Najłatwiej byłoby opowiedzieć tę historię jako brazylijską baśń o chłopaku z faveli, który ma talent, piłkę i wystarczająco dużo determinacji, żeby pewnego dnia ktoś podał mu rękę i wyciągnął z biedy. Marcin Bałczewski robi jednak coś ciekawszego: pozwala przez chwilę uwierzyć, że właśnie tak będzie. Mój mały Pelé zaczyna się jak opowieść o nadziei, rodzinie i futbolu, ale pod spodem od początku pracuje coś znacznie mniej pocieszającego. Problem polega na tym, że kiedy wreszcie dochodzi do tragedii, komiks nie zawsze potrafi przekuć wcześniejsze napięcie w równie mocne konsekwencje.
Najlepsza jest pierwsza połowa. Nie dlatego, że dzieje się w niej najwięcej, lecz właśnie dlatego, że Bałczewski pozwala historii oddychać. Futbol nie staje się od razu przepustką do kariery, a favela nie jest tylko egzotycznym tłem z obowiązkowym gangiem za rogiem. Ważniejsze są relacje między braćmi, oczekiwania dorosłych, poczucie bycia lepszym albo gorszym, napięcia w rodzinie i ta bardzo znajoma mieszanka nadziei oraz frustracji, która potrafi narastać w domu szybciej niż sportowe sukcesy. Komiks dobrze pokazuje też, że talent jednego dziecka bywa ciężarem dla całej reszty. Kiedy cała uwaga skupia się na tym, który może się wybić, pozostali łatwo zaczynają istnieć jako przypisy do cudzej historii.
To szczególnie istotne w relacji z ojcem. Bałczewski nie robi z niej wielkiego melodramatu, a szkoda byłoby zresztą próbować, bo ten wątek lepiej działa przez drobne gesty i nierówny rozkład emocji. Akceptacja nie jest tu czymś oczywistym, podobnie jak poczucie przynależności. Jedni bohaterowie żyją w blasku cudzego talentu, inni w jego cieniu, a jeszcze inni próbują znaleźć dla siebie miejsce tam, gdzie rodzinne oczekiwania zostały już dawno rozdane. To jeden z ciekawszych tematów komiksu, bo odsuwa piłkę na dalszy plan i pokazuje, że największe porażki wcale nie muszą wydarzać się na boisku. Czasem wystarczy kilka lat bycia tym drugim.
W pewnym momencie przychodzi jednak zbrodnia zapowiadana już w opisie i wtedy narracja zmienia kierunek. Sama decyzja jest dobra, bo rozbija schemat sportowej opowieści i przypomina, że w takim miejscu marzenie nie istnieje w próżni. Problemem nie jest więc tragedia, tylko sposób, w jaki komiks zaczyna ją obsługiwać. Wątki wcześniej prowadzone stosunkowo naturalnie nagle podporządkowują się intrydze, pojawiają się tropy, które nie zawsze mają odpowiednią wagę, a finał chce zaskoczyć mocniej, niż wcześniejsze przygotowanie na to pozwala. Zaskoczenie działa najlepiej wtedy, kiedy po wszystkim czytelnik może wrócić myślą do kilku scen i powiedzieć sobie, że rzeczywiście to tam było. Tutaj momentami bardziej przypomina sytuację, w której ktoś przesunął meble po ciemku i liczy na efekt, kiedy rano uderzymy się w stół.
Nie oznacza to, że druga połowa całkiem się rozpada. Ma kilka mocnych scen i zachowuje ponury ciężar, który wynika z bardzo prostego faktu: ludzie zamieszani w całą sytuację nie są wyposażeni w luksus podejmowania decyzji w bezpiecznych warunkach. Presja rodziny, przestępczości, biedy i społecznych zależności nie pozostawia im wielkiego pola manewru. Bałczewski dobrze rozumie, że w takich historiach dramat nie musi wynikać z jednego złego człowieka. Często wystarczy środowisko, w którym każdy ma swoje racje, swoje lęki i bardzo mało przestrzeni, żeby postąpić dobrze. Szkoda tylko, że im bliżej finału, tym częściej ta obserwacja ustępuje miejsca potrzebie dowiezienia fabularnego twistu.
Osvaldo Medina rysuje tę historię stylem prostym, szerokim, nieco surowym, który dobrze radzi sobie z ruchem i miejską energią. Tam, gdzie bohaterowie biegają, grają, przemieszczają się po ulicach czy reagują gwałtownie, kadry mają odpowiedni nerw. Rysunek nie próbuje udawać fotograficznego realizmu i zwykle wychodzi mu to na zdrowie. Gorzej bywa przy scenach opartych na napięciu psychologicznym. Twarze nie zawsze różnicują bohaterów wystarczająco mocno, a kilka postaci można pomylić zwłaszcza wtedy, gdy fabuła zaczyna wymagać większej uwagi. To drobiazg, ale akurat w historii, w której relacje rodzinne i tożsamość postaci są tak ważne, każdy moment zawahania czytelnika działa na niekorzyść.
Do tego dochodzi narracja plansz. W większości czyta się ją sprawnie, ale miejscami rozmieszczenie dymków nie prowadzi oka tak naturalnie, jak powinno. To szczegół techniczny, dopóki scena jest prosta. Przy większej liczbie postaci i szybszej wymianie zdań zaczyna mieć znaczenie, bo komiks nie powinien wymagać od czytelnika dodatkowego śledztwa pod tytułem „kto powiedział to pierwszy”. Medina ma jednak wyczucie ruchu i plastyczności, więc wizualnie całość pozostaje żywa. Jego kreska pasuje do ulicy, futbolu i codzienności faveli bardziej niż do późniejszych, mroczniejszych zwrotów fabularnych, gdzie chciałoby się czasem cięższej atmosfery albo mocniejszego kontrastu.
Największa wartość Mojego małego Pelé tkwi więc nie w kryminalnej zagadce ani nawet w historii sportowego talentu. Mocniejsza jest opowieść o nierównym rozkładzie szans i uczuć. O tym, że jedno dziecko może stać się projektem całej rodziny, podczas gdy inne powoli uczy się życia na obrzeżu tej nadziei. O tym, że ojcowska akceptacja nie zawsze trafia tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. I o tym, że marzenie o wyrwaniu się z biedy bardzo łatwo zamienia się w rodzinny obowiązek, który dziecko zaczyna dźwigać, zanim w ogóle zrozumie, jak ciężki jest ten bagaż. Tu komiks trafia najcelniej, bo nie potrzebuje ani wielkich słów, ani kolejnych zwrotów.
Mój mały Pelé jest przez to albumem nierównym, ale nie obojętnym. Pierwsza połowa obiecuje bardzo dobrą opowieść obyczajową, druga próbuje ją przestawić na bardziej sensacyjne tory i trochę gubi po drodze wcześniejszą naturalność. Finał ma siłę, lecz nie pełny ciężar, bo kilka elementów prowadzących do niego pozostaje zbyt słabo zaznaczonych. Mimo tego historia zostawia po sobie coś więcej niż prostą opowieść o chłopaku kopiącym piłkę między betonem i biedą. Najbardziej gorzkie okazuje się bowiem nie to, że marzenie może się nie spełnić, ale że czasem rodzina zdąży już podporządkować mu wszystko, zanim ktoś zauważy, jak wiele po drodze zostało stracone.





