Chainsaw Man: Buddy Stories to jedna z tych książek, których nie powinno się oceniać tak, jak ocenia się samodzielną powieść. Nie dlatego, że trzeba traktować ją łagodniej, ale dlatego, że jej ambicje są zupełnie inne. To nie jest nowy rozdział historii Denjiego, nie jest pełnoprawna kontynuacja mangi Tatsukiego Fujimoto i nie próbuje udawać, że bez niej nie da się zrozumieć świata Chainsaw Mana. To raczej zestaw krótkich opowiadań dla tych, którzy po zamknięciu kolejnych tomów nadal chcieli spędzić trochę więcej czasu z bohaterami. Nie z wielką fabułą, nie z kolejnym przełomowym demonem, nie z wydarzeniem zmieniającym układ sił, tylko właśnie z nimi. Z Denjim, Power, Akim, Himeno, Kishibe i Quanxi, czyli postaciami, które w mandze często błyszczą najmocniej wtedy, gdy świat akurat nie rozpada się na kawałki.
I to jest chyba najuczciwszy punkt wyjścia. Buddy Stories nie ma sensu jako pierwszy kontakt z tym uniwersum. Czytelnik, który nie zna mangi albo przynajmniej anime, dostanie zbiór scen, relacji i żartów wyrwanych z kontekstu. Zrozumie podstawową akcję, bo opowiadania są napisane prosto i czytelnie, ale nie poczuje ciężaru tych interakcji. Nie wyłapie, dlaczego drobna rozmowa Akiego z Himeno może zaboleć mocniej niż kolejna brutalna walka. Nie zrozumie, czemu sen o wycieczce może mieć gorzki posmak czegoś, czego w świecie Chainsaw Mana nigdy nie dało się naprawdę ocalić. To książka dla osób, które już wiedzą, jak bardzo Fujimoto potrafi skręcić absurd w tragedię, a tragedię w żart o jedzeniu, papierosach albo byciu kompletnie nieprzystosowanym do normalnego życia.
Sam format jest prosty. Cztery opowiadania, cztery różne nastroje, kilka duetów i jedna dziwna rodzina, która w głównej serii zdążyła stać się czymś znacznie ważniejszym, niż sugerowałby chaos ich codzienności. Sakaku Hishikawa nie próbuje pisać jak Fujimoto jeden do jednego, co akurat wychodzi książce na dobre. Próba dokładnego skopiowania jego tempa, okrucieństwa, skrótów myślowych i emocjonalnych ciosów mogłaby zakończyć się katastrofą. Zamiast tego autor wybiera bezpieczniejszą, lżejszą drogę. Bierze znane postacie, umieszcza je w sytuacjach pasujących do ich charakterów i pozwala im przez chwilę pobyć razem poza głównym nurtem fabuły. Czasem wychodzi z tego czysta komedia. Czasem melancholijny prequel. Czasem dodatek, który nie jest niezbędny, ale po przeczytaniu trudno powiedzieć, że był całkowicie zbędny.
Najbardziej rozrywkowa jest historia otwierająca tom, czyli opowieść o słynnej detektyw Power i jej przymusowym asystencie Denjim. Sam pomysł brzmi jak żart, który mógłby paść w mandze i natychmiast wymknąć się spod kontroli. Power oczywiście uważa się za genialną śledczą, Denji oczywiście zostaje wciągnięty w tę farsę, a całość szybko zmienia się w absurdalną zabawę konwencją detektywistyczną. Nie ma tu wielkiej głębi i dobrze, że jej nie ma. To opowiadanie działa najlepiej wtedy, gdy pozwala tej dwójce robić dokładnie to, co wychodzi im najlepiej, czyli zachowywać się tak, jakby zdrowy rozsądek był drobną przeszkodą stojącą na drodze do natychmiastowej satysfakcji. Power jest nieznośna, pewna siebie i kompletnie odklejona, Denji próbuje nadążyć za sytuacją, a czytelnik dostaje porcję tego chaotycznego humoru, który w Chainsaw Manie zawsze miał drugie dno. Bo nawet kiedy ta seria wygłupia się najgłośniej, gdzieś z tyłu głowy zostaje świadomość, że dla tych bohaterów normalność jest tylko kostiumem, który nigdy dobrze na nich nie leży.
