Tytuł brzmi prowokacyjnie, może nawet niebezpiecznie lekko, ale Mój przyjaciel Kim Dzong Un nie jest komiksem, który próbuje oswoić dyktaturę przez żart ani zbudować portret północnokoreańskiego przywódcy na zasadzie łatwej sensacji. Keum Suk Gendry-Kim wybiera drogę trudniejszą i mniej efektowną. Zamiast pisać klasyczną biografię człowieka stojącego na czele jednego z najbardziej zamkniętych państw świata, opowiada o próbie zrozumienia figury, która dla wielu pozostaje bardziej symbolem niż osobą. I od razu ustawia sprawę szerzej: Kim Dzong Un jest tu ważny, ale nie tylko jako bohater opowieści. Jest punktem wejścia w historię podzielonej Korei, w lęk codzienności oraz w pytanie, czy po tylu dekadach politycznej i rodzinnej separacji pokój nadal można sobie wyobrazić.
Najlepszy pomysł tego albumu polega na tym, że autorka nie zaczyna od wielkiej polityki, lecz od miejsca. Ganghwa, południowokoreańska wyspa położona pozornie blisko zwyczajnego życia, ale zarazem niepokojąco blisko granicy, daje całej opowieści osobisty nerw. Tu napięcie między Koreą Północną a Południową nie jest abstrakcyjnym tematem z wiadomości. Ma dźwięk. Artyleria, śmigłowce, syreny, obecność bazy wojskowej i świadomość, że kruchy spokój może pęknąć, tworzą tło, które nie pozwala traktować polityki jak odległego spektaklu. Historia wchodzi do domu przez uszy, przez ciało, przez codzienny lęk.
Keum Suk Gendry-Kim znana jest z komiksów, w których wielka historia zostawia ślady na zwykłych ludziach. Trawa i Czekanie były opowieściami o pamięci, krzywdzie, wojnie i rozdzieleniu. Mój przyjaciel Kim Dzong Un wpisuje się w ten krąg, ale ma inną konstrukcję i inny ciężar. Jest bardziej reporterski, bardziej rozproszony, chwilami niemal eseistyczny. Autorka zbiera głosy, rozmawia z osobami znającymi temat z różnych stron, przygląda się genealogii rodu Kimów, dzieciństwu przywódcy, jego edukacji za granicą, politycznym decyzjom i międzynarodowym gestom. Równocześnie wraca do siebie, do własnej pamięci i strachu przed wojną.
Największa siła Mojego przyjaciela Kim Dzong Una polega na tym, że autorka nie próbuje rozwiązać tajemnicy północnokoreańskiego przywódcy, lecz pokazuje, jak sama ta tajemnica wpływa na wyobraźnię, lęk i polityczne myślenie mieszkańców podzielonego półwyspu. To nie jest album śledczy w sensie sensacyjnego ujawniania sekretów. Nie ma tu jednej ukrytej prawdy, która nagle porządkuje wszystko. Są raczej fragmenty: wspomnienia, rozmowy, przypuszczenia, fakty znane z mediów, świadectwa uciekinierów, komentarze badaczy, a pomiędzy nimi autorka, która próbuje złożyć obraz z materiału z natury niepełnego.
Taki wybór ma swoje zalety. Komiks nie wpada w ton oskarżycielskiej publicystyki, choć nie traci świadomości przemocy systemu. Nie tworzy też naiwnej opowieści o „człowieku za maską”, która miałaby łagodzić odpowiedzialność polityczną. Gendry-Kim interesuje napięcie między osobą a symbolem. Kim Dzong Un był kiedyś dzieckiem, uczniem, synem, spadkobiercą dynastii, kimś uformowanym przez rodzinę, izolację, władzę i mechanizmy propagandy. Jednocześnie jest przywódcą państwa, którego decyzje wpływają na życie milionów ludzi. Album próbuje utrzymać oba te porządki naraz, bez łatwego usprawiedliwienia i bez wygodnego odczłowieczenia.
Najciekawsze fragmenty nie zawsze dotyczą samego Kim Dzong Una. Mocniej działają miejsca, w których rozmowa o nim odsłania codzienność zwykłych ludzi. Szczególnie ważna wydaje się perspektywa uciekinierki z Korei Północnej, bo to ona przesuwa album z poziomu politycznego portretu w stronę doświadczenia głodu, strachu, nadziei i rozczarowania. Wielka polityka ma tu swoją ludzką cenę. Decyzje przywódców, propaganda, sankcje, negocjacje i wojskowe gesty nie wiszą w powietrzu. Spadają na rodziny, na ciała, na wybory podejmowane w sytuacjach, w których przetrwanie potrafi zniszczyć resztki moralnego komfortu.
