Naoki Urasawa należy do tych twórców, którzy potrafią zamienić zwyczajny impuls fabularny w konstrukcję przypominającą labirynt. W Billy Bat 1 wszystko zaczyna się od podejrzenia plagiatu. Kevin Yamagata, amerykański twórca komiksowy japońskiego pochodzenia, odnosi sukces dzięki serii o detektywie nietoperzu. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że podobna postać mogła istnieć wcześniej w Japonii. To wystarczyłoby na kameralną opowieść o autorstwie, inspiracji i lęku artysty przed nieświadomym zapożyczeniem. Urasawa bardzo szybko pokazuje jednak, że interesuje go coś znacznie większego.
Pierwszy tom działa jak otwarcie ogromnego archiwum, w którym komiks noir, powojenna Japonia, polityczna kontrola, tajne operacje, religijne tropy i motyw znaku przenikają się bez prostego porządku. Kevin wyrusza do kraju swoich przodków, ale jego podróż nie przypomina sentymentalnego powrotu do korzeni. Japonia, którą zastaje, jest krajem po klęsce, pod amerykańską okupacją, biednym, napiętym i pełnym ukrytych zależności. To świat, gdzie kultura zostaje poddana nadzorowi, historia wciąż boli, a obraz może okazać się bardziej niebezpieczny niż broń.
Urasawa znakomicie wykorzystuje figurę komiksu w komiksie. Detektyw Billy Bat początkowo wygląda jak stylowa zabawa konwencją amerykańskiego kryminału, z antropomorficznym bohaterem i atmosferą pulpowego noir. Po chwili okazuje się jednak, że ta fikcja nie pozostaje zamknięta w ramkach. To, co Kevin rysuje, zaczyna dziwnie rezonować z rzeczywistością. Nietoperz przestaje być tylko bohaterem popularnej serii. Zaczyna działać jak symbol, cień, znak powracający w różnych miejscach i czasach.
Największa siła Billy Bat 1 polega na tym, że Urasawa zamienia pytanie o plagiat w pytanie o to, kto naprawdę tworzy historię i kto kontroluje znaczenia. To bardzo charakterystyczne dla autora Monster, PLUTO oraz 20th Century Boys. Urasawa lubi zaczynać od konkretu, od śledztwa, od osobistego dylematu, a następnie rozszerzać opowieść tak, aby jednostkowe doświadczenie nagle znalazło się w centrum większego mechanizmu. Tutaj tym mechanizmem może być polityka, pamięć kulturowa, religia, manipulacja albo coś jeszcze bardziej nieuchwytnego.
Pierwszy tom nie daje komfortu prostych odpowiedzi. Przeciwnie, jego konstrukcja opiera się na nieustannym przesuwaniu punktu ciężkości. W jednej chwili czyta się historię rysownika tropiącego źródło własnej inspiracji. Za moment manga skręca w stronę opowieści o okupowanej Japonii, cenzurze, działalności amerykańskich służb i podejrzanych zgonach. Jeszcze później pojawiają się wątki sięgające zupełnie innych epok oraz kontekstów, w tym tropy religijne i historyczne. Ten ruch może dezorientować, ale nie wygląda jak chaos pozbawiony kontroli. To raczej świadome rozsypywanie elementów układanki.
Z tego powodu Billy Bat 1 wymaga od czytelnika kredytu zaufania. Nie dlatego, że pierwszy tom jest niejasny z powodu warsztatowej nieporadności. Wręcz przeciwnie, Urasawa prowadzi narrację bardzo pewną ręką. Problem polega na tym, że pokazuje zaledwie początek konstrukcji, która dopiero ma ujawnić swój kształt. Widać fragmenty ramy, kilka mocnych motywów i powracający symbol nietoperza, ale cała kompozycja pozostaje jeszcze poza zasięgiem wzroku. To ryzykowne otwarcie, ponieważ obiecuje bardzo wiele. W przypadku autora tej klasy ryzyko jest jednak częścią przyjemności lektury.