Znacznie ciekawiej robi się przy opowiadaniu poświęconym Kishibe i Quanxi. To jeden z najmocniejszych fragmentów zbioru, bo dotyka relacji, której manga nie musiała szeroko wyjaśniać, żeby była intrygująca. W świecie Fujimoto czasami wystarczy kilka spojrzeń, urwane zdanie, gest albo informacja rzucona mimochodem, by postać zaczęła żyć w wyobraźni czytelnika. Kishibe i Quanxi właśnie do takich bohaterów należą. Oboje mają w sobie ciężar przeszłości, doświadczenia i zmęczenia, którego nie trzeba przesadnie komentować. Buddy Stories daje im więcej miejsca, ale na szczęście nie zamienia tajemnicy w nudne wypracowanie. To raczej opowieść o długiej relacji zbudowanej na walce, bliskości, odmowach, przyzwyczajeniu i świadomości, że w zawodzie łowcy demonów przywiązanie jest jednocześnie luksusem i przekleństwem.
Ten tekst działa, bo nie próbuje zrobić z Kishibe i Quanxi postaci bardziej sentymentalnych, niż powinny być. Jest w nim szorstkość, pewna brutalna codzienność i bardzo chainsawmanowe przekonanie, że ludzie najbardziej odsłaniają się nie wtedy, gdy wygłaszają wielkie deklaracje, ale wtedy, gdy po latach powtarzania tych samych gestów nagle uświadamiają sobie, co one właściwie znaczą. To nie jest opowiadanie, które wywraca ich historię do góry nogami. Raczej dopisuje kilka zdań do marginesu, ale są to zdania, które fani tych postaci przeczytają z dużą satysfakcją.
Najwięcej emocjonalnego ciężaru ma jednak historia Akiego i Himeno. W mandze ich relacja była ważna, ale Fujimoto opowiadał ją swoim typowym sposobem, czyli oszczędnie, szybko i z okrutnym wyczuciem momentu, w którym czytelnik zaczyna się przywiązywać. Buddy Stories pozwala wrócić do początku ich partnerstwa i zobaczyć, jak dwie osoby poranione przez ten sam system zaczynają budować coś na kształt zaufania. Aki jest jeszcze bardziej zamknięty, bardziej skupiony na zemście, bardziej przekonany, że sam cel wystarczy, by utrzymać człowieka przy życiu. Himeno rozumie natomiast coś, czego on dopiero się uczy: w pracy łowcy demonów partner nie jest formalnością. Jest kimś, kogo śmierć może zostawić w człowieku na długo po zakończonej misji.
To opowiadanie najlepiej pokazuje, czym Buddy Stories może być w najciekawszej wersji. Nie osobnym spin offem, który próbuje dopisać wielką historię do istniejącej fabuły, lecz emocjonalnym uzupełnieniem. Czymś, co nie zmienia wydarzeń z mangi, ale pozwala spojrzeć na nie z większą czułością. Relacja Akiego i Himeno zawsze miała w sobie tragiczny ciężar, bo była zbudowana na kruchym porozumieniu ludzi, którzy wiedzą, że jutro może ich już nie być. Tutaj ta kruchość dostaje trochę więcej miejsca. I właśnie dlatego ta część zbioru zostaje w pamięci mocniej niż detektywistyczna zabawa z Power, choć obie mają swoje miejsce.
Ostatnia historia, czyli Wyśniona wycieczka na Enoshimę, jest najbardziej przewidywalna w założeniu, ale jednocześnie najbardziej podstępna emocjonalnie. Tytuł właściwie od razu ustawia oczekiwania. Wiemy, że nie dostajemy zwykłej wycieczki, tylko coś, co istnieje na granicy pragnienia, wspomnienia i niemożliwej wersji życia. Denji, Power i Aki jako domowa, kompletnie nieidealna jednostka to jeden z najważniejszych elementów pierwszej części Chainsaw Mana. Ich wspólne sceny potrafiły być idiotycznie zabawne, brudne, niezręczne i ciepłe w sposób, który w tej serii zawsze wydawał się podejrzanie nietrwały. Opowiadanie o Enoshimie gra właśnie na tej nucie. Daje czytelnikowi coś, czego chciałby dla bohaterów, choć doskonale wie, że ten świat nie jest od spełniania takich życzeń.
