Theo miał nauczyć się panować nad własną mocą, tymczasem John Tarachine ledwie pozwala mu przekroczyć próg szkoły magii, a już rozpoczyna odliczanie do finału całej historii. I właśnie podczas lektury trzeciego oraz czwartego tomu Wiedźmy z Zamku Ostów najmocniej czułam ten pośpiech. Pomysłów wciąż jest tutaj wystarczająco dużo na znacznie dłuższą serię. Są duchy, czarodzieje, Kościół, skomplikowana przeszłość Marie, tajemnica Krwi Słusznego Gniewu, magiczna edukacja Theo oraz konflikt dotyczący miejsca czarodziejów w świecie. Problem polega na tym, że na wykorzystanie tego wszystkiego pozostały autorowi zaledwie dwa tomy.
Trzeci rozpoczyna się obiecująco, ponieważ Theo trafia do szkoły czarodziejów w Edynburgu. Dla chłopca jest to ważna zmiana. Dotąd jego niezwykła moc była przede wszystkim źródłem zagrożenia i czymś, nad czym inni próbowali zapanować. Teraz wreszcie może zdobywać wiedzę, ćwiczyć negocjacje z duchami i przede wszystkim znaleźć się wśród rówieśników. Dobrze obserwuje się Theo w sytuacjach bardziej zwyczajnych, bo pozwala mu to przez chwilę funkcjonować jako dziecko, a nie chodzący cel dla kolejnych osób zainteresowanych jego mocą. Pojawiają się znajomości, szkolna codzienność i namiastka normalności, której wcześniej właściwie nie miał.
Sama szkoła okazuje się niestety znacznie mniej interesująca, niż mogłaby być. Skojarzenia z Harrym Potterem trudno zignorować, od strojów uczniów po zestaw znajomych Theo, ale zapożyczenie znajomych elementów nie byłoby jeszcze większym problemem, gdyby Tarachine wykorzystał je do rozwinięcia własnego świata. Tymczasem szkolny etap mija tak szybko, że pozostaje raczej dekoracją niż pełnoprawnym miejscem. Nawet atak czarodziejów polujących na Krew Słusznego Gniewu, który powinien nadać tej części znacznie większej energii, nie osiąga oczekiwanej intensywności. Starcie chwilami bardziej przypomina wymianę deklaracji niż rzeczywiście niebezpieczną konfrontację.
Znacznie bardziej zainteresowała mnie przeszłość Marie. Od początku była postacią celowo nieprzejrzystą. Ekscentryczna, czasem roztrzepana, innym razem zaskakująco stanowcza, długo pozostawała dla czytelnika większą zagadką niż jej uczeń. Trzeci tom odsłania część tego, co ją ukształtowało, dzięki czemu łatwiej zrozumieć nie tylko jej zachowanie, ale również przywiązanie do Theo. Ich relacja od początku była właściwym sercem tej mangi i tutaj staje się jasne, że nie chodzi już wyłącznie o obowiązek nauczycielki wobec ucznia. Spotkało się dwoje samotnych ludzi, którzy stopniowo stworzyli sobie coś przypominającego rodzinę.
Dlatego szkoda, że czwarty tom musi jednocześnie rozwinąć najważniejszy konflikt i zakończyć całą serię. Theo i Marie zostają wezwani do Londynu w związku z oskarżeniem chłopca o wywołanie wielkiego pożaru. Na scenę powraca Lilith, Biała Wiedźma i dawna mentorka Theo, proponująca mu zupełnie inną przyszłość czarodziejów. To właśnie tutaj historia mogłaby wejść na znacznie ciekawszy poziom. Pojawia się przecież pytanie o relacje między Kościołem a magami, o prześladowania, władzę i o to, czy dotychczasowy porządek rzeczywiście zasługuje na obronę. Lilith mogłaby być kimś więcej niż przeciwniczką. Jej wizja mogłaby zmusić Theo do prawdziwego zakwestionowania wszystkiego, czego nauczył się u boku Marie.
