Komiksy

RECENZJA: Drom | Na początku był kadr

Drom Jessego Lonergana należy do komiksów, których streszczanie może zepsuć odbiór komiksu. Można oczywiście powiedzieć, że to współczesna wariacja na temat mitu stworzenia, opowieść o narodzinach życia, przemocy, miłości i próbie zaprowadzenia harmonii. Wszystko się zgadza. Tyle że brzmi to zbyt schludnie jak na album, który działa przede wszystkim jak pierwotny huk, rozbłysk koloru i ruch materii na papierze. To komiks, który nie tyle się czyta, ile ogląda, odczuwa i składa w głowie z kolejnych rytmów.

Lonergan zaczyna od wielkich sił, od pustki, od energii, która dopiero szuka kształtu. Planeta staje się sceną eksperymentu, a może aktem boskiej ciekawości. Pojawia się życie, pojawiają się istoty, pojawia się człowiek. I szybko okazuje się, że pierwszy ludzki gest nie ma w sobie niewinności. To nie jest świat, w którym stworzenie automatycznie oznacza porządek. Tutaj od początku obecna jest walka, dominacja i chęć podporządkowania sobie wszystkiego, co słabsze albo inne. Lonergan opowiada o początku świata, ale tak naprawdę pyta o początek przemocy.

Największe wrażenie robi to, jak autor wykorzystuje sam język komiksu. Plansze nie są tu tylko miejscem, gdzie układa się kolejne obrazki. Są żywym organizmem. Kadr raz porządkuje rzeczywistość, raz ją rozbija, raz więzi bohatera, a innym razem pozwala mu przekroczyć własne granice. Małe okienka tworzą większe obrazy, rytmiczne sekwencje budują ruch, a nagłe otwarcia plansz dają oddech po fragmentach gęstych od akcji i napięcia. Widać, że Lonergan myśli komiksem od podstaw. Nie traktuje go jak ilustrowanej opowieści, tylko jak osobny język, który potrafi mówić ciszą, kolorem, powtórzeniem i przestrzenią.

Kolor jest tutaj równie ważny jak linia. Błękit, czerwień, żółć, czerń i biel wyglądają jak pierwsze składniki świata. Jak żywioły, z których dopiero powstają emocje, ciała i konflikty. Nie są dekoracją, nie mają tylko upiększać. Organizują sceny, prowadzą spojrzenie, nadają ton wydarzeniom. W jednym miejscu kolor buduje mistyczny spokój, w innym staje się niemal agresywny, jakby sam papier zaczynał pulsować.

Fabuła Dromu jest prosta, ale nie uboga. Przeciwnie, ma w sobie coś z dawnych mitów, które potrafią zmieścić całe człowieczeństwo w kilku gestach. Miłość ściera się tu z zazdrością, poświęcenie z egoizmem, próba zaprowadzenia ładu z pierwotnym pragnieniem władzy. Są w tym echa opowieści biblijnych, greckiej tragedii, historii o bogach, którzy patrzą na ludzi z góry, ale nie zawsze potrafią albo chcą im naprawdę pomóc. To mit stworzenia pozbawiony komfortu, bo od pierwszych stron wiadomo, że człowiek nie umie dostać świata bez natychmiastowej próby zawłaszczenia go.

Album w dużej mierze obywa się bez słów i właśnie wtedy jest najmocniejszy. Lonergan ufa obrazowi, ufa rytmowi, ufa czytelnikowi. Nie prowadzi za rękę, nie dopowiada wszystkiego, nie rozbraja symboli komentarzem. Dzięki temu lektura ma w sobie coś hipnotycznego. Człowiek zwalnia, zaczyna przyglądać się planszom, zauważa drobne przesunięcia, figury ukryte w tłumie, postacie zawieszone na granicach kadrów, ruch rozpisany na dziesiątki małych fragmentów. To komiks, który nagradza uwagę.

Nie jest to jednak chłodne formalne ćwiczenie. Pod całą tą imponującą konstrukcją kryje się bardzo żywa emocja. Drom bywa brutalny, widowiskowy i niemal operowy, ale potrafi też nagle ucichnąć. Finał nie uderza tylko skalą, lecz poczuciem straty i konieczności. Jakby po całym chaosie stworzenia, po wojnie, po namiętności i po gniewie świat musiał wreszcie znaleźć jakąś równowagę, nawet jeśli została okupiona cierpieniem.

Jeśli można mieć wobec tego albumu jakieś zastrzeżenie, to dotyczy ono właśnie tych nielicznych momentów, gdy pojawia się tekst. Nie dlatego, że przeszkadza sam w sobie. Raczej dlatego, że obraz jest tu tak silny, iż każde dopowiedzenie wydaje się nieco mniej potrzebne. Lonergan najpełniej działa wtedy, gdy pozwala planszom mówić samodzielnie.

Drom to jedna z tych opowieści, które przypominają, dlaczego komiks jest medium osobnym i niepodrabialnym. Nie filmem zatrzymanym na papierze, nie książką z ilustracjami, nie dodatkiem do literatury. To sztuka sekwencji, rytmu i patrzenia. Jesse Lonergan stworzył album gęsty, piękny, chwilami rozdzierający, a przy tym formalnie odważny. Taki, do którego nie wraca się po fabularne zaskoczenia, tylko po doświadczenie samego obcowania z obrazem.

Na początku był kadr. Potem ruch. Potem przemoc. Potem miłość. A potem, jak to u ludzi, wszystko zaczęło się komplikować.

Maciej Ornitowski

Lubię kino. Tak po prostu.
Kilka innych rzeczy też.