Kevin Yamagata wypada interesująco właśnie dlatego, że nie zaczyna jako bohater wielkiej intrygi. Jest artystą, który chce sprawdzić, czy jego sukces nie został zbudowany na cudzym pomyśle. To punkt wyjścia bardzo ludzki i zawodowo konkretny. Lęk przed plagiatem dotyka tu nie tylko prawa autorskiego, lecz także tożsamości twórcy. Jeśli obraz przyszedł z zewnątrz, jeśli został podświadomie zapamiętany, jeśli ktoś narysował go wcześniej, to kim naprawdę jest autor? Urasawa zadaje to pytanie bez akademickiego tonu, a jednocześnie nadaje mu ciężar metafizyczny.
Powojenna Japonia stanowi coś więcej niż efektowne tło. W tym świecie każda informacja jest podejrzana, każdy obraz może zostać ocenzurowany, a każda historia może zostać użyta przez silniejszych. Urasawa pokazuje kraj w momencie przebudowy, ale też upokorzenia i zależności. Amerykańska obecność nie jest neutralnym elementem dekoracji. To siła porządkująca, kontrolująca i selekcjonująca to, co może przetrwać w obiegu publicznym. W takim kontekście komiks przestaje być niewinną rozrywką. Staje się nośnikiem pamięci, wpływu i potencjalnego zagrożenia.
Manga bardzo sprawnie operuje nastrojem paranoi. Nie chodzi tylko o to, że wokół Kevina pojawiają się tajemnicze postacie, zgony i powiązania trudne do rozszyfrowania. Ważniejsze jest poczucie, że rzeczywistość ma drugie dno, a każde odkrycie prowadzi nie do rozwiązania, lecz do kolejnej warstwy. Urasawa od lat potrafi budować taki stan napięcia. W Monster groza rodziła się z obecności zła, którego nie dawało się łatwo nazwać. W 20th Century Boys wielka spiskowa konstrukcja wyrastała z dziecięcych zabaw, popkultury i pamięci. Billy Bat 1 korzysta z podobnego instynktu, ale podsuwa jeszcze bardziej przewrotny nośnik tajemnicy, czyli rysunkową postać nietoperza.
Warstwa graficzna jest jednym z największych atutów tomu. Urasawa ma rzadką umiejętność prowadzenia oka czytelnika przez planszę bez ostentacyjnych popisów. Jego kadry są czytelne, dynamiczne i precyzyjnie rytmizowane. Potrafi zatrzymać scenę na spojrzeniu, twarzy albo drobnym geście, a chwilę później przyspieszyć narrację tak, że kolejne strony układają się w sekwencję niemal filmową. Szczególnie dobrze wypada kontrast między stylizowanym komiksem o Billym a bardziej realistyczną warstwą głównej fabuły. Dzięki temu sama forma opowiada o przenikaniu fikcji i rzeczywistości.
Urasawa świetnie rozumie także wagę twarzy. Bohaterowie nie muszą wygłaszać wielkich deklaracji, aby zdradzić strach, zakłopotanie, chciwość czy ukrytą wiedzę. To manga gęsta od spojrzeń i zawahań. Rysunek nie tylko ilustruje scenariusz, lecz stale dopowiada jego emocjonalny sens. Właśnie dlatego nawet najbardziej dziwne zwroty fabularne nie odrywają czytelnika od ludzkiego wymiaru opowieści. Im większa staje się intryga, tym ważniejsze pozostają reakcje jednostek wrzuconych w jej tryby.
Nie oznacza to, że pierwszy tom jest lekturą całkowicie bezproblemową. Nagromadzenie tropów może przytłoczyć. Urasawa zmienia perspektywy, wprowadza nowe postacie, otwiera kolejne ścieżki i nie zawsze od razu daje czytelnikowi stabilny punkt odniesienia. Dla jednych będzie to fascynujące poczucie zanurzenia w tajemnicy. Dla innych możliwy próg wejścia. Billy Bat 1 nie jest komiksem, który po prostu przedstawia zagadkę i prowadzi do jej rozwiązania. To raczej opowieść, która najpierw pokazuje, że sama zagadka jest znacznie większa, niż ktokolwiek mógł podejrzewać.
