Najciekawsze w Emisariuszu Roberta J. Szmidta jest to, że ta książka wcale nie zachowuje się jak typowa powieść z uniwersum gry. Nie próbuje grzecznie dopowiadać tła, nie streszcza mechanik, nie udaje literackiego poradnika dla tych, którzy chcieliby jeszcze raz przeżyć atmosferę Chernobylite bez uruchamiania komputera. Szmidt bierze jeden z najmocniejszych elementów tego świata, czyli czarnobylit, po czym robi z nim coś znacznie odważniejszego. Zamiast zamykać opowieść w Strefie, rozsadza ją na poziomie całego multiwersum. Czarnobyl przestaje być tylko raną po katastrofie. Staje się bramą, surowcem, narzędziem ekspansji i przekleństwem, wokół którego kolejne cywilizacje budują własne porządki.
To bardzo dobry punkt wyjścia, bo Emisariusz od pierwszych stron ma w sobie coś z klasycznej fantastyki naukowej. Nie tej najbardziej eleganckiej, zapatrzonej w technologiczną utopię, ale tej brudniejszej, bardziej podejrzliwej, przekonanej, że ludzkość każdą tajemnicę spróbuje najpierw nazwać, potem zmierzyć, a na końcu sprzedać albo wykorzystać militarnie. Odkrycie multiwersum nie staje się tutaj zaproszeniem do filozoficznej kontemplacji nieskończonych możliwości istnienia. Staje się początkiem nowego rynku, nowej polityki, nowych interesów i nowych wojen prowadzonych pod płaszczykiem kontroli, badań oraz bezpieczeństwa. Innymi słowy: ludzkość dowiaduje się, że istnieją inne światy, a potem bardzo szybko zaczyna sprawdzać, co da się z nich wydobyć.
W samym centrum tej konstrukcji znajduje się czarnobylit. Substancja, która jest jednocześnie źródłem energii, kluczem do podróży między światami i czymś znacznie bardziej niepokojącym niż zwykły minerał. Szmidt świetnie wykorzystuje dwuznaczność tego motywu. Z jednej strony czarnobylit jest zasobem. Można go szukać, wydobywać, badać, przeliczać na wpływy i przewagę technologiczną. Z drugiej pochodzi z miejsc skażonych Czarnobylitem pisanym wielką literą, czymś, czego bohaterowie nie potrafią do końca zdefiniować. Bytem? Wirusem? Siłą? Zasadą rządzącą wieloświatem? Ta niepewność jest bardzo ważna, bo sprawia, że za technologicznym językiem eksploatacji cały czas czuć metafizyczny niepokój. Ludzie chcą wierzyć, że mają do czynienia z surowcem. Problem w tym, że surowiec może patrzeć na nich z powrotem.
W tym sensie Emisariusz ciekawie przepisuje dziedzictwo opowieści o Zonie. Nie da się uciec od skojarzeń ze Strugackimi, Tarkowskim, Stalkerem i całą tradycją historii, w których skażony, nienaturalny obszar staje się przestrzenią pragnień, lęków, eksperymentów i moralnego rozkładu. Różnica polega na skali. U Strugackich obcość spadała na świat i tworzyła miejsce, którego człowiek nie potrafił w pełni zrozumieć. U Szmidta podobna rana zostaje włączona w system cywilizacyjny. Zona przestaje być wyjątkiem. Staje się infrastrukturą. To już nie tylko zakazany obszar, do którego wchodzą szaleńcy, desperaci i poszukiwacze cudów. To element międzywymiarowej gospodarki, polityki i rywalizacji.
Głównym bohaterem tej historii jest Adam Zahorski, planewalker, czyli człowiek od skakania między liniami czasowymi i wykonywania zadań, których normalni ludzie raczej nie chcieliby mieć wpisanych w zakres obowiązków. Zahorski nie jest wybrańcem, który z dnia na dzień odkrywa w sobie wielkie przeznaczenie. Jest profesjonalistą. Człowiekiem wyszkolonym, doświadczonym, skutecznym i najwyraźniej niezbyt zainteresowanym spokojnym życiem. Po niebezpiecznej misji na Ziemi 189 C nie wybiera odpoczynku, choć mógłby. Prosi o kolejny przydział. To od razu mówi o nim więcej niż długa biografia. Ten bohater nie tyle żyje z ryzyka, ile w pewnym sensie poza nim nie bardzo potrafi funkcjonować.
