Są takie książki, które mimo upływu lat nadal potrafią wywołać dyskomfort. Nie dlatego, że epatują brutalnością czy szokują zwrotami akcji, ale dlatego, że pokazują coś niepokojąco bliskiego rzeczywistości. Żony ze Stepford Iry Levina to właśnie taka historia — krótka, pozornie prosta, a jednocześnie zostawiająca czytelnika z bardzo nieprzyjemnym uczuciem, że pod idealną fasadą zawsze kryje się coś zepsutego.
Stepford wydaje się miejscem idealnym. Spokojne amerykańskie przedmieścia, zadbane domy, przystrzyżone trawniki, szczęśliwe rodziny i kobiety, które wyglądają niczym wyjęte z reklam detergentów. Zawsze uśmiechnięte, perfekcyjnie uczesane, całkowicie oddane mężom, dzieciom i obowiązkom domowym. Joanna Eberhart początkowo próbuje odnaleźć się w tej idyllicznej społeczności, ale szybko zaczyna dostrzegać, że z mieszkankami Stepford jest coś bardzo nie tak.
I właśnie na tym Levin buduje cały klimat tej powieści. To nie jest horror oparty na krwi, jumpscare’ach czy brutalności. To horror codzienności. Powolny, duszny i podszyty czymś trudnym do nazwania. Autor bardzo długo nie daje konkretnych odpowiedzi. Zamiast tego podrzuca drobne sygnały: dziwne zachowania kobiet, nienaturalne dialogi, wyuczone uśmiechy, obsesję na punkcie sprzątania i podporządkowania. Wszystko wydaje się „trochę zbyt idealne”, a czytelnik razem z Joanną zaczyna odczuwać coraz większy niepokój.
Najbardziej fascynujące jest to, jak bardzo ta książka wyprzedzała swoje czasy. Powieść ukazała się w 1972 roku, ale temat kontroli nad kobietami, sprowadzania ich do roli idealnych gospodyń i lęku przed emancypacją nadal brzmi zaskakująco aktualnie. Levin nie moralizuje wprost, ale bardzo wyraźnie pokazuje, jak przerażająca może być wizja kobiety „idealnej”, pozbawionej własnych ambicji, charakteru, gniewu czy niezależności.
Stepford staje się symbolem patriarchalnej fantazji doprowadzonej do skrajności.
I chyba właśnie dlatego ta historia działa tak dobrze nawet dziś. Bo pod płaszczykiem thrillera science fiction kryje się bardzo celna satyra społeczna. Levin pokazuje świat, w którym mężczyźni panicznie boją się zmian i próbują odzyskać pełną kontrolę nad rzeczywistością. Kobieta niezależna, mająca własne zainteresowania i potrzeby, staje się dla nich zagrożeniem.
Bardzo podoba mi się sposób prowadzenia narracji. Akcja rozwija się powoli, wręcz leniwie, ale to celowy zabieg. Stepford ma usypiać czujność, zarówno bohaterki, jak i czytelnika. Dzięki temu, gdy napięcie zaczyna narastać, robi się naprawdę niekomfortowo. Levin świetnie operuje atmosferą. Nie musi straszyć dosłownie, bo groza kryje się tutaj w samym pomyśle i w świadomości, że bohaterka powoli traci grunt pod nogami.
Joanna jest przy tym bardzo ciekawą protagonistką. To kobieta nowoczesna, świadoma siebie, próbująca zachować własną tożsamość w miejscu, które wymaga od niej całkowitego dopasowania się do narzuconego wzorca. Im bardziej zaczyna kwestionować rzeczywistość Stepford, tym bardziej zostaje osamotniona. I właśnie to poczucie izolacji wypada w książce wyjątkowo mocno.
Oczywiście trzeba pamiętać, że to powieść krótka i bardzo oszczędna stylistycznie. Levin pisze prostym językiem, bez ozdobników czy psychologicznych monologów. Nie wszystkim to podejdzie, szczególnie jeśli ktoś oczekuje dynamicznego thrillera albo bardziej rozbudowanego horroru. Zakończenie również może podzielić czytelników, bo autor nie tłumaczy wszystkiego wprost i pozostawia pewne niedopowiedzenia.
Mnie jednak właśnie ta prostota przekonuje. Dzięki niej historia wydaje się jeszcze bardziej chłodna i niepokojąca.
Żony ze Stepford to jedna z tych książek, które czyta się błyskawicznie, ale myśli o nich długo po skończeniu. Nie przez samą fabułę, lecz przez pytania, które zostają w głowie. O rolach społecznych. O oczekiwaniach wobec kobiet. O tym, jak łatwo pod pozorem „idealnego życia” odebrać komuś indywidualność. I chyba właśnie dlatego ta historia stała się kultowa. Bo Stepford wcale nie wydaje się aż tak odległe od rzeczywistości.


