Najbardziej przerażające historie bardzo rzadko zaczynają się od krwawej zbrodni. Znacznie częściej rodzą się tam, gdzie wszystko wygląda zupełnie zwyczajnie. Schludny dom. Szanowany ojciec. Dobrze prosperująca firma. Sąsiedzi, którzy z uśmiechem mówią dzień dobry. Carnby Kim doskonale rozumie tę prostą prawdę i już od pierwszych stron Bastarda pokazuje, że największy horror nie kryje się w ciemnych zaułkach ani opuszczonych budynkach. Kryje się za drzwiami własnego domu. Tam, gdzie człowiek powinien czuć się najbezpieczniej.
To właśnie dlatego punkt wyjścia tej historii robi tak ogromne wrażenie. Jin Seon nie próbuje odkryć tożsamości seryjnego mordercy. On doskonale wie, kim jest. Problem polega na tym, że morderca codziennie siada z nim do stołu. Jeszcze gorsze jest jednak to, że chłopak od lat uczestniczy w jego zbrodniach. Nie dlatego, że tego chce, lecz dlatego, że został do tego wychowany. Największym dramatem tej opowieści nie jest więc obecność psychopaty, ale wychowanie dziecka w świecie, w którym zło stało się codziennością.
Carnby Kim odwraca w ten sposób klasyczny schemat thrillera. Tajemnica nie polega na odkrywaniu sprawcy, lecz na obserwowaniu psychicznej pułapki, z której główny bohater nie potrafi się wydostać. Autor nie buduje napięcia pytaniem „kto zabija?”, ale znacznie bardziej niepokojącym: czy Jin będzie potrafił przestać wykonywać polecenia ojca?
To właśnie psychologia okazuje się najmocniejszym elementem pierwszego tomu. Jin nie jest typowym protagonistą, który od początku planuje bunt przeciwko oprawcy. Wręcz przeciwnie. Lata manipulacji sprawiły, że funkcjonuje niczym więzień pozbawiony świadomości własnego zniewolenia. Każdy jego ruch podporządkowany jest strachowi. Nawet najprostsze decyzje stają się dla niego walką z odruchem posłuszeństwa. Dzięki temu trudno patrzeć na niego wyłącznie jak na ofiarę albo wspólnika. Jest jednocześnie jednym i drugim.
Jeszcze ciekawiej wypada postać ojca. Dongsoo Seon nie przypomina komiksowych psychopatów, którzy swoją nienormalność manifestują na każdym kroku. To człowiek niemal doskonały. Uprzejmy, elegancki, inteligentny, odnoszący sukcesy. Pomaga innym, prowadzi działalność charytatywną, cieszy się powszechnym szacunkiem. Im bardziej autor podkreśla tę fasadę normalności, tym większy niepokój budzi świadomość, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami jego domu. Carnby Kim bardzo trafnie pokazuje, że prawdziwi manipulatorzy nie przypominają potworów. Najczęściej wyglądają dokładnie tak, jak ludzie, którym bez wahania powierzylibyśmy własne dzieci.
Na tym tle pojawia się Kyun Yoon i trudno nie odnieść wrażenia, że świadomie została skonstruowana jako przeciwieństwo świata Jina. To jedyna osoba, która traktuje go z życzliwością, nie oczekując niczego w zamian. Można zarzucić tej postaci pewną schematyczność, zwłaszcza na początku historii, ale jej funkcja wydaje się dość oczywista. Nie tyle ma być pełnokrwistą bohaterką, ile przypomnieniem, że istnieje rzeczywistość, której Jin nigdy wcześniej nie poznał. Świat pozbawiony przemocy i permanentnego lęku.
Nie bez powodu właśnie wtedy zaczyna się właściwa historia. Pierwszy tom bardzo sprawnie buduje napięcie, wykorzystując prosty mechanizm nieuchronności. Czytelnik wie, czego chce ojciec. Wie również, że Kyun Yoon znalazła się na jego celowniku. Pozostaje jedynie pytanie, czy Jin po raz pierwszy w życiu odważy się powiedzieć „nie”. To wystarcza, by kolejne rozdziały czytać z narastającym niepokojem.
Jednocześnie Bastard nie próbuje epatować brutalnością dla samego efektu. Oczywiście pojawiają się sceny przemocy, ale znacznie mocniej działają momenty ciszy. Spojrzenia, krótkie rozmowy, pozornie niewinne gesty ojca wobec syna. Właśnie wtedy najlepiej widać skalę psychicznego terroru. Dongsoo nie musi krzyczeć. Nie musi grozić. Wystarczy jego obecność, by Jin automatycznie podporządkował się każdemu poleceniu.
Pod tym względem komiks przypomina raczej thriller psychologiczny niż horror. Strach nie wynika z tego, co już się wydarzyło, lecz z ciągłego oczekiwania na kolejną tragedię. Carnby Kim bardzo świadomie operuje tym napięciem i niemal do końca pierwszego tomu nie pozwala czytelnikowi odetchnąć.
Świetnie współgra z tym warstwa graficzna Youngchana Hwanga. Nie jest przesadnie realistyczna, ale znakomicie oddaje emocje bohaterów. Szczególnie dobrze wypada mimika twarzy. Jin niemal przez cały czas sprawia wrażenie człowieka funkcjonującego na granicy załamania nerwowego, podczas gdy jego ojciec zachowuje nienaganny spokój. Ten kontrast działa znacznie mocniej niż najbardziej krwawe kadry. Równie dobrze prezentuje się kompozycja plansz. Dominujące ciemne tła, oszczędne kadrowanie i odpowiednie operowanie cieniem sprawiają, że atmosfera zagrożenia towarzyszy czytelnikowi praktycznie przez cały czas.
Nie wszystko jest jednak równie przekonujące. Niektóre elementy szkolnego życia wydają się zbyt mocno wpisywać w schematy młodzieżowych thrillerów, a sama Kyun Yoon na razie pozostaje bardziej symbolem nadziei niż rzeczywistą postacią. Mam jednak wrażenie, że autor celowo zostawia jej większy rozwój na kolejne tomy, dlatego trudno traktować to jako poważniejszą wadę.
Największą siłą Bastarda pozostaje coś zupełnie innego. To historia o przemocy, która nie kończy się wraz z zadaniem pierwszego ciosu. O dziecku wychowanym przez człowieka pozbawionego sumienia. O manipulacji tak skutecznej, że ofiara zaczyna wierzyć, iż nie ma prawa żyć inaczej. Seryjny morderca jest tutaj jedynie punktem wyjścia. Znacznie ważniejsze okazuje się pytanie, czy człowiek wychowany przez potwora potrafi jeszcze odróżnić dobro od zła. I właśnie dlatego pierwszy tom działa tak dobrze. Nie dlatego, że szokuje. Dlatego, że pokazuje, jak cienka granica oddziela rodzinny dom od najgorszego koszmaru.

