Artbooki mają jedną przewagę nad zwykłymi książkami o grach: nie muszą udawać, że najważniejsze jest w nich słowo. Oczywiście dobrze, gdy komentarze twórców coś dopowiadają, porządkują i pozwalają zajrzeć za kulisy procesu artystycznego, ale prawda jest prosta. Taki album najpierw musi zatrzymać oko. Musi sprawić, że człowiek przewraca stronę wolniej, niż planował. Że wraca do jednej ilustracji, bo zauważył detal, który wcześniej mu uciekł. Że zaczyna myśleć nie o fabule, misjach i mechanikach, lecz o świetle na żaglach, fakturze drewna, kolorze morza, kształcie balkonu w Hawanie albo zagięciu materiału na płaszczu Edwarda Kenwaya. Assassin’s Creed Black Flag Resynced. Oficjalny artbook dokładnie to robi.
To publikacja wydana przy okazji odświeżenia jednej z najbardziej lubianych odsłon serii Assassin’s Creed, a wybór właśnie Black Flag trudno uznać za przypadek. Są gry, które pamięta się przez system walki, głównego bohatera albo fabularny zwrot. Black Flag wielu osobom zostało w głowie przede wszystkim jako doświadczenie przestrzeni. Karaiby, wyspy, porty, dżungla, morze, wraki, tawerny, pokład „Kawki” i piracka wolność rozpisana na wiatr, sól oraz armatni dym. Ta gra miała wizualną tożsamość tak mocną, że nawet po latach wystarczy wspomnieć Edwarda Kenwaya i człowiek niemal odruchowo słyszy skrzypienie masztów. Artbook wykorzystuje ten sentyment bardzo skutecznie, ale nie opiera się wyłącznie na nostalgii. Pokazuje, jak ten świat można było zbudować na nowo, nie odbierając mu charakteru.
Od strony wydawniczej mamy do czynienia z albumem pełnoprawnym, nie dodatkiem udającym coś większego. Twarda oprawa, duży format, szycie, dobry papier i druk, który pozwala ilustracjom oddychać, są tutaj kluczowe. Przy artbooku jakość fizycznego wydania nie jest luksusem, tylko warunkiem sensu. Jeśli grafiki mają imponować detalem, kolorem i kompozycją, nie mogą być uwięzione na byle jakim papierze w formacie, który każe mrużyć oczy. Tutaj od początku czuć, że publikacja została pomyślana jako rzecz do oglądania powoli, najlepiej przy stole albo w fotelu, a nie jako lektura do tramwaju. To album ciężki, duży i mało poręczny, ale w przypadku takiej książki brzmi to raczej jak pochwała niż zarzut.
Najważniejsze oczywiście pozostają ilustracje. A tych jest dużo i są różnorodne. Artbook prowadzi czytelnika przez kolejne obszary świata Black Flag Resynced: postacie, miasta, eksplorację, pirackie życie, bitwy morskie i podwodne lokacje. Dzięki temu nie mamy wrażenia przypadkowego katalogu ładnych obrazków. Całość została ułożona tak, by przypominała podróż przez grę, ale oglądaną od strony projektowej. Najpierw przyglądamy się ogólnym założeniom remake’u, później bohaterom, potem Hawanie, Kingston i Nassau, następnie przestrzeniom eksploracji, okrętom, morskim starciom i podwodnemu światu. Ten porządek działa, bo odpowiada temu, jak zapamiętujemy Black Flag: najpierw twarz i sylwetka Edwarda, potem miasta, potem morze, a na końcu ta szczególna obietnica, że za horyzontem jeszcze coś czeka.
Największe wrażenie robią te fragmenty, w których album pozwala zatrzymać się przy detalach, które w samej grze łatwo zgubić w ruchu. Podczas rozgrywki człowiek biegnie, wspina się, walczy, patrzy na mapę, ucieka przed patrolem albo bierze udział w bitwie morskiej. Nie zawsze ma czas zauważyć, jak zaprojektowano dachówki, jak pracuje światło w dżungli, jak wyglądają elementy wyposażenia statku, jakie różnice kryją się w ubraniach bohaterów albo jak wiele warstw składa się na wrażenie „karaibskości” danego miejsca. Artbook robi coś bardzo prostego, ale potrzebnego: wyjmuje te elementy z pędu gry i mówi: popatrz jeszcze raz.
