Najciekawsze spotkania kultur zaczynają się zwykle od nieporozumienia. Ktoś patrzy na drugiego człowieka i widzi przede wszystkim obcość, dziwny język, nieznane gesty, inne ubrania i sposób życia, którego nie potrafi jeszcze odczytać. Nanbanjin Cyrila Pedrosy i Taiyō Matsumoto wychodzi właśnie od takiego momentu. W 1543 roku portugalski żeglarz Fernando trafia do Japonii i zostaje przygarnięty przez mieszkańców niewielkiej społeczności. Sama historia mogłaby zostać opowiedziana bardzo klasycznie. Dwóch autorów robi jednak coś znacznie ciekawszego. Pokazują te same wydarzenia dwa razy, z przeciwnych stron, a obie narracje spotykają się dokładnie w środku albumu.
Pedrosa prowadzi swoją część z perspektywy Fernando. To spojrzenie człowieka, który nagle traci wszystko, co znał, i musi nauczyć się funkcjonować w świecie pozbawionym dla niego oczywistych punktów odniesienia. Język, obyczaje, relacje społeczne i codzienność stają się czymś, czego trzeba nauczyć się niemal od zera. Autor pozwala dobrze poznać bohatera, jego przeszłość, charakter oraz sposób, w jaki powoli zmienia się pod wpływem nowego otoczenia. Fernando nie jest przybyszem, który wnosi do Japonii gotowe rozwiązania. Sam równie mocno potrzebuje miejscowych, jak oni z czasem potrzebują jego.
Matsumoto wykonuje ruch odwrotny. Nie skupia się na tym, co Fernando przeżywa od środka, lecz pokazuje, jak jego pojawienie się wpływa na ludzi wokół niego. Kolejne rozdziały przejmują mieszkańcy wioski, dzięki czemu wydarzenia znane już z części Pedrosy nagle nabierają zupełnie innego znaczenia. Największa siła albumu polega na tym, że druga perspektywa nie powtarza pierwszej, lecz ją przepisuje. To, co dla Fernando było gestem wdzięczności, dla kogoś innego mogło być aktem strachu, nadziei albo próbą uporania się z dawną stratą.
Szczególnie dobrze widać to w relacji Fernando i Shobeia. Z perspektywy Portugalczyka starszy mężczyzna jest kimś, kto daje mu schronienie, język i możliwość wejścia w nowe życie. Dopiero druga część pokazuje, że ta relacja nie działa tylko w jednym kierunku. Fernando staje się również dla Shobeia człowiekiem, dzięki któremu może przepracować własną żałobę i ponownie otworzyć się na bliskość. Właśnie takie momenty nadają całemu przedsięwzięciu sens. Autorzy nie pokazują dwóch wersji wydarzeń dla zabawy formalnej. Pokazują, że żaden człowiek nie widzi całej historii, nawet jeśli sam uważa się za jej centrum.
To również dlatego Nanbanjin nie potrzebuje wielkiej ilości akcji. Jest to historia spokojna, często kontemplacyjna, skupiona na codzienności, przyzwyczajeniach i powolnym oswajaniu obcości. Nie próbuje zamienić pierwszego kontaktu Europejczyka z mieszkańcami Japonii w wielki historyczny spektakl. Polityka, handel i możliwość przyszłej ekspansji pojawiają się w tle, ale najważniejszy pozostaje człowiek. Ktoś, kto je inaczej, mówi inaczej, wygląda inaczej, a mimo tego może stać się bliski.
Tytułowy termin dobrze podsumowuje punkt wyjścia tej historii. Nanbanjin oznaczał dla Japończyków przybysza z południa, obcego, barbarzyńcę. Fernando od początku zostaje więc wpisany w kategorię kogoś spoza znanego świata. Album pokazuje jednak, jak szybko takie określenia zaczynają tracić znaczenie, kiedy obcy przestaje być abstrakcyjną figurą i staje się konkretnym człowiekiem. Uprzedzenie nie znika od razu, ale zostaje poddane próbie przez codzienny kontakt.
Bardzo ważna jest przy tym różnica między samymi autorami. Pedrosa i Matsumoto mają odmienne sposoby prowadzenia narracji, inne tempo, inną kreskę i inne wyczucie emocji. Zamiast próbować ujednolicić album, wykorzystują te różnice jako jego fundament. Część Pedrosy jest bardziej skupiona na osobistym doświadczeniu Fernando, natomiast Matsumoto rozprasza uwagę pomiędzy kilka postaci i pozwala zobaczyć przybysza oczami całej społeczności. Dzięki temu forma książki odpowiada jej tematowi. Zachodni i japoński sposób opowiadania nie walczą tutaj o pierwszeństwo. Spotykają się pośrodku, dokładnie tak jak bohaterowie.
Warstwa graficzna dodatkowo wzmacnia ten pomysł. Obaj twórcy mają bardzo rozpoznawalne style i album nie próbuje ukrywać różnic między nimi. Przeciwnie, zestawia je ze sobą i pozwala czytelnikowi przejść od jednej wrażliwości do drugiej. Monumentalny format daje rysunkom mnóstwo przestrzeni, a wiele plansz aż zachęca, żeby zatrzymać lekturę i po prostu przyjrzeć się kompozycji, kolorowi oraz pracy postaci w przestrzeni. To jeden z tych albumów, w których fizyczna forma książki jest częścią opowieści, a nie tylko opakowaniem.
Ta imponująca forma ma jednak swoją cenę. Dosłownie i w przenośni. Album jest ogromny, ciężki i niezbyt wygodny w czytaniu. Nie jest to książka, którą łatwo wziąć do łóżka albo przeczytać gdzieś po drodze. Do tego dochodzi wysoka cena, która skutecznie ogranicza dostępność publikacji. Trudno jednak uznać te kwestie za wadę samego dzieła. To raczej konsekwencja decyzji wydawniczej, dzięki której prace obu twórców mogą wybrzmieć w odpowiedniej skali.
Fabularnie Nanbanjin nie próbuje być historią rewolucyjną. Motyw przybysza, który trafia do obcej społeczności, przełamuje uprzedzenia i z czasem staje się jej częścią, jest dobrze znany. Tutaj znaczenie ma jednak nie sam schemat, lecz sposób jego opowiedzenia. Podwójna narracja sprawia, że czytelnik ciągle weryfikuje własne spojrzenie na wcześniejsze sceny. To, co wydawało się oczywiste po jednej stronie książki, po przeczytaniu drugiej może wyglądać zupełnie inaczej.
Nanbanjin działa więc najlepiej nie jako opowieść o wielkim historycznym przełomie, lecz jako historia o tym, jak trudno naprawdę zobaczyć drugiego człowieka. Pedrosa i Matsumoto pokazują, że różnice kulturowe są realne, czasem śmieszne, czasem bolesne, ale nie muszą prowadzić wyłącznie do konfliktu. Mogą również stać się początkiem ciekawości, przyjaźni i wzajemnej przemiany. Właśnie dlatego ten album zostaje w pamięci. Nie dlatego, że dwie kultury spotykają się tutaj po raz pierwszy, lecz dlatego, że obie strony naprawdę próbują spojrzeć na siebie nawzajem.





