Życiowe kryzysy w popkulturze zazwyczaj przychodzą z hukiem. Bohater traci pracę, małżeństwo się rozpada, świat wali mu się na głowę. W Wielorybie Frederika Hautaina i Hanne Dewachter wszystko wygląda znacznie bardziej znajomo. Nikt nie umiera, nikt nie bankrutuje, nie ma katastrofy ani dramatycznego zwrotu akcji. Jest tylko czterdziestoletni bibliotekarz, który pewnego dnia orientuje się, że jego życie utknęło w miejscu. A potem za jego oknem pojawia się wieloryb.
I właśnie od tego momentu zaczyna się jedna z najbardziej ujmujących opowieści o samotności, jakie można znaleźć we współczesnym komiksie. Egbert Monk nie jest bohaterem, który od razu przyciąga uwagę. To człowiek, obok którego łatwo przejść na ulicy. Ma pracę, znajomych, codzienną rutynę i względnie uporządkowane życie. Problem polega na tym, że wszystko to przypomina raczej trwanie niż życie. Egbert nigdy nie był w związku, nigdy nie znalazł miłości i coraz częściej zaczyna podejrzewać, że być może nic wielkiego już go nie czeka.
Autorzy bardzo trafnie uchwycili ten rodzaj samotności, o którym rzadko się mówi. Nie chodzi tu o samotność dramatyczną czy romantyczną. Egbert nie jest odludkiem ani mizantropem. Ma wokół siebie ludzi, ale jednocześnie pozostaje gdzieś na obrzeżach ich świata. Zna ten ból chyba każdy, kto choć raz uczestniczył w spotkaniu znajomych i nagle zdał sobie sprawę, że wszyscy ruszyli dalej, podczas gdy on sam nadal stoi w tym samym miejscu.
Wtedy właśnie do gry wchodzi wieloryb. To jeden z tych symboli, które można interpretować na dziesiątki sposobów. W tradycji chrześcijańskiej przywołuje historię Jonasza i przemianę poprzez konfrontację z własnym lękiem. W literaturze kojarzy się z Moby Dickiem i obsesją ścigania czegoś większego od człowieka. W wielu kulturach symbolizuje mądrość, duchową podróż i odrodzenie. Hautain wykorzystuje wszystkie te skojarzenia, ale robi to bardzo subtelnie.
Wieloryb nie jest tu zagadką do rozwiązania ani magicznym stworzeniem, które przynosi gotowe odpowiedzi. To raczej pęknięcie w rzeczywistości. Coś ogromnego, niepokojącego i niemożliwego do zignorowania. Pojawia się dokładnie wtedy, gdy Egbert najbardziej potrzebuje impulsu do zmiany.
Największą zaletą scenariusza jest jednak to, że nie zamienia tej historii w tani motywacyjny poradnik. Nie ma tutaj prostych recept na szczęście. Nie ma nagłego olśnienia ani cudownej przemiany bohatera. Egbert pozostaje sobą przez całą opowieść. Musi zmierzyć się z własnymi lękami, kompleksami i przyzwyczajeniami. Wieloryb jedynie zmusza go do zadania pytań, których wcześniej unikał.
Komiks bardzo sprawnie balansuje między melancholią a humorem. Niektóre sytuacje są autentycznie zabawne, inne bolesne w swojej życiowej prawdzie. To trochę tragikomedia o człowieku, który nagle odkrywa, że największym przeciwnikiem przez całe życie był on sam.
Warto też docenić sposób, w jaki autorzy traktują swojego bohatera. Łatwo byłoby zrobić z Egberta obiekt żartów albo stereotypowego „wiecznego przegrywa”. Nic takiego się tutaj nie dzieje. Jest w tej postaci dużo ciepła i empatii. Nawet gdy popełnia błędy lub zachowuje się niezręcznie, trudno nie trzymać za niego kciuków.
Ogromną rolę odgrywa także warstwa graficzna Hanne Dewachter. Rysunki są ciepłe, pełne życia i bardzo ludzkie. Nie ma tu formalnych eksperymentów ani efektownych fajerwerków. Zamiast tego dostajemy kadry skupione na emocjach bohaterów, drobnych gestach i codziennych sytuacjach. Dzięki temu realizm magiczny naturalnie wtapia się w zwyczajność przedstawionego świata.
Szczególnie dobrze wypada sam wieloryb. Jego obecność jest jednocześnie majestatyczna i nieco absurdalna. Nigdy nie przestaje wyglądać jak coś całkowicie niepasującego do rzeczywistości, a właśnie dlatego działa tak dobrze jako symbol.
Nie jest to komiks dla każdego. Osoby oczekujące wyrazistej fabuły, licznych zwrotów akcji czy jednoznacznych odpowiedzi mogą poczuć niedosyt. Wieloryb bardziej sugeruje niż tłumaczy. Często operuje nastrojem, metaforą i emocją zamiast klasycznej narracyjnej logiki.
Ale właśnie w tym tkwi jego siła. To opowieść o ludziach, którzy przekroczyli czterdziestkę i nagle zaczynają się zastanawiać, czy przypadkiem nie ominęło ich coś ważnego. O tych wszystkich niespełnionych planach, które przez lata chowamy głęboko pod codziennością. O odwadze potrzebnej nie do wielkich czynów, lecz do wykonania pierwszego kroku.
Bo czasem największa przygoda nie zaczyna się od podróży na drugi koniec świata. Czasem zaczyna się od tego, że pewnej nocy za oknem pojawia się wieloryb.