Słabiej wypada natomiast sam biograficzny wymiar albumu. Wiele informacji o Kim Dzong Unie pozostaje dość ogólnych, bo dostęp do rzetelnych źródeł jest ograniczony, a sama postać została obudowana propagandą, plotką i polityczną mgłą. To zrozumiałe, ale w lekturze prowadzi do niedosytu. Osoby śledzące temat Korei Północnej nie znajdą tu zapewne wielu nowych ustaleń. Komiks raczej porządkuje, syntetyzuje i osadza dostępne informacje w osobistej ramie, niż odkrywa nieznane fakty. Dla jednych będzie to wada. Dla innych, zwłaszcza mniej zaznajomionych z tematem, może stać się przystępną bramą do zrozumienia podstawowego kontekstu.
Właśnie ta podwójność decyduje o charakterze książki. Mój przyjaciel Kim Dzong Un jest najmocniejszy nie jako pełna biografia, lecz jako opowieść o dochodzeniu do wiedzy. Autorka pokazuje proces zbierania informacji, docierania do rozmówców, mierzenia się z ciszą i z tym, że pewnych rzeczy po prostu nie da się potwierdzić. To bardzo uczciwe podejście. W świecie, który lubi natychmiastowe wyjaśnienia i pewne tezy, Gendry-Kim przyznaje, że przy Korei Północnej każdy portret musi zawierać puste miejsca. Te puste miejsca nie są błędem komiksu. Są częścią tematu.
Album ma również ciekawy wymiar autobiograficzny. Autorka nie ustawia siebie w pozycji beznamiętnej ekspertki. Jest Koreanką z Południa, kobietą mieszkającą blisko granicy, osobą noszącą w sobie pamięć kraju podzielonego wojną i polityką. Ten osobisty punkt widzenia pozwala uniknąć tonu chłodnej analizy geopolitycznej. Najbardziej przejmujące jest tu poczucie życia obok konfliktu, który nigdy naprawdę się nie skończył w emocjach społeczeństwa, nawet jeśli codzienność nauczyła się z nim współistnieć. Można robić zakupy, opiekować się zwierzętami, rozmawiać z sąsiadami, pracować nad komiksem, a jednocześnie słyszeć dźwięki przypominające, że historia stoi bardzo blisko.
W porównaniu z Trawą czy Czekaniem ten album może wydawać się mniej emocjonalnie zwarty. Tam wcześniejsze tematy, czyli przemoc seksualna, wojna, rodzinna separacja i pamięć, miały wyraźniejszy rdzeń i mocniej koncentrowały całość. Tutaj materiał jest bardziej rozproszony. Biografia, reportaż, osobisty dziennik, rozmowy, historia rodu Kimów, nadzieja na pojednanie, analiza polityczna i strach przed konfliktem tworzą szeroki wachlarz, ale nie zawsze układają się w równie mocną kompozycję. Czasem widać, że autorka chce powiedzieć naraz za dużo.
To jednak nie znaczy, że album traci sens. Jego rozproszenie w pewnym stopniu odpowiada samej rzeczywistości, którą opisuje. Koreańska rana nie jest jednym tematem. To rodziny rozdzielone granicą, wojna bez pełnego domknięcia, propaganda, dyktatura, pamięć głodu, militaryzacja codzienności, interesy mocarstw i pokolenia, które coraz mniej pamiętają wspólny kraj. Gendry-Kim próbuje uchwycić tę wielość bez udawania, że da się ją zmieścić w prostym schemacie. Problem polega na tym, że komiks jako forma potrzebuje rytmu, a ten chwilami słabnie pod ciężarem zbyt wielu osi.
Od strony graficznej Mój przyjaciel Kim Dzong Un różni się od wcześniejszych prac autorki użyciem koloru. Delikatne, rozcieńczone odcienie niebieskiego i fioletu mają znaczenie symboliczne, bo przywołują dwa podzielone państwa i możliwość ich zbliżenia. To rozwiązanie subtelne, konsekwentne i wizualnie spokojne. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że czarno biała surowość wcześniejszych komiksów Gendry-Kim mocniej niosła emocjonalny ciężar. Tutaj kolor łagodzi, czasem pięknie organizuje planszę, ale nie zawsze wzmacnia napięcie. To wybór bardziej refleksyjny niż bolesny.
