Książki

RECENZJA: Wschód słońca w dniu dożynek | Najgorsze jest to, że to się „opłaca”

Suzanne Collins wraca do Panem nie po to, żeby jeszcze raz sprzedać nam arenę, krew i widowisko, tylko żeby wbić palec w ranę, która nigdy się tu nie goi. Wschód słońca w dniu dożynek to prequel, o który prosili fani i którego trochę się bałam, bo historia Haymitcha była w oryginalnej trylogii tą mroczną plamą na mapie. Wiadomo było, że wygrał. Wiadomo było też, że ta wygrana musiała go kosztować wszystko. Collins robi więc coś przewrotnego: bierze bohatera, którego znamy jako zgryźliwego alkoholika, i pokazuje go jako chłopaka z krwi i kości, z sercem przywiązanym do ludzi bardziej, niż to rozsądne w świecie, który za każdą więź wystawia rachunek.

Najmocniejszy pomysł jest prosty: drugie Ćwierćwiecze Poskromienia, czyli rok, w którym Kapitol „świętuje” okrągłą rocznicę, dorzucając do maszynki podwójną porcję mięsa. Dwukrotnie więcej trybutów, dwukrotnie więcej śmierci, dwukrotnie więcej telewizyjnych zbliżeń na rozpacz. I to nie jest tylko podkręcenie stawki. To pokaz siły. Demonstracja, że Kapitol może zrobić wszystko, a reszta ma klaskać, bo tak wygląda tradycja.

Haymitch zaczyna jak ktoś, kto jeszcze ma powód, żeby wstać z łóżka i udawać, że jutro istnieje. Chce przetrwać dzień dożynek, spotkać się z Lenore Dove, złapać kilka minut normalności. A potem słyszy swoje nazwisko i cała ta krucha konstrukcja rozpada się w sekundę. I nagle naprawdę rozumiesz sens zdania z opisu: skoro masz stracić wszystko, co kochasz, po co jeszcze walczyć. Bo tu walka nie jest romantyczna. Walka jest odruchem. Złością. Ostatnią próbą wyrwania czegokolwiek z rąk ludzi, którzy uważają cię za rekwizyt.

To, co Collins robi najlepiej, to warstwa propagandowa. Nie taka „o, media manipulują”, tylko zimna, kliniczna prawda: rzeczywistość w Panem nie istnieje, dopóki nie zostanie zmontowana. Jest chaos, jest przemoc, są decyzje podejmowane na żywym ciele, ale potem przychodzi transmisja, ujęcia, narracja, wygodna wersja wydarzeń. Kapitolu nie interesuje prawda. Kapitol interesuje się przekazem. I to jest w tej książce obrzydliwie aktualne, bo mechanizm jest banalny: powtarzaj, wycinaj, przykrywaj, zrób z cierpienia widowisko, a z widza wspólnika.

Haymitch jest tu też innym typem protagonisty niż Katniss. Ona była ostrzem, które przecięło system. On jest bardziej jak człowiek, który jeszcze wierzy w ludzi, w relacje, w to, że miłość i lojalność mogą być schronieniem. Dlatego ta historia boli inaczej. Bo o ile w Igrzyskach śmierci wchodziło się na arenę z świadomością, że świat jest zepsuty, o tyle tutaj najpierw dostajesz kawałek czegoś ciepłego, a potem patrzysz, jak to jest miażdżone metodycznie, bez pośpiechu, z uśmiechem realizatorów.

Książka gra też mocno na „familiarności”, czyli tej przyjemności rozpoznawania nazwisk, twarzy, mechanizmów. Wpadają postacie, które fani kojarzą, są echa poprzednich historii, są drobne spinacze do całego uniwersum. To działa, ale Collins jest sprytniejsza niż zwykłe mruganie do czytelnika. Te powroty nie są tylko fanserwisem. One mają pokazać, że Panem to nie seria oddzielnych tragedii, tylko jedno wielkie pasmo krzywd, które przechodzą z pokolenia na pokolenie, zmieniając ludzi w cienie samych siebie.

A Snow? Jeśli po Balladzie ptaków i węży ktoś miał ochotę traktować go jak fascynującego antybohatera, to tutaj dostaje kubeł zimnej wody. W tej książce nie ma już miejsca na uwodzenie. Jest władza, kara, upokorzenie. Snow jest systemem w ludzkiej skórze i Collins nie pozwala o tym zapomnieć.

Czy Wschód słońca w dniu dożynek jest wtórny konstrukcyjnie? Trochę tak, bo wracają rytuały: dożynki, Kapitol, trening, medialna tresura, arena. Ale dla mnie ta powtarzalność jest częścią oskarżenia. W Panem nic się nie dzieje „nowego”, tylko to samo zło odgrywa kolejne sezony, aż widownia przestaje reagować. I właśnie dlatego ta książka działa, bo pod znaną strukturą Collins dokręca śrubę emocjonalnie, nie efektami.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że finał znasz. A mimo to czytasz z rosnącym napięciem, bo ciekawi cię nie „czy”, tylko „jak bardzo”. Jak bardzo Kapitol potrafi zniszczyć zwycięzcę. Jak bardzo można człowieka odrzeć z sensu. Jak dokładnie rodzi się późniejszy Haymitch, ten z butelką, cynizmem i jednym cienkim włóknem przyzwoitości, które trzyma go przy życiu.

To książka o stracie. O tym, że zwycięstwo bywa tylko inną formą kary. I o tym, że w Panem nie ma darmowych cudów: jeśli dostajesz coś dobrego, system prędzej czy później przyjdzie po odsetki.

Polecam ją fanom serii bez wahania, ale uczciwie uprzedzam: to nie jest „fajny powrót do uniwersum”. To jest powrót, po którym inaczej patrzysz na Haymitcha w Igrzyskach śmierci i nagle rozumiesz, że jego zgryźliwość nie jest charakterem. Jest blizną. I to taką, której nie da się już zaszyć.

Magdalena Sardyńska-Ferenc

Idąc w ciemny szlak nieznany,
Od złych duchów opętany,
Z krain, kędy bóstwo Noc
Samowładną dzierży moc