Nie wszystko działa tu równie mocno. Proza bywa prosta, momentami zbyt dosłowna, a niektóre emocje zostają dopowiedziane tam, gdzie manga Fujimoto zostawiłaby ciszę, kadr albo nieprzyjemnie pustą reakcję bohatera. To naturalny problem przenoszenia Chainsaw Mana w formę light novel. Manga Fujimoto żyje rytmem obrazów, nagłymi cięciami, twarzami, pauzami i przemocą, która czasem pojawia się szybciej niż zdąży się ją nazwać. Proza musi wiele rzeczy wypowiedzieć, a kiedy wypowiada za dużo, odbiera tej historii część napięcia. Szczególnie Denji jako narrator lub punkt emocjonalny bywa trudny do uchwycenia, bo jego siła w mandze często polegała na tym, że był jednocześnie absurdalnie prosty i dziwnie nieprzenikniony. Kiedy słyszymy zbyt wiele jego myśli, coś z tej niepokojącej prostoty zaczyna się rozmywać.
Nie przeszkadza to jednak w odbiorze całości, bo Buddy Stories nie udaje literackiego objawienia. To lekki, szybki dodatek dla fanów. Książka do przeczytania w jeden wieczór, najlepiej po znajomości pierwszej części mangi, gdy wszystkie drobne gesty i relacje mają już odpowiedni ciężar. Najgorsze, co można jej zrobić, to oczekiwać, że będzie drugim Fujimoto. Nie będzie. Nie ma tej samej ostrości, tej samej bezczelnej nieprzewidywalności i tego samego talentu do wywracania tonu w połowie sceny. Ma za to coś innego: pozwala jeszcze chwilę posiedzieć przy bohaterach, których losy w głównej historii często kończyły się szybciej, niż byśmy chcieli.
Warto też docenić sam pomysł konstrukcyjny. Każde opowiadanie skupia się na relacji, a nie tylko na fabularnej ciekawostce. Denji i Power są chaosem w czystej postaci, Kishibe i Quanxi pokazują ciężar wieloletniego niedopowiedzenia, Aki i Himeno przypominają, że partnerstwo w tym świecie zawsze kosztuje, a Enoshima zamienia marzenie o zwykłym dniu w coś boleśnie niemożliwego. To dobry wybór, bo Chainsaw Man nigdy nie był wyłącznie mangą o demonach, rzezi i głupich żartach. Pod tą całą krwią, absurdem i piłami mechanicznymi zawsze kryła się historia o ludziach, którzy nie umieją normalnie żyć, ale przez chwilę próbują.
Jako wydawniczy dodatek Buddy Stories ma więc sens. Nie jest niezbędne, ale jest przyjemne. Nie pogłębia uniwersum w sposób fundamentalny, ale dopowiada kilka relacji. Nie zastąpi mangi, ale może sprawić, że pewne sceny z mangi zabolią trochę bardziej. Szczególnie wątki Himeno i Akiego oraz Kishibe i Quanxi wydają się najbardziej wartościowe, bo pokazują przeszłość bohaterów bez nachalnego tłumaczenia wszystkiego od początku. To są te fragmenty, w których książka przestaje być tylko fanowską ciekawostką, a zaczyna działać jako całkiem udane uzupełnienie.
Najmniej przekonani będą ci, którzy oczekują od spin offów realnego wpływu na główną opowieść. Tutaj go nie ma i nie należy go szukać na siłę. Chainsaw Man: Buddy Stories przypomina raczej zestaw brakujących scen, alternatywnych oddechów między rozdziałami i krótkich spotkań, które mogły wydarzyć się gdzieś obok właściwej tragedii. To literatura prosta, momentami nierówna, ale napisana z wyczuciem tego, za co czytelnicy polubili te postacie. Nie za ich heroizm, bo z heroizmem bywa tu różnie. Nie za wielkie deklaracje, bo Fujimoto od zawsze był wobec nich podejrzliwy. Raczej za ich niezręczność, samotność, głód bliskości i kompletną nieumiejętność bycia normalnymi ludźmi.
Dlatego najlepiej traktować tę książkę jak dodatkowy wieczór z ekipą, której już trochę nie ma. Trochę śmieszny, trochę niepotrzebny, trochę wzruszający, czasem zbyt prosty, ale jednak przyjemny. Fani Chainsaw Mana znajdą tu kilka scen, dla których warto po nią sięgnąć. Osoby spoza fandomu nie mają tu czego szukać, bo bez znajomości głównej historii zostanie im tylko zbiór dziwnych epizodów z bohaterami, których jeszcze nie zdążyli pokochać ani stracić. A Buddy Stories działa właśnie dlatego, że my już wiemy, co znaczy ich stracić.

