Są takie uniwersa, które po pewnym czasie przestają być tylko fikcją. Nie dlatego, że są realistyczne, ale dlatego, że człowiek zna je już niemal na pamięć. Wie, jak wyglądają ulice, kto siedzi przy którym stole, gdzie kończy się zwyczajność, a zaczyna coś niepokojącego. Hawkins właśnie takie jest. Problem polega na tym, że po czwartym sezonie Stranger Things to miejsce już właściwie nie istnieje w dawnej formie. Zostały ruiny, trauma i ludzie, którzy próbują udawać, że wszystko jeszcze da się posklejać.
I właśnie od tego momentu zaczyna się Za wszelką cenę Caitlin Schneiderhan. To nie jest książka, która próbuje kopiować serialowy rozmach. Nie ma tu ciągłego sprintu przez kolejne potwory, widowiskowych starć ani nieustannego podbijania stawki. Zamiast tego dostajemy historię dużo bardziej cichą, melancholijną i zaskakująco skupioną na emocjach. I może właśnie dlatego działa lepiej, niż można było przypuszczać.
Nancy Wheeler zawsze była jedną z najbardziej uporządkowanych postaci w całym Stranger Things. Ambitna, konkretna, uparta do granic rozsądku. W serialu często funkcjonowała trochę pomiędzy światem nastolatków a światem dorosłych. Tu wreszcie dostaje przestrzeń, żeby naprawdę wybrzmieć. Hawkins po katastrofie nie przypomina już miejsca, z którego można po prostu wyjechać na studia i zostawić wszystko za sobą. Vecna nadal wisi nad miastem jak cień, którego nikt nie potrafi odpędzić, a Nancy nie umie zaakceptować myśli, że mogłaby odejść, zanim sprawa zostanie zakończona. To właśnie obsesja jest najważniejszym tematem tej książki. Nie potwory, nie Druga Strona, nawet nie tajemnica sama w sobie. Obsesja znalezienia odpowiedzi. Potrzeba kontroli w świecie, który dawno wymknął się spod kontroli.
Schneiderhan bardzo dobrze rozumie, że największą siłą Stranger Things nigdy nie były same nadnaturalne wydarzenia. Potwory działały dlatego, że wcześniej poznaliśmy ludzi, którzy musieli się z nimi mierzyć. Za wszelką cenę rozwija ten kierunek jeszcze mocniej. Hawkins jest tu zmęczone. Bohaterowie są zmęczeni. Nawet atmosfera wydaje się cięższa niż wcześniej. To już nie przygoda dzieciaków jeżdżących na rowerach po nocnym miasteczku. To historia ludzi, którzy zaczynają rozumieć, że trauma nie znika tylko dlatego, że na chwilę zrobiło się ciszej.
Dużym atutem książki jest sposób, w jaki oddaje postacie. Nancy naprawdę brzmi jak Nancy. Robin pozostaje chaotyczna, błyskotliwa i trochę zagubiona, ale jednocześnie autentyczna. Relacje między bohaterami nie sprawiają wrażenia napisanych wyłącznie po to, żeby odhaczyć fanserwis. Czuć, że autorka zna ten świat od środka, co zresztą nie powinno dziwić, skoro pracowała przy serialu.
Najciekawsze jest jednak to, że książka nie próbuje desperacko wypełniać luk między sezonami. Ona raczej bada konsekwencje. Pokazuje, co dzieje się po wszystkim. Jak wygląda codzienność ludzi, którzy widzieli rzeczy niemożliwe i teraz mają wrócić do szkoły, planować przyszłość albo myśleć o studiach. To właśnie ten bardziej przyziemny wymiar okazuje się najmocniejszy.
Oczywiście nie jest tak, że powieść działa idealnie. Tempo bywa nierówne. Są fragmenty, które mogłyby zostać skrócone, a niektóre wątki aż proszą się o mocniejsze rozwinięcie. Jeśli ktoś oczekuje książki, która przez cały czas będzie działała jak kolejny sezon serialu, może poczuć niedosyt. Tu zdecydowanie więcej miejsca zajmują rozmowy, emocje i psychologia bohaterów niż sama akcja. Ale może właśnie tego potrzebowało Stranger Things.
Po latach eskalowania zagrożeń i dokładania coraz większych potworów dobrze dostać historię, która przypomina, że największe rany często zostają w głowie. Za wszelką cenę nie opowiada o walce ze złem jako czymś widowiskowym. Opowiada o ludziach, którzy nie potrafią przestać oglądać się za siebie, nawet kiedy świat próbuje ruszyć dalej. To książka bardziej melancholijna niż ekscytująca. Bardziej refleksyjna niż widowiskowa. I właśnie dzięki temu zostaje w głowie na dłużej, niż można było się spodziewać.