Szmidt dobrze czuje takie postacie. Zahorski jest człowiekiem czynu, ale nie papierowym komandosem zbudowanym z samej determinacji i krótkich zdań. Najciekawszy staje się wtedy, gdy jego profesjonalizm zderza się z rzeczywistością większą, bardziej skomplikowaną i bardziej niebezpieczną, niż zakładały procedury. Druga misja miała być prostsza. Trzeba ustalić, kto złamał pakt między cywilizacjami eksploatującymi multiwersum. Na papierze brzmi to jak śledztwo polityczno operacyjne. W praktyce szybko okazuje się wejściem w sam środek układu, którego fundamenty są znacznie bardziej kruche, niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Największą siłą powieści jest właśnie świat. Nie pojedyncza zagadka, nie sama akcja i nawet nie bohater, choć ten sprawdza się bardzo dobrze jako przewodnik. Najbardziej pracuje tu konstrukcja multiwersum. Szmidt nie traktuje alternatywnych Ziem jak kolorowego katalogu dziwności, gdzie każda kolejna rzeczywistość ma dostarczyć czytelnikowi innej atrakcji. Interesuje go raczej to, co dzieje się, gdy różne cywilizacje odkrywają możliwość podróżowania między liniami czasowymi i zaczynają wykorzystywać ten przywilej do własnych celów. Multiwersum nie jest tu placem zabaw. Jest polem eksploatacji.
To bardzo szmidtowe podejście. Autor od lat dobrze odnajduje się w światach, w których wielkie idee szybko zostają sprowadzone do twardej logistyki, interesów, polityki, zagrożeń i ludzkich słabości. W Emisariuszu nie ma zbyt wiele miejsca na romantyczną fascynację nieskończonością. Jest za to pytanie, kto kontroluje dostęp do czarnobylitu, kto pilnuje zasad, kto je łamie i ile światów można poświęcić, zanim ktoś nazwie to zbrodnią. Pakt między cywilizacjami korzystającymi z multiwersum brzmi jak mechanizm porządku, ale od początku czuć, że jest to porządek oparty na strachu przed chaosem, a nie na prawdziwym zaufaniu.
Dobrze wypada również tempo, choć początek może wymagać cierpliwości. Szmidt musi wprowadzić czytelnika w zasady świata, pokazać skalę konfliktu, osadzić czarnobylit w większej konstrukcji i jednocześnie nie zgubić bohatera. W pierwszych partiach można więc odnieść wrażenie, że powieść dopiero rozgrzewa silnik. Nie jest to jednak jałowe dreptanie w miejscu. Raczej etap ustawiania pionków i tłumaczenia, dlaczego ta gra jest większa, niż wygląda. Kiedy fabuła zaczyna się zagęszczać, Emisariusz nabiera tempa i coraz wyraźniej pokazuje, że nie chodzi wyłącznie o kolejną misję w niebezpiecznym świecie. Chodzi o odkrycie, które może zakwestionować dotychczasowy układ sił.
Warto podkreślić, że książka nie wymaga głębokiej znajomości gry Chernobylite, choć oczywiście osoby znające jej klimat, motywy i estetykę dostaną dodatkową warstwę satysfakcji. To nie jest prosty tie in zbudowany na zasadzie „oto powieściowa wersja tego, co już widzieliście”. Szmidt pisze tak, aby Emisariusz działał jako samodzielna historia science fiction. Świat gry jest tu punktem wyjścia, ale autor przepuszcza go przez własną wrażliwość, bardziej klasyczną, bardziej polityczną i bardziej nastawioną na konsekwencje cywilizacyjne. Dzięki temu powieść może zainteresować także tych, którzy nigdy nie grali, ale lubią SF o wielkich systemach, ryzykownych wyprawach i ludzkiej skłonności do kolonizowania wszystkiego, co tylko da się nazwać zasobem.
Najciekawszy jest właśnie ten cyniczny podskórny ton. Odkrywamy multiwersum, a więc nieskończoność istnień, wersji historii, alternatywnych katastrof i cywilizacji, które mogły potoczyć się inaczej. Teoretycznie takie odkrycie powinno wywołać pokorę. W praktyce wywołuje pytanie o eksploatację. Gdzie jest czarnobylit? Kto ma do niego dostęp? Jak zabezpieczyć wydobycie? Jak utrzymać przewagę? Jak ukryć naruszenie paktu? Emisariusz bardzo dobrze pokazuje, że największym potworem w opowieściach o Strefie nie zawsze musi być anomalia, mutant czy niezrozumiały byt. Czasami potworem jest procedura, która pozwala uznać cudzy świat za teren operacyjny.
