Dzisiejsza popkultura uwielbia wikingów. Są seriale, gry, filmy, komiksy i dziesiątki książek próbujących wykorzystać nordycki klimat, surowe fiordy, brodatych wojowników, Odyna, runy i krwawe bitwy. Problem w tym, że bardzo często współczesne wyobrażenie Północy ma niewiele wspólnego z tym, czym naprawdę były islandzkie sagi. I właśnie dlatego Saga rodu Wolsungów Jana Kołakowskiego okazuje się tak fascynującą lekturą. To nie jest kolejna „książka o wikingach”. To wejście do źródła. Do opowieści, z których później wyrosła ogromna część współczesnej fantasy.
Już sam początek robi świetne wrażenie. Kołakowski nie wrzuca czytelnika od razu w wir legend i pojedynków, tylko buduje bardzo potrzebny kontekst. Opowiada o Islandii, o dawnych wierzeniach, o procesie chrystianizacji, o funkcjonowaniu prawa i o tym, jak myśleli ludzie Północy. I to jest ogromna wartość tej książki, bo dzięki temu sagi przestają być tylko egzotycznymi historiami sprzed wieków. Zaczynają funkcjonować jako żywy element kultury i mentalności dawnych Skandynawów.
Największą siłą tej publikacji pozostaje jednak sama Saga o Wolsungach. To historia brutalna, fatalistyczna i momentami wręcz dzika w swojej konstrukcji. Nie ma tu współczesnego moralizowania ani wygładzania bohaterów. Są ludzie kierowani honorem, gniewem, zemstą i przeznaczeniem. Jest Odyn ingerujący w losy śmiertelników. Jest Sigurd zabijający smoka Fafnira i przeklęty skarb, który przynosi zgubę kolejnym pokoleniom. Jest Brynhilda i tragedia, która ciągnie się przez całe rody niczym nieunikniona klątwa.
Czytając te historie bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego Tolkien był nimi zafascynowany. Widać tutaj fundamenty całej późniejszej fantasy, smoki, magiczne miecze, przeklęte złoto, bohaterów uwikłanych w przeznaczenie i świat, w którym bogowie pozostają niebezpiecznie blisko ludzi. Ale jednocześnie sagi mają coś, czego często brakuje współczesnym opowieściom fantasy: surowość. Tutaj śmierć przychodzi nagle, zemsta wydaje się naturalnym obowiązkiem, a los człowieka często jest przesądzony jeszcze zanim zdąży podjąć pierwszą decyzję.
Druga część poświęcona Ragnarowi Lodbrokowi i jego synom działa równie dobrze, choć w zupełnie inny sposób. To bardziej opowieść o legendzie wojownika, o budowaniu mitu wielkiego wodza i o zemście, która staje się fundamentem jedności całego ludu. Co ciekawe, osoby znające serial Wikingowie szybko zauważą, jak mocno współczesna popkultura czerpie właśnie z tych sag – ale też jak wiele dopowiada od siebie. Ragnar Kołakowskiego jest bardziej legendą niż serialowym bohaterem z krwi i kości. To postać funkcjonująca niemal na granicy mitu.
Ogromnym plusem książki jest sposób opracowania materiału. Autor nie ogranicza się do suchego tłumaczenia tekstów źródłowych. Wyjaśnia konteksty, tłumaczy znaczenia i pokazuje, jak te opowieści wpływały na kulturę przez kolejne stulecia. Dzięki temu książka staje się znacznie bardziej przystępna również dla osób, które wcześniej nie miały większego kontaktu ze staronordyjską literaturą.
Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to lektura lekka ani typowo „przygodowa”. Sagi mają swoją specyficzną konstrukcję i rytm. Czasami bywają chłodne emocjonalnie, czasami bardzo brutalne, a niektóre fragmenty przypominają bardziej kronikę niż współczesną narrację. Ale właśnie w tym tkwi ich siła. To literatura, która nie próbuje być wygodna dla współczesnego odbiorcy. Zachowuje swoją archaiczność, surowość i charakter.
Kołakowski świetnie oddaje również to, jak bardzo świat dawnych Nordów był przesiąknięty losem i przeznaczeniem. Bohaterowie tych sag nie walczą o „szczęśliwe zakończenie”. Oni walczą o honor, pamięć i miejsce w opowieści, która przetrwa po ich śmierci. I być może właśnie dlatego te historie wciąż działają na wyobraźnię po tylu stuleciach.
Saga rodu Wolsungów to książka dla ludzi, którzy chcą zajrzeć głębiej niż serialowy obraz wikingów. Dla tych, którzy chcą zobaczyć fundamenty nordyckiej wyobraźni i zrozumieć, skąd właściwie wzięła się ogromna część współczesnej fantasy. To opowieści pełne krwi, magii, zemsty i tragicznego piękna. I właśnie dlatego nadal brzmią tak potężnie.

