Marcellus ma trzy serca, osiem ramion i znacznie więcej rozsądku niż większość ludzi kręcących się wokół jego akwarium. Już sam ten pomysł mógłby wystarczyć, żeby Niezwykle szlachetne stworzenia stały się sympatyczną ciekawostką, jedną z tych powieści, które wygrywają nietypowym konceptem, a potem grzecznie rozmywają się w obyczajowej przewidywalności. Shelby Van Pelt idzie jednak krok dalej. Owszem, pisze historię o starszej wdowie i olbrzymiej ośmiornicy z Pacyfiku. Brzmi to jak literacki zakład przegrany po lampce wina. A jednak z tej niedorzeczności wyrasta opowieść ciepła, mądra i zaskakująco trzeźwa emocjonalnie.
Tova Sullivan mogłaby być bohaterką zbudowaną wyłącznie z żałoby. Straciła męża, a jeszcze wcześniej, ponad trzydzieści lat temu, jej osiemnastoletni syn Erik zniknął w tajemniczych okolicznościach podczas wyprawy łodzią. Tego typu biografia aż prosi się o melodramat, o wielkie sceny rozpaczy, o literackie wyciskanie łez. Van Pelt robi coś znacznie ciekawszego. Pokazuje kobietę, która cierpi, ale nie pozwala cierpieniu całkowicie przejąć nad sobą kontroli. Tova sprząta nocą oceanarium, pilnuje porządku, trzyma emocje w ryzach, funkcjonuje. Nie dlatego, że zapomniała. Dlatego, że praca, rutyna i obowiązek są czasem jedynym sposobem, by nie rozpaść się do końca.
Właśnie w tej ciszy, między mopem, pustymi korytarzami i zbiornikami z morskimi stworzeniami, pojawia się Marcellus. Ośmiornica olbrzymia, więzień oceanarium, obserwator ludzkich rytuałów i zdecydowanie najbardziej przenikliwy umysł w całej powieści. Rozdziały prowadzone z jego perspektywy są największym urokiem książki. Marcellus komentuje ludzi z mieszaniną ironii, wyższości, rozbawienia i czułości, jakby był starym filozofem zamkniętym w szklanym pokoju, któremu pozostało już niewiele czasu, ale wciąż ma ochotę trochę pomieszać w świecie tych dziwnych, hałaśliwych istot chodzących na dwóch nogach.
I właśnie tu powieść mogła bardzo łatwo przesadzić. Mówiąca, myśląca ośmiornica pomagająca rozwiązać rodzinną tajemnicę to materiał, który w gorszych rękach zamieniłby się w cukierkową bajkę albo sentymentalną pocztówkę z napisem „przyjaźń nie zna granic”. Van Pelt udaje się tego uniknąć, ponieważ nie próbuje udowodnić, że jej pomysł jest realistyczny. Ona prosi tylko, żebyśmy przyjęli go z lekkim przymrużeniem oka. Nie chodzi o to, czy Marcellus „mógłby naprawdę” zrobić wszystko, co robi. Chodzi o to, że w świecie Tovy potrzebny jest ktoś, kto widzi więcej. A skoro ludzie przez dekady nie potrafili nazwać własnego bólu, może faktycznie musi zrobić to ośmiornica.
Najładniejsze w tej książce jest to, że jej dziwność nie służy ozdobie, tylko otwiera dostęp do bardzo ludzkich emocji. Bo Niezwykle szlachetne stworzenia nie są wyłącznie opowieścią o przyjaźni międzygatunkowej. To powieść o samotności, starzeniu się, żałobie i o tym, jak trudno przyznać przed sobą, że nadal potrzebujemy innych. Tova ma wokół siebie ludzi, ale przez lata nauczyła się być osobna. Cameron, drugi ważny bohater tej historii, jest z kolei człowiekiem zawieszonym w niedojrzałości. Niby dorosły, a jednak wciąż uciekający od odpowiedzialności, porzucany przez kolejne miejsca pracy, szukający własnych korzeni i czekający, aż życie wreszcie poda mu sens na tacy. Na pierwszy rzut oka trudno go polubić. Jest rozlazły, roszczeniowy, trochę męczący. Ale Van Pelt ma dla niego cierpliwość, podobną do tej, którą ma dla wszystkich swoich bohaterów.
To ważne, bo ta powieść bardzo łatwo mogłaby stać się historią jednej wielkiej pocieszanki. Tymczasem autorka nie ucieka od tego, że ludzie bywają irytujący, nieskuteczni, pogubieni i emocjonalnie nieporadni. W małym miasteczku Sowell Bay każdy kogoś zna, każdy o kimś coś słyszał, każdy ma swoje przyzwyczajenia, uprzedzenia i małe rytuały. Van Pelt buduje tę społeczność miękko, bez wielkiego dramatyzmu, ale z wyczuciem. To świat, w którym tragedie nie są teatralne. One po prostu mieszkają z ludźmi przy jednym stole.
Akcja toczy się niespiesznie i dla części czytelników może to być wada. Zwłaszcza jeśli ktoś przyjdzie tu wyłącznie po zagadkę zniknięcia Erika, szybko zorientuje się, że sama tajemnica nie jest najważniejsza. Można przewidzieć sporo wcześniej, dokąd prowadzą niektóre tropy. Konstrukcja fabularna nie próbuje za wszelką cenę oszukiwać odbiorcy ani budować kryminalnego napięcia na każdej stronie. To raczej historia o powolnym dopasowywaniu brakujących elementów, o emocjonalnym porządku, który musi zostać przywrócony, zanim ktokolwiek będzie mógł naprawdę ruszyć dalej.
