Najbardziej fascynujące w historii esperanta jest chyba to, że ten język naprawdę miał sens. Kiedy dziś słyszy się o sztucznie stworzonym języku mającym połączyć ludzi ponad granicami, łatwo potraktować to jak sympatyczną utopię z XIX wieku. Coś pomiędzy marzeniem idealisty a ciekawostką dla pasjonatów. Tymczasem Jacek Świdziński w Ideo bardzo szybko przypomina, że pomysł Zamenhofa nie wyrósł z abstrakcyjnego humanizmu, tylko z konkretnego doświadczenia życia w miejscu, gdzie wszyscy mieszkali obok siebie, ale niekoniecznie razem.
Białystok końca XIX wieku u Świdzińskiego jest miastem pełnym języków, kultur i napięć. Ludzie mówią różnie, modlą się różnie i coraz częściej patrzą na siebie jak na obcych. Zamenhof obserwuje ten chaos i dochodzi do wniosku, że może problem zaczyna się wcześniej, niż wszystkim się wydaje. Może zanim pojawia się przemoc, pogarda albo nacjonalizm, najpierw pojawia się zwykła niemożność porozumienia się. I właśnie z tej myśli rodzi się esperanto. Język prosty, neutralny i pozbawiony narodowego właściciela. Taki, który nie miał dominować, tylko ułatwiać spotkanie.
To wszystko brzmi potencjalnie bardzo ciężko albo bardzo szkolnie. Świdziński doskonale wie, że opowieść o historii języka mogłaby zamienić się w komiksową wersję podręcznika w jakieś trzy strony. Dlatego zamiast akademickiego tonu dostajemy coś znacznie ciekawszego. Ideo działa trochę jak gawęda prowadzona przez człowieka autentycznie zafascynowanego tematem. Autor wrzuca historyczne konteksty, tłumaczy mechanizmy działania języka, opowiada o samym Zamenhofie, ale robi to z ogromną lekkością i charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Nawet kiedy komiks wpada w bardziej eseistyczne fragmenty, nie ma wrażenia wykładu. Raczej rozmowy z kimś, kto co chwilę przypomina: „ej, ale to jest naprawdę ciekawe”.
I rzeczywiście jest. Zwłaszcza gdy Świdziński zaczyna pokazywać, dlaczego esperanto ostatecznie nie mogło wygrać z językami narodowymi. Bo języki nie rozprzestrzeniają się dzięki logice czy prostocie. Rozprzestrzeniają się dzięki sile. Dzięki ekonomii, polityce, kulturze i dominacji. Angielski nie został globalnym językiem dlatego, że jest najpiękniejszy albo najbardziej intuicyjny. Po prostu stał za nim światowy wpływ Wielkiej Brytanii, a później Stanów Zjednoczonych. Esperanto miało za sobą wyłącznie ideę. A sama idea bardzo rzadko wystarcza.
Najlepsze w Ideo jest jednak to, że Świdziński nie traktuje tego jak historii przegranej. Nie ma tu taniego cynizmu ani wyśmiewania marzycielstwa Zamenhofa. Przeciwnie. Autor wyraźnie czuje sympatię do samej idei porozumienia ponad podziałami, nawet jeśli jednocześnie doskonale rozumie, dlaczego świat działa inaczej. To komiks o utopii, ale opowiedziany bez naiwności.
Bardzo dobrze współgra z tym warstwa wizualna. Świdziński jak zwykle operuje swoim charakterystycznym, minimalistycznym stylem, który z daleka wygląda niemal jak seria szybkich szkiców, a z bliska okazuje się zaskakująco precyzyjny. Kilka kresek wystarcza mu do budowania charakterów, emocji i całego społecznego krajobrazu epoki. Te „patyczkowe” postacie żyją bardziej, niż mogłoby się wydawać po samym spojrzeniu na okładkę. Autor ma świetne wyczucie rytmu strony, drobnych gagów w tle i wizualnych skrótów, które robią ogromną robotę.
Szczególnie dobrze wypadają momenty, kiedy Ideo zaczyna pokazywać język jako część większego mechanizmu historii. Świdziński zestawia rozwój esperanta z przemianami społecznymi, technologicznymi i politycznymi końca XIX wieku. Nagle okazuje się, że opowieść o języku staje się jednocześnie opowieścią o nowoczesności, migracjach, narodzinach nowych idei i świecie, który coraz bardziej się globalizuje, choć jeszcze nie zna tego słowa.
Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że autora mniej interesuje samo esperanto jako system językowy, a bardziej sposób, w jaki ludzie próbują wymyślać narzędzia do lepszego życia razem. I właśnie wtedy Ideo robi się najciekawsze. Nie jako biografia Zamenhofa. Nie jako historyczna ciekawostka. Tylko jako komiks o potrzebie bycia zrozumianym.
Nie jest to najbardziej emocjonalny album Świdzińskiego ani jego najbardziej fabularna rzecz. Miejscami bliżej mu do eseju czy komiksowego reportażu niż klasycznej narracji. Ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo autor nadrabia to pasją, inteligencją i autentycznym zainteresowaniem tematem. Ideo ma w sobie coś bardzo szczerego. Czuć, że ten komiks powstał nie dlatego, że trzeba było opowiedzieć „ważną historię”, tylko dlatego, że ktoś naprawdę uznał ją za wartą przypomnienia.
I może właśnie dlatego działa tak dobrze. Bo pod całą historią esperanta kryje się coś bardzo prostego i nadal zaskakująco aktualnego. Że ludzie od setek lat próbują znaleźć wspólny język. I nadal średnio nam to wychodzi.




