Najpierw jest kobieta, która zaczyna znikać z własnego życia. Potem pojawia się czip, lekarz o nazwisku Los, hospicjum, człowiek uwięziony gdzieś między świadomością a jej resztkami, dziwne rozpoznanie, jeszcze dziwniejsze obrazy i cała reszta, której lepiej nie próbować od razu rozpisywać na tabelkę. Łaźnia od początku ma w sobie coś z komiksu, który patrzy czytelnikowi przez ramię i sprawdza, czy ten aby na pewno nie próbuje wszystkiego zbyt szybko nazwać. Ottoich układa historię z elementów, które normalnie powinny się ze sobą pokłócić. Technologia, Alzheimer, metafizyka, body horror, korporacyjny eksperyment, dżin, filozofia, a gdzieś dalej nawet coś, co pachnie superbohaterszczyzną. W teorii bałagan. W praktyce zaskakująco dobrze działający organizm.
Marta Zarzycka jest tu postacią szczególną, bo jej choroba nie siedzi grzecznie w tle jako temat społeczny. Wchodzi w sam sposób prowadzenia opowieści. Pamięć się rwie, znaczenia przesuwają, rzeczy wcześniej oczywiste po chwili wyglądają inaczej. Nie zawsze wiadomo, czy patrzymy na wspomnienie, rekonstrukcję, majak, efekt terapii czy jeszcze coś innego. Ottoich nie tłumaczy tego z latarką w ręku i bardzo dobrze. Alzheimer ma tu ciężar większy niż medyczna diagnoza. Uderza w coś znacznie bardziej nieprzyjemnego: jeśli człowiek nie pamięta własnego życia, to ile z niego jeszcze zostało? A jeśli można część tego życia sztucznie odtworzyć, podtrzymać albo zapisać, to co właściwie wraca? Osoba czy jej kopia, zszyta z danych, emocji i cudzych oczekiwań?
Wątek Aleksandra Grota i jego ojca tylko ten niepokój pogłębia. Ojciec od lat leży w hospicjum, niemal poza światem, i nagle reaguje na Martę w sposób, który nie mieści się wygodnie ani w medycynie, ani w prostym przypadku. To jeden z tych momentów, kiedy komiks nie krzyczy, że właśnie wydarzyło się coś ważnego. Po prostu zostawia rzecz na stole i idzie dalej. I później człowiek do niej wraca. W ogóle sporo tu takich drobiazgów. Znaki, kształty, zdania, pojedyncze obrazy. Część może okazać się ślepym tropem, część zapewne dopiero czeka na swoje znaczenie, ale już teraz widać, że Ottoich buduje z nich sieć, a nie ozdobnik.
Najbardziej ryzykowna rzecz w Łaźni polega na tym, że komiks bardzo lubi zmieniać miejsce, czas i ton. Szpital, miasto, Morze Północne, tytułowa Łaźnia, przeszłość, teraźniejszość, epizod trwający kilka stron i nagle cięcie gdzie indziej. Można się zgubić. Nie dlatego, że narracja jest źle poprowadzona, tylko dlatego, że nie prowadzi czytelnika za rękę. To nie jest komiks do czytania kątem oka, kiedy drugą ręką odpisuje się na wiadomości. Trzeba pamiętać, kto coś powiedział, gdzie już widzieliśmy dany motyw i dlaczego ten jeden detal wygląda znajomo. Czasem można mieć wrażenie, że Ottoich przesadza z ilością rozsypanych elementów. Ale przynajmniej nie udaje przy tym, że układanka sama się zrobi.
Marek Los jest chyba najlepszym przykładem tego, jak komiks lubi stawiać obok siebie rzeczy z dwóch różnych porządków. Z jednej strony lekarz, eksperyment, czip, terapia, język postępu i naprawiania człowieka. Z drugiej coś, co coraz mniej daje się opisać przez biologię. Emocje, świadomość, pamięć, duchowość, być może coś jeszcze. Ottoich nie próbuje przekonać czytelnika, że nauka jest zła, a metafizyka mądra. Byłoby za łatwo. Raczej podsuwa myśl, że obie mogą być tylko częściowymi językami dla czegoś większego, a człowiek ma pecha polegający na tym, że próbuje siebie opisać przy pomocy narzędzi, które zawsze trochę nie wystarczają.