Nie ma jednak czasu, żeby odpowiednio mocno wejść w ten konflikt. Wydarzenia zaczynają następować po sobie zbyt szybko, kolejne informacje pojawiają się niemal jedna za drugą, a wątki, które wcześniej wydawały się zapowiedzią czegoś większego, muszą ustąpić miejsca zakończeniu. Zamiast poczucia, że historia naturalnie dotarła do finału, miałam wrażenie, jakby autor musiał nagle zebrać wszystkie pozostawione na stole elementy i zdecydować, które z nich zdąży jeszcze wykorzystać. Część zostaje domknięta, część jedynie zaznaczona, a inne właściwie znikają.
Najbardziej szkoda mi właśnie świata Wiedźmy z Zamku Ostów. Tarachine stworzył uniwersum, w którym duchy funkcjonują według własnych reguł, magia wymaga negocjacji, Kościół pozostaje potężną instytucją, a stosunki pomiędzy zwykłymi ludźmi i czarodziejami mają długą oraz niekoniecznie pokojową historię. To wszystko aż prosiło się o spokojniejsze rozwinięcie. Cztery tomy wystarczają, żeby przedstawić zasady tego świata, ale okazują się zbyt krótkie, żeby naprawdę wykorzystać jego możliwości.
Znacznie lepiej broni się emocjonalna strona finału. Theo zmienił się od początku historii, lecz równie istotną drogę przeszła Marie. Ich wzajemny wpływ nigdy nie potrzebował wielkich deklaracji. Ona daje chłopcu bezpieczeństwo i możliwość nauczenia się życia z mocą, której wcześniej się bał. On z kolei wyciąga ją z samotności, w której zdążyła się urządzić. W ostatnich rozdziałach właśnie ta więź pozostaje ważniejsza od całej magicznej otoczki. Rodzina nie musi tutaj wynikać z pokrewieństwa. Czasami tworzą ją dwie osoby, które spotkały się w odpowiednim momencie i po prostu postanowiły już nie zostawiać siebie samych.
Nie zmienia to mojego poczucia, że zakończenie przychodzi przynajmniej o kilka tomów za wcześnie. Epilog pokazuje dalsze losy bohaterów i daje im potrzebne domknięcie, lecz jednocześnie jeszcze bardziej uświadamia, ile wydarzeń pomiędzy finałem konfliktu a tym punktem chciałabym zobaczyć. Seria kończy się właściwie wtedy, gdy jej świat i bohaterowie byli gotowi na znacznie bardziej rozbudowaną opowieść.
Pozostaje jeszcze kreska Johna Tarachine, która do końca jest jednym z powodów, dla których tak przyjemnie zagląda się do tego świata. Projekty postaci, stroje, wnętrza oraz baśniowa oprawa magii mają własny charakter. Autor potrafi nadać planszom delikatność pasującą do spokojniejszych scen Marie i Theo, a chwilę później wprowadzić bardziej niepokojącą atmosferę związaną z duchami. Tym bardziej żal, że nie dostał więcej przestrzeni na pokazanie kolejnych miejsc i rozwinięcie wizualnej strony stworzonego przez siebie uniwersum.
Po czterech tomach Wiedźma z Zamku Ostów zostawia mnie więc z dość dziwnym uczuciem. Nie żałuję czasu spędzonego z Marie i Theo, bo ich relację śledziłam z autentyczną sympatią, a finał daje bohaterom ciepłe i emocjonalnie sensowne pożegnanie. Jednocześnie trudno pozbyć się myśli, że przeczytałam skróconą wersję znacznie większej historii. Trzeci tom otwiera drzwi, za którymi czeka mnóstwo możliwości, a czwarty niemal natychmiast musi je zamknąć. I chyba właśnie tego najbardziej szkoda. Nie samego zakończenia, lecz wszystkiego, co mogło wydarzyć się przed nim.