To szczególnie dobrze widać w rozdziałach poświęconych miastom i okrętom. Hawana, Kingston i Nassau nie są tylko zestawem lokacji do przebiegnięcia między ikonami aktywności. Każde z tych miejsc musi mieć własny rytm, światło, architekturę, kolor i społeczną temperaturę. Album pokazuje, jak artyści pracowali nad tym, by przestrzenie były rozpoznawalne nie tylko z nazwy, ale też z nastroju. Podobnie z okrętami. Black Flag bez statków byłoby znacznie mniej wyjątkowe, więc nic dziwnego, że projekty „Kawki”, jednostek przeciwników, żagli, galionów, dział i detali pokładu należą do najmocniejszych partii książki. To tu najłatwiej poczuć, że oglądamy nie tyle zbiór grafik, ile zaplecze całej pirackiej fantazji.
Komentarze twórców są przydatne, choć nie należy oczekiwać po nich wielkiego dziennika deweloperskiego. To nie jest książka, która krok po kroku opowiada o produkcji remake’u, kryzysach projektowych, decyzjach technicznych i długich sporach artystycznych. Tekstu jest wystarczająco dużo, by nadać ilustracjom kontekst, ale nie tyle, by album stał się opowieścią reportażową. Czasem są to krótkie uwagi o kierunku zmian, większej liczbie detali, zagęszczeniu roślinności, poprawionych teksturach, projektach postaci czy inspiracjach stojących za konkretnym elementem świata. Bywa, że chciałoby się więcej. Bardziej szczegółowych anegdot, mocniejszych kulis, większego wejścia w proces. Ale trzeba pamiętać, czym ta publikacja jest. To artbook, nie książka o produkcji gry.
I jako artbook sprawdza się bardzo dobrze. Komentarze są dodatkiem, nie daniem głównym. Ich rola polega na tym, by nie zostawić czytelnika sam na sam z galerią, ale też nie przykryć obrazów nadmiarem tekstu. W większości przypadków balans jest sensowny. Krótkie wprowadzenia do rozdziałów i notki przy grafikach pozwalają zrozumieć, na co patrzymy, ale nie zatrzymują ruchu przewracania stron. To ważne, bo albumy tego typu najlepiej działają wtedy, gdy można je czytać i oglądać różnymi tempami. Raz szybko, dla czystego zachwytu. Innym razem powoli, szukając konkretnych rozwiązań i powiązań z grą.
Wizualnie Black Flag Resynced jest wdzięcznym materiałem, bo Karaiby same proszą się o pełną paletę barw. Zieleń dżungli, błękit morza, złoto światła, ciepło kamiennych miast, ciemność wraków, brud pirackiego życia, połysk metalu i drewna. Album potrafi tym wszystkim uderzyć, ale nie zamienia się wyłącznie w pocztówkę z wakacji. Najlepsze grafiki mają w sobie napięcie między pięknem a niebezpieczeństwem. To świat rajski tylko z daleka. Z bliska jest pełen przemocy, interesów, kolonialnej chciwości, żeglarskiego ryzyka i ludzi, którzy żyją tak, jakby jutro miało nie nadejść. Dobry artbook do Black Flag musi pokazywać nie tylko turkusową wodę, ale też armaty. Ten pokazuje jedno i drugie.
Cieszy też różnorodność materiałów. Są efektowne ilustracje zajmujące całą stronę lub rozkładówkę, ale są również projekty postaci, elementy wyposażenia, detale architektoniczne, grafiki koncepcyjne, rendery, projekty broni i fragmenty świata oglądane z bliska. Dzięki temu album nie nuży. Nie jest niekończącą się sekwencją pięknych pejzaży, które po kilkudziesięciu stronach zaczęłyby zlewać się w jedno. Co chwilę zmienia skalę: raz patrzymy na miasto, raz na twarz bohatera, raz na detal stroju, raz na statek, raz na podwodną jaskinię. To bardzo dobrze imituje doświadczenie samej gry, w której zachwyt wynikał właśnie z ciągłego przechodzenia między wielkim widokiem a małym znaleziskiem.