I dobrze, że tak jest. Gdyby Van Pelt próbowała zrobić z Niezwykle szlachetnych stworzeń pełnokrwisty kryminał z ośmiornicą w roli detektywa, powieść prawdopodobnie rozpadłaby się pod ciężarem własnego konceptu. Jej siła leży gdzie indziej. W drobnych gestach. W tym, jak Tova sprząta. Jak Marcellus obserwuje. Jak Cameron dojrzewa nie spektakularnie, lecz z opóźnieniem właściwym ludziom, którzy długo udawali, że niczego nie muszą zmieniać. W tym, że najważniejsze rozmowy często nie padają wtedy, kiedy powinny.
Shelby Van Pelt pisze lekko, ale nie banalnie. Jej styl jest przystępny, miejscami bardzo kojący, lecz nie wpada w przesadny patos. To nie jest proza, która chce czytelnika złamać, a potem triumfalnie skleić. Raczej delikatnie przesuwa go w stronę wzruszenia. Największe emocje przychodzą nie wtedy, gdy książka krzyczy, że mamy płakać, ale wtedy, gdy pokazuje kogoś, kto po latach samotności pozwala sobie na odrobinę zaufania. To literatura podnosząca na duchu, ale na szczęście nie taka, która udaje, że życie przestaje boleć, kiedy pojawi się odpowiednio urocza metafora.
Oczywiście, trzeba zaakceptować pewien poziom naiwności. Finałowe połączenia losów, rola Marcellusa i sposób, w jaki prawda wypływa na powierzchnię, są miejscami bardzo wygodne. Ktoś bardziej odporny na ciepłe obyczajowe historie może wzruszyć ramionami i powiedzieć, że wszystko układa się zbyt ładnie. Trudno całkiem odmówić mu racji. Ta powieść nie jest szczególnie surowa, nie próbuje rozbić czytelnika psychologiczną niejednoznacznością, nie udaje literatury, która będzie grzebać paznokciami w najciemniejszych zakamarkach żałoby.
Ale też chyba nie musi. Jej ambicja jest inna. Niezwykle szlachetne stworzenia chcą przypomnieć, że nawet najbardziej zamknięty człowiek zostawia ślady w życiu innych. Że strata nie kończy relacji, tylko zmienia jej kształt. Że samotność bywa wyborem obronnym, a nie prawdziwym pragnieniem. I że czasem ktoś z zewnątrz, zupełnie nieoczekiwany, absurdalny, niemożliwy, może zobaczyć nas wyraźniej niż ludzie, którzy mijali nas przez lata.
Marcellus jest w tym wszystkim postacią prawie idealną. Zabawny, zgryźliwy, mądry i odrobinę wyniosły, wnosi do książki lekkość, której bardzo potrzebuje historia osnuta wokół śmierci, zaginięcia i starości. Jego rozdziały chciałoby się czytać dłużej. Czasem ma się wręcz wrażenie, że ludzka część powieści musi go doganiać, bo ilekroć znika z narracji, robi się trochę zwyczajniej. Nie znaczy to, że Tova czy Cameron są słabi. Po prostu Marcellus jest tak wdzięcznym literackim pomysłem, że naturalnie zagarnia uwagę.
Najbardziej ujmujące pozostaje jednak to, że Van Pelt nie robi z niego maskotki. Owszem, jest uroczy. Owszem, ma ogromny potencjał do rozbrajania czytelnika. Ale jednocześnie pozostaje stworzeniem uwięzionym, świadomym własnej skończoności i obcości wobec ludzkiego świata. W jego obecności jest coś melancholijnego. Ta przyjaźń nie jest tylko kaprysem fabuły. Jest spotkaniem dwóch samotności, które nigdy nie powinny się porozumieć, a jednak jakoś to robią.
Dlatego debiut Shelby Van Pelt działa tak dobrze. Nie dlatego, że jest całkowicie oryginalny w każdym rozwiązaniu. Nie dlatego, że zaskakuje konstrukcją do ostatniej strony. Działa, bo ma serce, rytm i wyczucie proporcji między smutkiem a pocieszeniem. Potrafi być zabawny bez wygłupów, wzruszający bez szantażu i mądry bez udawania wielkiej filozofii. To rzadkie połączenie, szczególnie w literaturze obyczajowej, która często albo boi się ciężaru, albo tonie w przesłodzonym optymizmie.
Niezwykle szlachetne stworzenia to książka dla tych, którzy potrafią przyjąć jej nietypowy punkt wyjścia i nie potrzebują, by każda emocja była podana w pancerzu realizmu. Trochę baśń, trochę obyczajowa opowieść o żałobie, trochę zagadka rodzinna, trochę list miłosny do dziwności natury. Nieidealna, miejscami przewidywalna, ale tak serdeczna, że trudno jej to wypominać z pełnym przekonaniem. Bo czasem naprawdę wystarczy starsza kobieta, nocne oceanarium i ośmiornica, która rozumie ludzi lepiej, niż oni rozumieją samych siebie.

