Marchewa Żelaznywładsson przyjeżdża do Ankh Morpork wyposażony w miecz, kodeks praw i katastrofalnie błędne przekonanie, że przepisy istnieją po to, żeby ich przestrzegać. Trudno wyobrazić sobie gorsze przygotowanie do życia w mieście, które dawno rozwiązało problem przestępczości, organizując ją w gildie. Złodzieje kradną legalnie, skrytobójcy mordują zgodnie z regulaminem, Patrycjusz pilnuje, żeby cały ten bałagan funkcjonował, a Straż Nocna nauczyła się najważniejszej zasady skutecznej służby: kiedy gdzieś dzieje się coś niebezpiecznego, najlepiej patrolować zupełnie inną ulicę. I właśnie do tej znakomicie zorganizowanej katastrofy trafia człowiek wychowany przez krasnoludy, który bierze prawo śmiertelnie poważnie. Gorzej dla miasta, że niemal równocześnie pojawia się smok.
Straż! Straż! jest ósmą powieścią ze Świata Dysku, ale pod wieloma względami sprawia wrażenie początku czegoś nowego. To tutaj Pratchett po raz pierwszy oddaje pierwszoplanową rolę Straży Miejskiej i przedstawia ludzi, którzy później staną się jednymi z najważniejszych bohaterów całego cyklu. Jednocześnie nie wymaga od czytelnika znajomości siedmiu wcześniejszych książek. Jeśli ktoś od dawna zastanawia się, gdzie wejść do tego ogromnego uniwersum, drzwi komisariatu Straży Nocnej są całkiem rozsądnym wyborem. Nawet jeśli ich stan techniczny może budzić uzasadnione wątpliwości.
Kapitan Samuel Vimes na początku nie wygląda jeszcze na człowieka stworzonego do wielkich rzeczy. Jest pijakiem, cynikiem i dowódcą formacji, z której właściwie nikt nie ma pożytku. Sam doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Straż została sprowadzona do miejskiego folkloru, a Vimes razem z nią. To człowiek rozczarowany nie tylko swoją pracą, lecz także Ankh Morpork, choć paradoksalnie właśnie stosunek do tego miasta mówi o nim najwięcej. Może nim gardzić, przeklinać jego ulice, mieszkańców i porządek polityczny, ale nie pozwoli, żeby ktoś obcy zrobił mu krzywdę. To trochę jak z wyjątkowo paskudnym krewnym. Narzekać można bez końca, lecz gdy zrobi to ktoś spoza rodziny, nagle zaczyna się awantura.
Pratchett nie przeprowadza przy tym cudownej przemiany Vimesa w rycerza bez skazy. Znacznie ciekawsze jest stopniowe przypominanie mu, dlaczego w ogóle został strażnikiem. Marchewa działa tutaj jak chodzący wyrzut sumienia. Nie zna miejscowych układów, dlatego ich nie respektuje. Nie wie, że pewnych ludzi nie należy aresztować, więc ich aresztuje. Czyta przepisy, których od lat nikt nie traktuje poważnie, a następnie ku powszechnemu przerażeniu próbuje je egzekwować. Jego uczciwość jest tak absolutna, że w Ankh Morpork zaczyna przypominać groźną anomalię.
I to właśnie zestawienie Vimesa z Marchewą nadaje książce sporą część energii. Jeden wie o świecie zdecydowanie za dużo, drugi zdecydowanie za mało. Vimes widzi mechanizmy, interesy i kompromisy kryjące się za każdym szlachetnym hasłem. Marchewa widzi paragraf. Teoretycznie to Vimes powinien uczyć młodego rekruta życia, tymczasem obecność Marchewy zaczyna przypominać kapitanowi, że całkowity cynizm jest tylko wygodniejszą odmianą kapitulacji. Pratchett potrafi wydobyć z tego mnóstwo humoru, ale pod żartami rozwija już fundament jednej z najciekawszych przemian bohatera w całym Świecie Dysku.