Tytułowa Łaźnia też długo nie daje się złapać za kołnierz. Miejsce? Stan? Przejście? Mechanizm? Symbol? Ottoich zostawia sobie kilka furtek otwartych i na razie nie ma sensu ich zatrzaskiwać na siłę. Właśnie ta nieokreśloność jest ciekawsza niż definicja. Łaźnia kojarzy się przecież z oczyszczeniem, zmyciem czegoś, wejściem brudnym i wyjściem innym. Tylko że tutaj bardzo szybko pojawia się pytanie, czy po takim procesie zostaje ten sam człowiek. I wtedy wraca motyw dżina oraz życzenia, którego nie da się obrócić przeciwko temu, kto je wypowiada. Bardzo stara figura, tylko ubrana w nową skórę. Człowiek chce poprawić siebie, naprawić pamięć, zatrzymać rozpad, a potem odkrywa, że każde ulepszenie ma gdzieś wszyty rachunek drobnym drukiem.
Graficznie Ottoich robi dokładnie to, czego można się po nim spodziewać, czyli nie próbuje nikomu ułatwiać życia. Kreska jest swobodna, gęsta, czasem nerwowa, czasem wręcz rozchwiana. Czerń i biel bardzo temu służą, bo ten świat nie potrzebuje kolorystycznego komfortu. Są kadry, które trafiają od razu, i są takie, które trzeba najpierw trochę rozsupłać. W bardziej zatłoczonych momentach oko potrafi przez sekundę szukać właściwego planu, szczególnie kiedy linie zaczynają żyć własnym życiem. Da się to uznać za wadę czytelności, ale trudno oddzielić ją od tego, co ten styl robi z atmosferą. Łaźnia ma wyglądać trochę tak, jakby rzeczywistość miała właśnie lekkie problemy z utrzymaniem pionu.
Body horror pasuje do tego wyjątkowo dobrze. Ottoich nie musi epatować mięsem, żeby ciało zaczęło wyglądać podejrzanie. Wystarczy deformacja, fragment anatomii zestawiony z technologią, ruch, który nie powinien być możliwy, albo człowiek potraktowany jak coś, co można otworzyć, poprawić i złożyć na nowo. Jest w tym dyskomfort nie tyle obrzydliwy, co bardzo osobisty. Bo ciało nie jest tutaj czymś pewnym. Pamięć również nie. Jeśli więc obie rzeczy zaczynają się chwiać, to gdzie jeszcze można schować poczucie własnego „ja”?
Najbardziej osobliwie robi się wtedy, gdy Ottoich wpuszcza do środka motyw superbohaterski. W pierwszej chwili można się skrzywić, bo ten komiks i bez tego ma już pełne ręce roboty. A jednak to nie brzmi jak doklejony numer specjalny. Supermoc nie jest tu nagrodą, fantazją o przewadze ani spełnieniem dziecięcego marzenia. Bardziej przypomina kolejny rodzaj naruszenia granicy. Coś, co daje możliwości, ale jednocześnie komplikuje pytanie o tożsamość. W takim ujęciu superhero przestaje być gatunkowym dodatkiem i zaczyna pracować na tym samym polu co choroba, czip i metafizyka.
Pierwsza księga zostawia więc po sobie sporo bałaganu, ale to ten rodzaj bałaganu, po którym chce się wrócić i sprawdzić, czy pod stertą rzeczy nie leży coś ważnego. Nie wszystkie wątki są równie czytelne, niektóre połączenia pozostają na razie bardziej przeczuwane niż rzeczywiste, a Ottoich zdecydowanie wierzy, że czytelnik wytrzyma bez instrukcji obsługi. Dobrze. Znacznie gorsza byłaby Łaźnia rozpisana jak prezentacja z punktami i strzałkami.
Najciekawsze jest to, że pod całą tą dziwnością siedzi bardzo prosty lęk: przed utratą siebie. Nie przed śmiercią nawet, tylko przed powolnym odchodzeniem własnych wspomnień, reakcji, relacji, części osobowości. Technologia może to zatrzymać, może coś przywrócić, może też otworzyć drzwi, których nikt nie powinien był dotykać. Na razie Ottoich ich nie zamyka. I dobrze, bo Łaźnia na tym etapie bardziej niż odpowiedzi potrzebuje niepokoju. Tego ma pod dostatkiem.



