W księgarniach wreszcie pojawia się Ciemny Eden Chrisa Becketta, a wraz z nim cała trylogia: Ciemny Eden, Matka Edenu i Córka Edenu. Wydaje ją MAG, więc jest dobry powód, żeby przypomnieć, że to nie jest kolejna kosmiczna przygoda o dzielnych ludziach lecących ku gwiazdom. To raczej opowieść o tym, co zostaje z człowieka, gdy gwiazdy już dawno zniknęły z nieba.
Punkt wyjścia jest prosty i od razu mocny. Eden to obca planeta bez słońca. Ludzie żyją tam w cieniu, przy świetle lampodrzew, otoczeni przez mrok, zimno i legendy o Ziemi. Rodzina liczy zaledwie kilkaset osób i trwa w przekonaniu, że trzeba czekać. Że kiedyś wrócą statki, które pływały między gwiazdami. Tyle że młody John Czerwoniuch nie chce już czekać. Łamie zasady, wychodzi w Ciemno i uruchamia zmianę, której nie da się zatrzymać.
Najciekawsze w tej trylogii jest jednak to, że Beckett nie zatrzymuje się na samym odkryciu tajemnicy planety. Matka Edenu pokazuje, co dzieje się później, gdy z małej wspólnoty wyrasta cywilizacja, a z pamięci o Geli, matce wszystkich ludzi na Edenie, powstaje mit, religia i polityczne narzędzie. Córka Edenu idzie jeszcze dalej, w stronę wojny, podziałów i pytania, kto właściwie ma prawo opowiadać historię początku.
I chyba właśnie dlatego Ciemny Eden brzmi tak ciekawie. To science fiction o obcej planecie, ale tak naprawdę o nas. O tym, jak szybko wspólnota zamienia się w hierarchię, legenda w władzę, a potrzeba bezpieczeństwa w przemoc. Beckett bierze motyw kolonii odciętej od Ziemi i robi z niego nie efektowną space operę, tylko mroczną przypowieść o narodzinach świata. Trochę dziwną, trochę pierwotną, bardzo ludzką.
To może być jedna z tych premier, które nie krzyczą najgłośniej, ale zostają w głowie najdłużej.