Obok nich mamy Freda Colona i Nobby’ego Nobbsa, dwóch strażników doskonale przystosowanych do dotychczasowego modelu działania jednostki. Nie są bohaterami i specjalnie nie zamierzają nimi zostać. Ich instynkt samozachowawczy funkcjonuje bez zarzutu, zwłaszcza gdy trzeba ocenić, czy dana sytuacja wymaga interwencji. Zwykle nie wymaga. Przynajmniej dopóki istnieje możliwość odejścia. Pratchett świetnie wykorzystuje ich jako przeciwwagę dla Marchewy, ale nie robi z nich wyłącznie błaznów. W decydujących chwilach nawet najbardziej niepozorni funkcjonariusze potrafią sobie przypomnieć, co oznacza mundur.
Jest jeszcze lady Sybil Ramkin, jedna z tych postaci, które mogły powstać chyba wyłącznie u Pratchetta. Arystokratka zajmująca się hodowlą smoków bagiennych brzmi jak żart przygotowujący grunt pod kolejną puentę, a okazuje się pełnoprawną bohaterką, niezwykle konkretną i całkowicie odporną na romantyczne stereotypy. Jej smoki są zresztą osobnym źródłem atrakcji. Małe, kapryśne, podatne na problemy trawienne i potencjalnie wybuchowe stworzenia mają mniej wspólnego z majestatycznymi bestiami fantasy niż z wyjątkowo kłopotliwymi psami, którym natura omyłkowo zamontowała miotacz ognia.
Tyle że nad Ankh Morpork pojawia się również smok zupełnie innego rodzaju. Wielki, majestatyczny i zdecydowanie nieprzystosowany do pokojowego współistnienia z zabudową miejską. Zostaje przywołany przez tajne stowarzyszenie planujące zmianę władzy. Jego członkowie marzą o obaleniu Patrycjusza i przywróceniu monarchii, najlepiej z właściwym królem, którym oczywiście dałoby się odpowiednio pokierować. Plan jest cudownie idiotyczny, a zarazem niepokojąco znajomy. Wystarczy stworzyć zagrożenie, przestraszyć społeczeństwo, a następnie podsunąć mu zbawcę.
W tym miejscu Straż! Straż! pokazuje, dlaczego sprowadzanie Pratchetta do autora zabawnej fantasy robi mu sporą krzywdę. Smok jest efektowny, tajne bractwo zabawne, a spiski prowadzą do wielu kapitalnych scen, lecz pod całą konstrukcją znajduje się bardzo konkretne pytanie o władzę. Jak łatwo ludzie rezygnują z wolności, kiedy ktoś obieca im bezpieczeństwo? Jak szybko można wmówić tłumowi, że potrzebuje silnego przywódcy? Ile właściwie trzeba, żeby obywatele zaakceptowali tyranię, o ile tyran zapewni porządek?
Pratchett nie zamienia jednak książki w polityczny wykład. Wolałby zapewne zostać pożarty przez własnego smoka. Zamiast wygłaszać tezy, pokazuje mechanizmy w działaniu i natychmiast przebija ich pompatyczność żartem. Członkowie tajnego stowarzyszenia mają wielkie ambicje, ale pozostają małymi ludźmi. Mieszkańcy chcą bohatera, dopóki wygodniej nie jest podporządkować się komuś innemu. Elity deklarują przywiązanie do zasad tak długo, jak zasady nie przeszkadzają w interesach. Ankh Morpork jest absurdem, lecz niepokojąco często absurd ten przypomina całkiem zwyczajne społeczeństwo.
Osobnym bohaterem staje się samo miasto. Wcześniej Ankh Morpork było ważnym elementem Świata Dysku, tutaj wreszcie zaczyna funkcjonować jak pełnoprawna metropolia ze swoim charakterem, instytucjami i osobliwą logiką. Przestępcy mają związki zawodowe, władca utrzymuje porządek poprzez kontrolowany nieporządek, przedsiębiorcy potrafią sprzedać wszystko, co da się nadziać na patyk, a prawo istnieje w stanie przypominającym archeologiczne znalezisko. Jest brudno, tłoczno, niebezpiecznie i kompletnie niedorzecznie. A jednak trudno tego miejsca nie polubić.
