Białe Volvo Erika Svetofta to komiks, którego praktycznie nie da się opisać w kilku prostych zdaniach. Formalnie jest thrillerem. Momentami horrorem. Chwilami groteskową satyrą społeczną, surrealistycznym żartem albo psychodelicznym snem podszytym paranoją. W praktyce to dzieło funkcjonujące na granicy sensu i kompletnego chaosu, które albo całkowicie odrzuci czytelnika, albo pochłonie go bez reszty.
Punktem wyjścia jest seria pozornie powiązanych wydarzeń. Wypadek w fabryce, zamach na wpływowego biznesmena, tajemnicze białe Volvo uciekające z miejsca zdarzenia, ochroniarz ruszający w pościg, recepcjonistka zakochująca się nie w tym człowieku, w którym powinna, kierownik rozważający zakup kapelusza. Brzmi jeszcze stosunkowo normalnie, ale Svetoft bardzo szybko rozsadza tę narrację od środka. Wątki się rozchodzą, sceny urywają, bohaterowie znikają, a historia przypomina coraz bardziej gorączkowy strumień obrazów i skojarzeń.
I właśnie tutaj leży największy problem oraz największa siła tego komiksu jednocześnie. Jeśli ktoś będzie próbował czytać Białe Volvo jak klasyczny thriller z wyraźnym ciągiem przyczynowo skutkowym, prawdopodobnie szybko poczuje frustrację. To nie jest historia budowana wokół logicznej narracji i satysfakcjonujących odpowiedzi. Svetoft bardziej bombarduje czytelnika atmosferą, symbolami i poczuciem nieustannego niepokoju niż prowadzi go przez fabułę. Sens momentami wydaje się celowo wymykać.
Najłatwiej chyba porównać ten komiks do bardzo dziwnego snu albo filmów Davida Lyncha przepuszczonych przez filtr body horroru i skandynawskiej melancholii. W tle pojawiają się wyraźne odniesienia do szwedzkiej rzeczywistości lat osiemdziesiątych, atmosfery społecznej paranoi, widma katastrof i kryzysu mitu nowoczesnego państwa dobrobytu. Można dostrzec echo zamachu na Olofa Palmego czy lęków związanych z katastrofą w Czarnobylu, ale Svetoft deformuje te elementy do granic absurdu. Zamiast realistycznego świata dostajemy rzeczywistość pełną lovecraftowskich stworzeń, groteskowych urzędników i korporacyjnego koszmaru.

Największe wrażenie robi jednak warstwa wizualna. To jeden z tych komiksów, które ogląda się niemal równie intensywnie, jak czyta. Kadry są gęste, niepokojące, przeładowane detalami i jednocześnie absolutnie hipnotyzujące. Svetoft tworzy obrazy obrzydliwe, śmieszne i fascynujące jednocześnie. Betonowa, chłodna estetyka miesza się z cielesnym horrorem i surrealizmem. W wielu momentach trudno oderwać wzrok od plansz, nawet jeśli fabularnie człowiek już dawno stracił grunt pod nogami.
Bardzo ciekawie działa także humor. Białe Volvo bywa naprawdę absurdalnie zabawne, choć jest to śmiech mocno nerwowy. Slapstickowe sytuacje i groteskowe dialogi pojawiają się obok scen wręcz kosmicznego horroru. Svetoft świadomie rozbija napięcie czymś kompletnie niedorzecznym, po czym chwilę później znowu wrzuca czytelnika w poczucie zagrożenia i dezorientacji.
Nie jest to jednak komiks łatwy ani szczególnie przystępny. Wymaga cierpliwości i zaakceptowania faktu, że nie wszystko musi zostać wyjaśnione. Niektórych taka narracja zmęczy albo zirytuje. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że autor bardziej interesuje się tworzeniem atmosfery i wizualnych obsesji niż prowadzeniem historii. Tylko że właśnie w tym tkwi charakter Białego Volvo. To bardziej doświadczenie niż klasyczna opowieść.
Erik Svetoft stworzył komiks dziwny, bezkompromisowy i absolutnie niepodobny do większości współczesnych thrillerów graficznych. To rzecz balansująca między groteską, paranoją i kosmicznym horrorem, która świadomie wymyka się interpretacjom. Jedni odbiją się od niej po kilkudziesięciu stronach, inni będą do niej wracać wielokrotnie, próbując poskładać ten chaos w całość. Niezależnie od reakcji trudno jednak odmówić temu komiksowi jednego, własnego, całkowicie unikalnego charakteru.