W tym sensie tom przypomina rozsypane puzzle. Część elementów ma wyraźny kolor i kształt. Kevin, Japonia po wojnie, nietoperz, komiks, cenzura, tajemnicze zgony, motywy religijne. Inne fragmenty dopiero czekają na swoje miejsce. Widać jednak rękę autora, który nie rozsypuje ich przypadkowo. Urasawa nie buduje napięcia prostym efektem szoku. Buduje je przez świadomość, że każdy detal może za chwilę wrócić w innym znaczeniu.
Pierwszy tom Billy Bat nie tyle opowiada historię, ile uruchamia maszynę narracyjną, która od początku sugeruje ogromny zasięg i duże ambicje. To zaleta, ale także zobowiązanie. Taka konstrukcja będzie wymagała satysfakcjonującego rozwinięcia w kolejnych częściach. Na tym etapie można jednak powiedzieć, że fundament został położony bardzo mocno. Tom wciąga, intryguje i zostawia z przyjemnym niepokojem, że za niewinnym rysunkiem kryje się coś dużo starszego oraz bardziej niebezpiecznego.
Największą przyjemność z lektury daje obserwowanie, jak Urasawa miesza porządki bez utraty napięcia. Kryminał, thriller polityczny, opowieść o twórczości, historia powojenna i metafizyczna zagadka nie funkcjonują tu jako osobne atrakcje. Wszystkie zostają splecione wokół jednego obrazu. Nietoperz jest logo, postacią, znakiem, obsesją i prawdopodobnie kluczem do znacznie większej opowieści. To prosty symbol, ale właśnie prostota daje mu siłę. Łatwo go zapamiętać, trudno zignorować, jeszcze trudniej zrozumieć.
Billy Bat 1 potwierdza, że Urasawa pozostaje mistrzem pierwszych tomów. Potrafi tak ustawić początek, aby czytelnik jednocześnie czuł satysfakcję i niedosyt. Nie wszystko jest jasne, ale wszystko wydaje się ważne. Nie każda scena od razu odsłania swój sens, ale niemal każda buduje atmosferę większego spisku. To manga wymagająca skupienia, jednak nagradzająca uważność. Najlepiej działa wtedy, gdy pozwala poczuć, że fikcja nie jest ucieczką od historii, lecz jednym z narzędzi, za pomocą których historia próbuje mówić.
Na tle wcześniejszych dzieł autora Billy Bat 1 nie wygląda jak powtórka z sukcesu, lecz jak kolejny wariant jego najważniejszych obsesji. Urasawa znów interesuje się pamięcią, odpowiedzialnością, ukrytym złem, rolą popkultury i pytaniem, jak prywatne życie zostaje wciągnięte w procesy większe od jednostki. Różnica polega na tym, że tym razem centrum stanowi sam akt tworzenia obrazu. Rysunek staje się początkiem śledztwa, a komiks odbija świat, który zaczyna podejrzanie przypominać własną fikcję.
To bardzo mocne otwarcie serii. Nie perfekcyjne w sensie pełnego domknięcia, bo ono nie jest tu celem, lecz niezwykle skuteczne jako zaproszenie do wielkiej układanki. Billy Bat 1 ma tempo, atmosferę, warsztatową pewność i ten szczególny rodzaj tajemnicy, który sprawia, że po zamknięciu tomu nadal układa się w głowie możliwe połączenia. Jeśli Urasawa utrzyma kontrolę nad rozmachem, może to być jedna z tych serii, które czyta się nie tylko dla odpowiedzi, ale dla samego procesu gubienia się w pytaniach.

