Lovecrafta najłatwiej zepsuć wtedy, gdy próbuje się go zbyt dosłownie pokazać. Ten autor przez lata budował grozę na sugestii, na zdaniach gęstych jak wilgotne powietrze w zamkniętej piwnicy, na narratorach, którzy bardziej relacjonują własne osuwanie się w obłęd, niż faktycznie prowadzą nas przez klasyczną akcję. U niego potworność często działa najlepiej przed ujawnieniem, kiedy jeszcze nie ma kształtu, kiedy jest tylko przeczuciem, drżeniem języka, cieniem pod drzwiami. Komiks ma z tym oczywisty problem. Musi coś narysować. Musi nadać formę temu, co w prozie bywało właśnie lękiem przed formą.
I dlatego Światy Lovecrafta, t. 1 są adaptacją z góry skazaną na kompromis. Na szczęście całkiem uczciwy. Pierwszy tom zbiera cztery opowieści: Grobowiec, Alchemika, Poza murem snu oraz Przyczajoną grozę. Nie jest to więc Lovecraft największych, najbardziej rozpoznawalnych mitów. Nie ma tu Zewu Cthulhu, nie ma Koloru z przestworzy, nie ma wielkiej kosmicznej machiny, którą popkultura przerobiła na koszulki, figurki i żarty o macekowym końcu świata. Dostajemy raczej Lovecrafta wcześniejszego, bardziej gotyckiego, pulpowego, jeszcze zanurzonego w klątwach, starych rodach, snach, grobowcach, tajemniczych domach i ludziach, których świadomość zaczyna pękać pod naporem czegoś większego od nich. To dobry wybór na start, bo pozwala zobaczyć autora nie jako gotową ikonę weird fiction, lecz jako twórcę dopiero testującego narzędzia własnej grozy.
Scenarzysta Steven Philip Jones nie próbuje robić z tych historii nowoczesnego horrorowego widowiska. I bardzo dobrze. Ten tom nie udaje, że Lovecraft potrzebuje gwałtownego odświeżenia, dynamicznej sensacji czy efektownego przewrócenia oczekiwań. Adaptacje mają raczej charakter skrótu, wyciągu, czasem swobodniejszej interpretacji, ale pozostają wierne duchowi małych opowieści o czymś, co wślizguje się w codzienność z ciemnego kąta. Dzięki temu komiks czyta się szybko i bez większego oporu. Kto odbijał się od prozy Lovecrafta, od jej ciężaru, archaiczności i tekstowej duszności, może tutaj wejść w ten świat łagodniej. To Lovecraft z obniżonym progiem wejścia, ale nie całkiem pozbawiony pazura.
Najlepiej wypada Grobowiec. Jest w tej historii coś klasycznie lovecraftowskiego, choć jeszcze nie w pełni kosmicznego. Obsesja, fascynacja śmiercią, rodowe echa, psychiczne rozchwianie, poczucie, że bohater bardziej wchodzi w stan niż w konkretną przygodę. Komiks potrafi uchwycić ten moment przekroczenia, kiedy zamknięta przestrzeń przestaje być tylko miejscem, a staje się zaproszeniem. Grobowiec nie musi tu straszyć skaczącym zza rogu potworem. Wystarczy, że istnieje, że przyciąga, że czeka. I że bohater nie potrafi zostawić go w spokoju.
Alchemik jest prostszy, mocniej osadzony w gotyckim repertuarze klątw, dziedziczonej winy i rodzinnego fatum. Widać w nim młodzieńczą fascynację mrokiem, ale właśnie dlatego ma swój urok. To opowieść trochę staroświecka, trochę teatralna, pozbawiona jeszcze tej wielkiej lovecraftowskiej otchłani, ale dobrze pasująca do czarno białej komiksowej formy. Jest w niej coś z klasycznej historii czytanej przy świecy, takiej, w której wiadomo, że każde stare nazwisko, każdy zakurzony korytarz i każdy zamknięty sekret muszą w końcu upomnieć się o swoje.
Najciekawszy intelektualnie pozostaje chyba Poza murem snu. To już Lovecraft wychylający się ku temu, co później stanie się jednym z jego najważniejszych obszarów: ku snom, telepatii, stanom świadomości i kontaktowi z czymś, czego człowiek nie potrafi ogarnąć własnymi kategoriami. Tutaj adaptacja ma najtrudniejsze zadanie, bo komiks musi przełożyć na obraz coś z natury nieuchwytnego. Nie wszystko działa z pełną siłą, ale sama próba jest interesująca. To ten fragment tomu, w którym najłatwiej poczuć, że za gotycką zasłoną zaczyna już majaczyć kosmos.
Przyczajona groza to z kolei najbardziej pulpowy element zbioru. Odludzie, tajemnicze morderstwa, stary dom, coś potwornego ukrytego pod powierzchnią, atmosfera taniego magazynu grozy, ale w najlepszym sensie tego słowa. Ta historia nie jest subtelna i chyba nie chce być. Działa jak mroczna opowieść z epoki, w której strach był jeszcze lepiony z burzy, ruin, dziwnych odgłosów i przeczucia, że pod ziemią mogło przetrwać coś, co nigdy nie powinno zobaczyć światła.
