Komiksy

RECENZJA: Mątwa Arystotelesa | Rzeczy, które ktoś zgubił, i ludzie, którzy nie wiedzą, że też

Są miejsca, które istnieją trochę obok świata. Niby funkcjonują w jego ramach, ale nikt się nad nimi nie zastanawia, dopóki sam czegoś nie zgubi. Biuro Rzeczy Znalezionych w Dobbiston właśnie do takich należy. Piwniczne, zakurzone, pełne przedmiotów, które kiedyś coś znaczyły, a dziś są tylko numerem w katalogu. I gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi parasolkami, zabawkami i drobiazgami siedzi pan Daniels, człowiek, który całe życie poświęcił porządkowaniu cudzej nieuwagi.

Matthew Dooley buduje swoją opowieść na pozór bardzo skromnie. Nie ma tu wielkich wydarzeń ani dramatycznych zwrotów akcji. Jest za to rutyna, cisza i powtarzalność dni, które różnią się od siebie tylko numerem na formularzu. Daniels żyje w świecie, który sam sobie uporządkował do granic możliwości. Po pracy wraca do pustego domu, ogląda seriale, których nie lubi, bo lubiła je jego zmarła żona, i rozmawia z ptakiem nazwanym jej imieniem. To egzystencja zamknięta w rytuałach, które mają zagłuszyć coś znacznie trudniejszego do nazwania.

I właśnie w ten uporządkowany mikrokosmos wchodzi Toby. Nastolatek, marzyciel, ktoś z zupełnie innego porządku świata. Trafia do biura na praktyki i od pierwszych chwil widać, że ich spotkanie nie będzie łatwe. Z jednej strony człowiek, który zbudował swoje życie na kontroli i powtarzalności, z drugiej ktoś, kto dopiero zaczyna i nie ma jeszcze żadnych zasad, poza własnymi wyobrażeniami o przyszłości. To zderzenie dwóch porządków, stagnacji i możliwości, staje się osią całej historii.

Relacja między Danielsem a Tobym rozwija się powoli, czasem niezręcznie, bez nagłych przełomów. Dooley bardzo świadomie unika łatwych emocjonalnych skrótów. Zamiast tego daje bohaterom przestrzeń, by się do siebie zbliżyć na własnych warunkach. I to działa najlepiej, bo każda drobna zmiana, każde przesunięcie w ich relacji ma znaczenie. Daniels zaczyna się otwierać, Toby zaczyna rozumieć, że świat nie zawsze działa według prostych schematów.

Ale Mątwa Arystotelesa nie byłaby sobą, gdyby zatrzymała się tylko na tej historii. W tle pojawia się coś znacznie bardziej osobliwego. Daniels prowadzi swoje „eksperymenty”. Próbuje stworzyć eliksir życia, nagrać muzykę sfer, znaleźć sens ukryty w rzeczach, które ktoś kiedyś zgubił. Brzmi to absurdalnie, ale Dooley nie traktuje tego jako żartu. To raczej cicha, rozpaczliwa próba nadania znaczenia rzeczywistości, która po stracie przestała mieć oczywisty sens.

Narracja jest dodatkowo przeplatana krótkimi historiami zagubionych przedmiotów. Każdy z nich niesie ze sobą fragment czyjegoś życia, często zamknięty w kilku kadrach. Te miniopowieści działają jak drobne przypomnienia, że za każdą rzeczą stoi człowiek, a za każdą stratą – jakaś historia. Wprowadzają też rytm, który kontrastuje z powolnym tempem głównej fabuły i nadaje jej dodatkowej głębi.

Warstwa graficzna Dooleya idealnie współgra z tym, co opowiada scenariusz. Kreska jest czysta, uproszczona, momentami wręcz ascetyczna, ale dzięki temu skupia uwagę na emocjach i relacjach między bohaterami. Nie ma tu przesady ani efekciarstwa. Jest za to precyzja i wyczucie, które pozwalają wybrzmieć ciszy między słowami. To jeden z tych komiksów, gdzie rysunek nie próbuje dominować, tylko subtelnie prowadzi czytelnika przez historię.

Mątwa Arystotelesa to opowieść o samotności, rutynie i potrzebie sensu. O ludziach, którzy funkcjonują obok innych, ale niekoniecznie razem z nimi. O tym, jak łatwo zamknąć się we własnym świecie i jak trudno z niego wyjść. A jednocześnie to historia ciepła, momentami zabawna, pełna drobnych absurdów, które nadają jej lekkości. To nie jest komiks, który uderza z dużą siłą. Raczej taki, który zostaje gdzieś z tyłu głowy i powoli się w niej układa. Jak rzecz znaleziona po latach, niby niepotrzebna, a jednak trudno ją wyrzucić.

Aiden z Tego Świata

Uwielbiam podróże. Z książką, z komiksem, z mangą.
Na łonie natury najlepiej się odbiera. Dodam, że filmem i grą też nie gardzę.
I też da się je użytkować w dziczy!