Bardzo łatwo zrobić dziś opowieść o latach 90., która działa wyłącznie jak automat do nostalgii. Wrzucić gumy Turbo, kilka odniesień do starych reklam, bazaru, pierwszych kreskówek z satelity i obowiązkowo jeszcze Jana Pawła II gdzieś w tle. Gotowe. Czytelnik się uśmiechnie, rozpozna kilka elementów ze swojego dzieciństwa i uzna, że „ale to było”. Natalia Legutko idzie w zupełnie inną stronę. To był najlepszy koniec świata nie próbuje sprzedawać dzieciństwa jako kolorowej kolekcji wspomnień do oprawienia w ramkę. To komiks o pamięci znacznie mniej wygodnej. O dorastaniu w rzeczywistości, której jako dziecko jeszcze się nie rozumiało, ale którą bardzo mocno się czuło.
I właśnie dlatego ten album zostaje w głowie dużo dłużej niż większość podobnych historii. Legutko nie buduje klasycznej narracji z wyraźnym początkiem, środkiem i finałem. Ten komiks bardziej się pamięta niż czyta. Składa się z obrazów, sytuacji, pojedynczych emocji, drobiazgów i pustych miejsc pomiędzy nimi. Trochę jak prawdziwe wspomnienia. Jedna scena uruchamia następną, jakiś zapach prowadzi do konkretnego obrazu, telewizor przypomina fragment dzieciństwa, a zaraz potem wszystko znowu się rozmywa. Autorka bardzo dobrze oddaje ten specyficzny stan powrotu do miejsc, które kiedyś były całym światem, a dziś wydają się jednocześnie znajome i kompletnie obce.
Najmocniej działa tutaj właśnie atmosfera. To nie są lata 90. z memów ani z sentymentalnych kompilacji internetowych. To Polska transformacji widziana z poziomu dziecka, które jeszcze nie rozumie ekonomii, polityki ani społecznych przemian, ale doskonale wyczuwa napięcie, zmęczenie dorosłych i dziwną prowizoryczność całej rzeczywistości. Telewizor gra niemal bez przerwy, gdzieś przewijają się religijne symbole, plastikowa popkultura miesza się z szarością bloków i wiejskich podwórek, a pod wszystkim siedzi trudne do nazwania poczucie tymczasowości.
Legutko bardzo trafnie pokazuje też doświadczenie „małej emigracji”. Przenoszenia się ze wsi do miasta, z jednej klasy społecznej do drugiej, z jednego sposobu życia do następnego. I tego charakterystycznego rozdwojenia, kiedy człowiek już trochę odciął się od miejsca, z którego pochodzi, ale nigdy tak naprawdę nie przestał do niego należeć. Powroty do rodzinnego domu nie mają tu w sobie ciepła typowej nostalgii. Są raczej niezręczne, melancholijne i pełne poczucia, że czas poszedł dalej bez pytania kogokolwiek o zgodę.
Bardzo dobrze współgra z tym warstwa graficzna. Minimalistyczna kreska Legutko początkowo może sprawiać wrażenie surowej albo wręcz niedbałej, ale szybko okazuje się, że właśnie w tym tkwi jej największa siła. Te uproszczone postacie, oszczędne tła i momentami niemal brudne plansze idealnie oddają charakter wspomnień, które nie są już kompletne ani ostre. To komiks, który bardziej operuje emocjonalnym śladem niż realistycznym detalem. Czasami jedno spojrzenie albo pusty kadr mówią tutaj więcej niż długi dialog.
I właśnie wtedy album działa najmocniej. Problem pojawia się jednak w tym, że momentami całość aż za bardzo ufa fragmentaryczności. Rozumiem zamysł tej narracji i bardzo go doceniam, ale są fragmenty, w
których komiks zaczyna przypominać bardziej ciąg impresji niż faktycznie rozwijającą się opowieść. Niektóre sceny urywają się zanim naprawdę zdążą wybrzmieć, a część emocji zostaje bardziej zasugerowana niż rozwinięta. Dla jednych będzie to naturalna forma opowiadania o pamięci. Dla innych może okazać się po prostu zbyt chłodne i zbyt zdystansowane.
Mam też wrażenie, że miejscami Legutko trochę za bardzo liczy na wspólnotę doświadczeń z czytelnikiem. Jeśli ktoś wychował się w podobnym czasie albo podobnym środowisku, bardzo łatwo wejdzie w ten świat. Ale momentami komiks mocniej działa jako rozpoznanie konkretnych emocji i realiów niż jako samodzielna historia niosąca uniwersalne napięcie.
Nie zmienia to jednak faktu, że To był najlepszy koniec świata jest jednym z ciekawszych polskich debiutów ostatnich miesięcy. Nie dlatego, że opowiada o latach 90., ale dlatego, że robi to bez taniego sentymentalizmu. Legutko nie idealizuje dzieciństwa ani transformacyjnej Polski. Pokazuje raczej, jak bardzo pamięć potrafi być poszarpana, niewygodna i pełna emocji, których długo nie umiemy nawet nazwać.
To komiks o nostalgii, ale nostalgii ubrudzonej błotem, przesiąkniętej telewizyjnym szumem i dziwnym poczuciem końca czegoś, czego jako dzieci jeszcze nawet nie rozumieliśmy.