Nie znaczy to, że książka rezygnuje z przygodowości. Wręcz przeciwnie, jest tu sporo akcji, napięcia, niebezpiecznych wypraw i scen, w których bohater musi działać szybciej, niż pozwalałby zdrowy rozsądek. Szmidt potrafi pisać konkretnie, dynamicznie i bez zbędnego ozdobnictwa. Jego proza nie próbuje zachwycać poetyckim rozedrganiem, ale sprawnie niesie fabułę, dobrze obsługuje techniczne elementy świata i pozwala zanurzyć się w kolejnych wersjach rzeczywistości. To styl podporządkowany opowieści, momentami surowy, ale pasujący do historii o ludziach działających w skrajnych warunkach.
Bardzo dobrze robią tej powieści detale. Nazewnictwo kolejnych Ziem, zawodów, struktur i mechanizmów międzywymiarowej eksploracji buduje poczucie, że świat istnieje poza kadrem. Nie wszystko jest dopowiedziane od razu, nie wszystko zostaje wyłożone w formie encyklopedii, ale wystarczająco dużo elementów wskakuje na swoje miejsce, by czytelnik zaczął wierzyć w tę konstrukcję. To ważne, bo SF o multiwersum bardzo łatwo może rozpaść się w chaos. Tu skala jest duża, ale pozostaje kontrolowana. Szmidt pilnuje, by czytelnik nie stracił poczucia stawki.
Nie jest to jednak książka pozbawiona nierówności. Wprowadzenie rzeczywiście może wydawać się wolniejsze niż późniejsza część fabuły, a część czytelników nastawionych na natychmiastową akcję będzie musiała dać historii trochę czasu. Można też mieć wrażenie, że Emisariusz przede wszystkim otwiera drzwi do większej opowieści. Nie wszystko zostaje tu zamknięte tak mocno, jak mogliby oczekiwać ci, którzy wolą powieści całkowicie samodzielne. Zakończenie bardziej rozbudza apetyt, niż daje poczucie pełnego domknięcia. W tym przypadku trudno jednak uznać to za wadę samą w sobie, bo sama konstrukcja świata aż prosi się o dalszą eksplorację.
Najbardziej interesujące jest to, że Szmidtowi udało się uniknąć jednej z największych pułapek literatury powiązanej z grami. Nie napisał książki, która istnieje tylko po to, żeby rozpoznać markę na okładce. Emisariusz ma własny pomysł, własną skalę i własne napięcie. Owszem, korzysta z Chernobylite, ale nie zachowuje się jak dodatek promocyjny. Bardziej jak autorska interpretacja świata, w którym czarnobylit przestaje być elementem growej tajemnicy, a staje się osią całej cywilizacyjnej układanki.
To dobra wiadomość także dlatego, że polska fantastyka naukowa potrzebuje takich projektów. Nie kolejnych ostrożnych wariacji na temat znanych motywów, ale powieści, które potrafią połączyć rozpoznawalne uniwersum z własną ambicją. Emisariusz ma w sobie coś z klasycznego SF, coś z postapokaliptycznej wyobraźni, coś z politycznego thrillera i coś z opowieści o Strefie, która zamiast zamknąć się wokół jednego miejsca, rozlała się na nieskończoną liczbę rzeczywistości. To połączenie nie zawsze jest idealnie gładkie, ale ma energię i wyrazistość.
Najlepiej czytać tę książkę nie jako prosty dodatek do gry, lecz jako powieść o tym, co dzieje się z tajemnicą, kiedy trafia w ręce cywilizacji uzależnionych od zasobów. Czarnobylit jest fascynujący właśnie dlatego, że jednocześnie kusi i przeraża. Może dawać energię, otwierać światy i umożliwiać rzeczy, które jeszcze kilka dekad wcześniej wydawały się niemożliwe. Ale im bardziej staje się użyteczny, tym łatwiej zapomnieć, że pochodzi z czegoś, czego nikt tak naprawdę nie rozumie. A to jedna z najstarszych i najważniejszych lekcji science fiction: człowiek najczęściej przegrywa nie dlatego, że spotyka nieznane, ale dlatego, że zbyt szybko uznaje je za własność.
Emisariusz to solidna, wciągająca i dobrze pomyślana fantastyka naukowa, która bierze klimat Chernobylite i rozbudowuje go w kierunku znacznie szerszej opowieści o multiwersum, eksploatacji i polityce między rzeczywistościami. Może chwilę się rozkręca, ale kiedy już zaczyna pracować pełną mocą, pokazuje, że w tym uniwersum jest dużo więcej niż skażona Strefa i survivalowy niepokój. Jest cały system światów, interesów i kłamstw, których odkrycie może kosztować więcej niż życie jednego planewalkera.