Rysunek nadal ma w sobie charakterystyczną oszczędność. Gendry-Kim nie potrzebuje przeładowanych plansz, aby pokazać strach, zmęczenie albo niezręczność rozmowy. Jej kreska najlepiej działa w scenach codziennych: na wyspie, w rozmowach, podczas przemieszczania się, w momentach ciszy. Komiks reporterski bardzo łatwo może zmienić się w ilustrowany wykład. Tutaj często udaje się tego uniknąć, bo autorka rozumie, że twarz rozmówcy, pusta przestrzeń i drobny gest potrafią unieść więcej niż kolejny blok informacji.
To album najbardziej wartościowy wtedy, gdy zamiast opowiadać o Korei Północnej jako egzotycznej tajemnicy, pokazuje podział Korei jako codzienny, dziedziczony i wciąż niezabliźniony stan emocjonalny. Kim Dzong Un jest w centrum tytułu, ale najważniejszym bohaterem pozostaje półwysep przecięty granicą. To opowieść o kraju, który formalnie składa się z dwóch państw, ale w pamięci wielu ludzi nadal jest jedną raną. Autorka stale wraca do pytania o pokój, nie w naiwnym tonie, lecz z uporem osoby, która wie, że bez tej nadziei pozostaje tylko przyzwyczajenie do strachu.
Słabością albumu jest nierówny ciężar rozmów. Niektóre wywiady wydają się obiecujące, ale zostają zbyt szybko zamknięte. Inne trwają dłużej, choć nie zawsze przynoszą proporcjonalnie głębsze wnioski. Szczególnie czuć niedosyt tam, gdzie rozmówca mógłby otworzyć perspektywę mniej znaną i bardziej osobistą, a zostaje tylko krótko wprowadzony. Gendry-Kim ma świetny instynkt słuchania, ale nie wszystkie głosy dostają tyle miejsca, ile powinny. W efekcie album bywa bardziej mapą rozmów niż pełnym reportażem z każdej z nich.
Mimo tego Mój przyjaciel Kim Dzong Un pozostaje książką potrzebną. Nie dlatego, że daje pełną wiedzę o północnokoreańskim przywódcy. Nie daje i raczej nie może dać. Potrzebna jest dlatego, że próbuje odsunąć gotowe klisze, te zachodnie i te koreańskie, i zapytać, co właściwie znaczy żyć obok państwa, które jednocześnie jest bratem, wrogiem, traumą, propagandowym fantomem i realnym zagrożeniem. To perspektywa rzadziej obecna w uproszczonych rozmowach o Korei Północnej, gdzie zbyt łatwo przechodzi się od żartu do przerażenia, od memu do atomowego lęku.
Komiks nie wybiela dyktatury i nie zamienia Kim Dzong Una w sympatyczną zagadkę. Próbuje jednak zrozumieć, jak powstaje taki przywódca, jak działa dziedziczna władza, jak buduje się mit polityczny i dlaczego obraz Korei Północnej jest tak trudny do uchwycenia. Ta próba zrozumienia może budzić nieufność u tych, którzy wolą jednoznaczne potępienie zamiast analizy. Ale właśnie tu widać dojrzałość autorki. Zrozumieć nie znaczy usprawiedliwić. Zrozumieć znaczy wiedzieć, jak głęboko sięga problem.
W dorobku Keum Suk Gendry-Kim ten album nie jest najpotężniejszy emocjonalnie. Trawa i Czekanie uderzały mocniej, bo były bardziej skoncentrowane i miały ciężar świadectwa, którego nie dało się rozproszyć. Mój przyjaciel Kim Dzong Un jest bardziej miękki konstrukcyjnie, bardziej informacyjny, chwilami zbyt ogólny, ale też ciekawy właśnie przez swoją próbę wejścia w temat, którego nie da się domknąć. To nie koniec trylogii w formie wielkiego finału. Raczej dopowiedzenie, które przesuwa uwagę z ran przeszłości na napięcia teraźniejszości.
Najlepiej czytać ten komiks jako osobistą wyprawę w stronę pytania, nie jako zamkniętą odpowiedź. Kim Dzong Un pozostaje nieuchwytny, Korea Północna pozostaje trudna do poznania, a zjednoczenie nadal wygląda bardziej jak moralna konieczność niż realny plan. Ale Keum Suk Gendry-Kim nie rezygnuje z wiary, że rozmowa ma znaczenie. Nawet jeśli jest niepełna, nawet jeśli zderza się z propagandą, ciszą i politycznym interesem. W świecie, gdzie granice często utrwalają się najpierw w głowach, samo uporczywe pytanie o drugą stronę staje się gestem sprzeciwu wobec wojny.

