy przyspieszyć opowieść i jednocześnie pokazać, że każde z nich trochę inaczej radzi sobie z niebezpieczeństwem.
Tordasi nie chroni też młodego odbiorcy przed ciemniejszą stroną baśni. Tytania nie jest dobrotliwą królową elfów, podziemia potrafią być naprawdę nieprzyjemnym miejscem, a kolejne zagrożenia nie mają charakteru dekoracyjnego. Jest w Jeżynowym Lisie coś z dawnych opowieści, w których las był piękny właśnie dlatego, że można było się w nim zgubić. Magia nie została tutaj udomowiona. Zachwyca, ale potrafi oszukać. Pomaga, lecz wymaga ostrożności. Kusi dokładnie wtedy, kiedy należałoby się wycofać.
Jednocześnie książka pozostaje przygodą dla młodego czytelnika. Nie przygniata tematami straty, choroby czy żałoby, tylko pozwala im istnieć obok pościgów, zagadek i kolejnych odkryć. Ten balans jest ważny, bo dzięki niemu emocjonalne zaplecze bohaterów nie wygląda jak obowiązkowa „ważna problematyka” dopisana do fantasy. Wynika z tego, kim są Portia i Ben oraz dlaczego w określonych sytuacjach zachowują się właśnie tak.
Nie wszystko jest równie świeże. Portal prowadzący do magicznej krainy, dziecko odkrywające rodzinne sekrety, zagadkowe zwierzę czy pradawne zło należą przecież do podstawowego wyposażenia gatunku. Można bez większego wysiłku wskazać literackich krewnych tej historii. Tordasi wygrywa jednak wykonaniem. Zamiast desperacko udowadniać oryginalność każdego składnika, buduje z dobrze znanych elementów miejsce posiadające własny zapach, temperaturę i rytm. Przy tej książce naprawdę łatwo wyobrazić sobie mokre liście, chłód mgły i ścieżkę niknącą między jeżynami.
To również debiut, który miejscami chce pomieścić bardzo dużo. Kolejne fantastyczne pomysły pojawiają się szybko, świat się rozszerza, a niektórym jego fragmentom przydałoby się więcej przestrzeni. Z drugiej strony właśnie ten nadmiar daje przyjemne wrażenie, że za krawędzią opowiedzianej historii nadal coś istnieje. Zakończenie nie zatrzaskuje drzwi na klucz i wyraźnie zostawia Portii oraz Benowi możliwość dalszego zaglądania tam, gdzie zdecydowanie nie powinni.
Jeżynowy Lis. Tajemnica Krańca Świata przypomina w końcu, dlaczego motyw przejścia do innego świata tak dobrze działa w literaturze dziecięcej. Nie chodzi wyłącznie o elfy, zaklęcia i niezwykłe stworzenia. Chodzi o tę krótką chwilę przed przekroczeniem progu, kiedy można jeszcze zawrócić, ale ciekawość okazuje się silniejsza. Kathrin Tordasi zostawia po sobie drobną niedogodność. Po lekturze stare furtki, zarośnięte ścieżki i lisy patrzące odrobinę zbyt długo przestają wyglądać całkiem niewinnie. I chyba właśnie o to chodziło.