Rysunki Octavio Cariello są bardzo ważne dla odbioru całego tomu. Czerń i biel dobrze pasują do pulpowego, staroświeckiego charakteru tych adaptacji. Nie ma tu eleganckiego, dopieszczonego horroru w wersji luksusowej. Jest raczej brud, cień, mocniejsze kontrasty i klimat komiksowej grozy z mniejszego wydawniczego obiegu. Cariello potrafi budować nastrój kadrem, perspektywą, spojrzeniem w dół schodów, wejściem do ciemnego miejsca. Najlepsze plansze działają właśnie wtedy, gdy nie próbują krzyczeć, tylko pozwalają czerni powoli zająć przestrzeń.
Nie znaczy to, że warstwa graficzna zawsze jest idealna. Momentami widać ograniczenia formy, czasem twarze i emocje są zbyt dosłowne, czasem to, co u Lovecrafta powinno pozostać niedopowiedziane, po narysowaniu traci część mocy. To problem niemal nieunikniony. Groza Lovecrafta rodziła się często z niemożności opisania. Komiksowa adaptacja musi tę niemożność zdradzić. Musi ją zamienić w linię, plamę, kadr. I choć Cariello radzi sobie z tym przyzwoicie, nie zawsze udaje mu się zachować wrażenie obcości. Bywa, że tajemnica po prostu zmienia się w ilustrację.
Mimo to czarno biała estetyka ma w sobie urok starego horroru. Ten album czyta się trochę jak odkurzone komiksowe curiosum, coś między pulpową antologią grozy a przystępnym przewodnikiem po mniej oczywistych tekstach Lovecrafta. Nie ma tu ambicji stworzenia definitywnej wersji jego świata. To raczej propozycja dla tych, którzy chcą wejść w ten klimat bez przedzierania się przez pełne, gęste opowiadania, albo dla fanów, którzy mają ochotę zobaczyć, jak wczesny Lovecraft oddycha w innym medium.
Największym plusem tomu jest właśnie jego dostępność. Światy Lovecrafta, t. 1 można przeczytać szybko, sprawnie, bez zmęczenia, które czasem towarzyszy lekturze oryginałów. Jones kondensuje tekst, porządkuje narrację i zostawia tyle literackiego ducha, ile da się przenieść bez zamieniania komiksu w ilustrowaną prozę. To nie jest Lovecraft pełnej duszności, ale Lovecraft bardziej komunikatywny, prostszy do przyjęcia i nadal wystarczająco mroczny, by mieć sens.
Jednocześnie właśnie w tej lekkości kryje się podstawowy koszt. Atmosfera bywa słabsza niż w oryginałach, bo komiks szybciej prowadzi nas do punktu. Nie pozwala tak długo tkwić w narastającym niepokoju. Nie otacza czytelnika tak szczelnie językiem. Nie męczy, ale też przez to mniej osacza. Dla jednych będzie to zaleta. Dla innych strata. Ja traktuję to jako rozsądny kompromis, bo nie każda adaptacja musi powielać doświadczenie pierwowzoru jeden do jednego. Czasem lepiej, by zaproponowała inną drogę do podobnego nastroju.
Wydanie ma też przyjemny, klasyczny charakter. To nie jest album, który chce zachwycić rozmachem edytorskim, lecz publikacja skromniejsza, bardziej gatunkowa, pasująca do czerni i bieli oraz antologijnej struktury. Dobrze sprawdzają się wprowadzenia do opowiadań, bo pomagają nastroić się na odmienny typ grozy w każdym epizodzie. Przy Lovecrafcie taki kontekst jest potrzebny, szczególnie jeśli czytelnik nie zna tych mniej oczywistych tekstów albo kojarzy autora głównie przez Cthulhu i kosmiczny horror.
Nie jest to komiks rewolucyjny. Nie ma sensu udawać, że pierwszy tom Światów Lovecrafta przewraca wyobrażenie o adaptacjach grozy. To pozycja raczej niszowa, trochę archiwalna w duchu, może nawet lekko staromodna. Ale ma w tym swoją wartość. Jest jak krótka wizyta w ciemnym muzeum, gdzie eksponaty nie zawsze straszą tak mocno jak kiedyś, ale nadal potrafią rzucić cień na ścianę.
Dla nowych czytelników może to być dobry pierwszy kontakt z Lovecraftem, choć oczywiście uproszczony i przefiltrowany przez komiksową formę. Dla fanów będzie to raczej ciekawostka, przyjemne uzupełnienie, szansa na spotkanie z mniej kanonicznym obliczem autora. Najwięcej zyskają ci, którzy lubią czarno białą grozę, gotycki klimat, pulpową narrację i krótkie opowieści zamknięte wokół jednego lęku, jednej obsesji, jednego wejścia w ciemność.
Światy Lovecrafta, t. 1 nie oddają całej siły Lovecrafta, bo chyba nie mogą. Ale przypominają, że zanim stał się popkulturową ikoną macek i pradawnych bóstw, był autorem małych, dusznych historii o grobowcach, snach, klątwach i potwornościach czających się tuż za granicą poznania. Ten tom nie zastępuje oryginałów. Raczej uchyla do nich drzwi. A za tymi drzwiami, jak zwykle, lepiej nie świecić zbyt mocno.