Najbardziej album działa na emocje tych, którzy mają z Black Flag własną historię. To nie jest zarzut, raczej oczywistość. Dla osoby, która nigdy nie stała za sterem „Kawki”, nie ścigała okrętów po Karaibach i nie pamięta Edwarda Kenwaya jako jednego z ciekawszych bohaterów serii, będzie to po prostu bardzo ładny album o pirackiej grze. Dla fana może być czymś więcej: zaproszeniem do powrotu. I chyba właśnie tutaj publikacja wygrywa najmocniej. Po jej zamknięciu trudno nie poczuć ochoty, by jeszcze raz zobaczyć ten świat w ruchu. Artbook nie tylko dokumentuje grę. Reklamuje ją najuczciwszą możliwą metodą: przypomina, że jej wizualna strona naprawdę miała duszę.
Nie znaczy to, że album jest pozbawiony wad. Największy niedosyt dotyczy głębi komentarzy. Skoro mamy do czynienia z odświeżeniem gry tak ważnej dla serii, aż prosi się o więcej konkretów z procesu produkcji. Jakie elementy oryginału uznano za nienaruszalne? Co najtrudniej było unowocześnić? Gdzie kończy się wierność, a zaczyna konieczność zmiany? Jak artyści decydowali, które detale powinny zostać poprawione, a które mogłyby zbyt mocno zaburzyć pamięć o pierwowzorze? Takich pytań pojawia się podczas oglądania sporo, a odpowiedzi dostajemy raczej w skondensowanej formie. Album daje wgląd za kulisy, ale nie pełne zejście pod pokład.
Z drugiej strony, trudno czynić z tego poważny zarzut, bo publikacja od początku stawia na obraz. Bardziej problematyczne byłoby, gdyby grafiki nie broniły się same. A bronią się bez trudu. Wydanie jest efektowne, druk robi swoje, kolory są żywe, detale czytelne, a duży format pozwala pracom wybrzmieć. To nie jest album, który trzeba usprawiedliwiać licencją. Nie opiera się wyłącznie na tym, że ma na okładce Assassin’s Creed. Jako przedmiot kolekcjonerski i wizualna podróż po świecie gry spełnia swoje zadanie.
Warto też docenić polskie wydanie jako część szerszego zjawiska. Rynek książek okołogrowych w Polsce przez lata był nierówny. Wielu fanów musiało sprowadzać artbooki z zagranicy albo godzić się z tym, że najciekawsze publikacje pozostaną dostępne tylko po angielsku. Tym bardziej cieszy, że takie albumy ukazują się po polsku i to w jakości, która nie wygląda jak ubogi krewny zagranicznego wydania. Przy grach tak wizualnych jak Black Flag ma to szczególne znaczenie, bo artbook nie jest gadżetem wrzuconym do kolekcji dla zasady. To pełnoprawne uzupełnienie doświadczenia.
Dla kogo jest Assassin’s Creed Black Flag Resynced. Oficjalny artbook? Najprościej powiedzieć: dla fanów Black Flag. Ale to byłaby odpowiedź zbyt wąska. Spodoba się także osobom zainteresowanym projektowaniem światów w grach, miłośnikom pirackiej estetyki, kolekcjonerom artbooków i tym, którzy lubią oglądać, jak znane uniwersum zostaje przepisane przez nowszą technologię wizualną. To nie jest książka do przeczytania i odstawienia. To album do powrotów, do kartkowania, do zatrzymywania się na pojedynczych rozkładówkach. Taki, który lepiej działa w rytmie patrzenia niż lektury.
I chyba właśnie dlatego jest udany. Nie próbuje udawać czegoś, czym nie jest. Nie jest analizą całej serii Assassin’s Creed, nie jest monografią Black Flag, nie jest opowieścią o historii piractwa i nie jest pełnym dziennikiem produkcji remake’u. Jest wizualnym zapisem świata, który wielu graczy zapamiętało jako jedną z najpiękniejszych i najbardziej przygodowych odsłon cyklu. Pokazuje, jak można odświeżyć znane miejsca, postacie i okręty, nie zabijając tego, co sprawiało, że chciało się tam wracać.
Assassin’s Creed Black Flag Resynced. Oficjalny artbook to rzecz dla tych, którzy lubią czuć wagę albumu w rękach, śledzić detale grafiki koncepcyjnej i przypominać sobie, że za każdym efektownym światem gry stoi ogrom pracy artystów. Tekstu mogłoby być więcej, komentarze mogłyby schodzić głębiej, ale jako wizualna podróż po odświeżonych Karaibach album działa znakomicie. Cieszy oko, przywołuje wspomnienia i bardzo skutecznie robi jedną rzecz, której od takiej publikacji oczekuje się najbardziej.



