Strażnik Szyszek to jeden z tych komiksów, które bardzo szybko dają do zrozumienia, że nie zamierzają prowadzić czytelnika za rękę. Zamiast prostego wejścia w fabułę dostajemy świat, który od pierwszych stron żyje własnym rytmem, własną logiką i własnym poczuciem humoru. Archipelag otoczony zdradliwymi wodami, wyspy zamieszkane przez osobliwe istoty, Seminarium Strażników, czapki o szczególnym znaczeniu i funkcja, która brzmi absurdalnie, dopóki nie zaczniemy rozumieć, że właśnie w tym absurdzie kryje się sens tej opowieści. Piotr Szulc i Kuba Babczyński stworzyli rzecz, która jednocześnie bawi, zaskakuje i uruchamia bardzo serio potraktowaną refleksję o wspólnocie, dorastaniu, przemijaniu i o tym, że nie wszystko, co najważniejsze, musi być od razu widoczne.
Największa siła tego albumu tkwi w jego świecie. To uniwersum kompletne, gęste, pełne przedziwnych reguł, ale zarazem zaskakująco naturalne w odbiorze. Nie ma tu poczucia, że twórcy na siłę chcą olśnić czytelnika osobliwością kolejnych pomysłów. Wręcz przeciwnie, ten archipelag wydaje się istnieć od dawna, jakbyśmy trafiali do miejsca, które funkcjonowało długo przed nami i równie dobrze poradzi sobie bez naszego zrozumienia wszystkiego od razu. To właśnie ten rodzaj fantastyki, który nie tłumaczy się z własnej dziwności, tylko zaprasza, żeby w nią wejść. A jeśli czegoś nie pojmujemy od razu, tym lepiej dla atmosfery.
Sam motyw Strażników Szyszek jest znakomity, bo na pierwszy rzut oka wydaje się żartem. Czym właściwie zajmuje się ktoś, kto pilnuje szyszek. Po co taka funkcja. Dlaczego miałaby być ważna. I właśnie z tego pozornego nonsensu wyrasta jedna z najciekawszych myśli całego komiksu. Wspólnota nie opiera się wyłącznie na tym, co spektakularne, oczywiste i łatwo mierzalne. Czasem najistotniejsze są role, których sens rozumie się dopiero wtedy, gdy zacznie ich brakować. Szulc bardzo sprytnie buduje z tego metaforę użyteczności, odpowiedzialności i miejsca jednostki w większym porządku. Nie robi tego jednak ciężką ręką. Nie zamienia komiksu w przypowieść, którą trzeba odczytywać jak obowiązkową szkolną lekcję. Pozwala, żeby znaczenia wypływały z przygody, humoru i kolejnych spotkań z mieszkańcami archipelagu.
Struktura albumu, oparta na zbiorze opowieści rozgrywających się w obrębie tego samego świata, działa na jego korzyść. Zamiast jednej zwartej fabuły dostajemy serię epizodów, które razem składają się na coraz pełniejszy obraz archipelagu. To rozwiązanie sprawia, że komiks oddycha. Każda historia ma własny rytm, własne akcenty i własną temperaturę emocjonalną, ale wszystkie wzajemnie się dopełniają. Dzięki temu archipelag staje się nie tylko miejscem akcji, ale pełnoprawnym bohaterem całości.
Bardzo dobrze wypada ton tej opowieści. Jest w nim coś z baśni, coś z lekkiej groteski, coś z melancholii i coś z nieco rubasznego humoru. Te elementy nie walczą ze sobą, tylko budują osobną jakość. Chwilami rzeczywiście można poczuć skojarzenia z opowieściami Tove Jansson, bo ten świat też jest pełen postaci osobliwych, trochę zabawnych, trochę smutnych, a przede wszystkim bardzo ludzkich mimo całej swojej fantastyczności. To komiks, który potrafi być jednocześnie ciepły i niepokojący. Łagodny i dziwny. Filozoficzny, ale bez zadęcia.
Warstwa graficzna Kuby Babczyńskiego zasługuje na osobny zachwyt. Ta kreska jest natychmiast rozpoznawalna, gęsta, pełna tuszowych smug, cięższa niż w większości współczesnych komiksów, a przy tym niezwykle ekspresyjna. Widać w niej przywiązanie do każdego fragmentu tego świata, do każdej wyspy, czapki, potwora i zakamarka. Czerń i biel nie są tu ograniczeniem, tylko siłą. Dzięki nim archipelag zyskuje charakter snu, dziwnej kroniki albo starej opowieści wyciągniętej z jakiejś szuflady pełnej sekretów. Chwilami plansze są tak pełne detali, że wzrok naprawdę musi się po nich przedzierać, ale to nie wada, tylko część doświadczenia. Ten świat nie ma być gładki. Ma być lepki od znaczeń, trochę nieporządny, żywy.
Warto też docenić, że Strażnik Szyszek nie jest komiksem, który próbuje przypodobać się wszystkim. Nie wygładza swojej osobności, nie tłumaczy każdego symbolu i nie stara się za wszelką cenę być „łatwy”. A jednak nie odpycha. Jest raczej jak dziwna wyspa, do której podpływasz z ostrożnością, a potem odkrywasz, że nie chcesz jeszcze wracać. To jedna z tych rzeczy, które mogą zachwycić właśnie dlatego, że są tak bardzo własne.
Najciekawsze pozostaje jednak to, że pod całą tą osobliwością kryje się historia zaskakująco bliska. O lęku przed niedopasowaniem. O marzeniu, by stać się kimś ważnym. O próbach, którym trzeba sprostać, choć nie do końca wiadomo, czy naprawdę się ich pragnie. O samotności, wspólnocie, pokusie i o tym, że dojrzewanie często zaczyna się wtedy, gdy przestajemy pytać wyłącznie o to, kim chcemy być, a zaczynamy rozumieć, za co chcemy brać odpowiedzialność.
Strażnik Szyszek to komiks osobny, śmiały i pełen wyobraźni. Nie daje prostych odpowiedzi i bardzo dobrze. Zostawia czytelnika z pytaniami, obrazami i atmosferą, która nie chce wyparować zaraz po zamknięciu albumu. To jedna z tych opowieści, które wydają się dziwaczne tylko do momentu, w którym nagle okazują się boleśnie prawdziwe.