Pratchett rozumie bowiem coś, co później wykorzysta jeszcze wielokrotnie: miasto tworzą nie budynki, lecz ludzie oraz wszystkie zawierane między nimi niepisane umowy. Ankh Morpork działa nie dlatego, że posiada idealny system. Działa pomimo systemu. Patrycjusz Vetinari rozumie to doskonale i dlatego jego sposób rządzenia należy do najzabawniejszych elementów książki. To tyran, który najwyraźniej uznał, że zamiast walczyć z ludzkimi wadami, znacznie skuteczniej będzie odpowiednio je opodatkować.
Humor pozostaje oczywiście najłatwiej zauważalną warstwą powieści. Jest absurd, gra konwencjami fantasy, zabawy językowe, komizm sytuacyjny i dialogi, w których jedno zdanie potrafi powiedzieć o bohaterze więcej niż strona charakterystyki. Nie wszystkie dowcipy mają identyczną siłę, a miejscami widać jeszcze wcześniejszego Pratchetta, bardziej zainteresowanego samą zabawą gatunkiem niż późniejszym społecznym skalpelem. Nie przeszkadza to szczególnie, bo Straż! Straż! znajduje się właśnie w interesującym punkcie przemiany całego cyklu. Dawna parodia fantasy zaczyna przeobrażać się w satyrę wykorzystującą fantasy jako narzędzie.
Dlatego pod historią o smoku znajduje się opowieść o instytucjach, odpowiedzialności i ludziach, którzy przyzwyczaili się do własnej bezsilności. Straż jest śmieszna właśnie dlatego, że właściwie przestała wierzyć w sens swojego istnienia. Najciekawsze nie jest więc pokonanie potwora, lecz moment, w którym Vimes, Colon i Nobby zaczynają zachowywać się tak, jakby ich praca rzeczywiście coś znaczyła. Nie stają się nagle legendarnymi wojownikami. Nadal są sobą, ze wszystkimi wadami, strachem i ograniczeniami. Po prostu przestają uciekać.
Warto też pamiętać, że to dopiero początek podcyklu o Straży. Patrząc z perspektywy późniejszych książek, można zauważyć, że część pomysłów nie osiągnęła jeszcze pełnej dojrzałości. Vimes dopiero zaczyna być Vimesem, którego później poznamy znacznie lepiej, a społeczna satyra Pratchetta z czasem stanie się ostrzejsza i bardziej bezkompromisowa. Nie traktuję tego jednak jako poważnej wady. Jest coś niezwykle satysfakcjonującego w obserwowaniu momentu, w którym autor znajduje bohaterów zdolnych udźwignąć jego coraz ambitniejsze pomysły.
Straż! Straż! można przeczytać jako komediową fantasy o grupie nieudaczników walczących ze smokiem i bawić się znakomicie. Można też zauważyć historię o tym, jak powstają tyranie, dlaczego społeczeństwa tak łatwo zakochują się w prostych rozwiązaniach i czy człowiek kompletnie rozczarowany systemem nadal może uczciwie mu służyć. Najlepsze jest to, że Pratchett nie zmusza do wyboru pomiędzy jednym a drugim. Najpierw każe się śmiać z Marchewy aresztującego ludzi, których absolutnie nie powinien aresztować, a chwilę później człowiek orientuje się, że właśnie przeczytał całkiem poważną uwagę o prawie i władzy.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim stoi Samuel Vimes, patrzy na swoje paskudne miasto i powoli dochodzi do wniosku, że ktoś jednak powinien go pilnować. Skoro zaś wszyscy kompetentni najwyraźniej mają tego wieczoru inne plany, obowiązek niestety spada na Straż.

