Trzeci tom Billy Bat pokazuje, że Naoki Urasawa nie zamierza prowadzić tej serii jak zwykłego thrillera o rysowniku, plagiacie i tajemniczym komiksie. To już nie jest opowieść, w której historia jednego twórcy stopniowo odsłania większą intrygę. Tutaj sama historia zaczyna wyglądać jak plansza komiksu, ktoś dopisuje dialogi za kulisami, a ludzie, którzy chcieliby zachować kontrolę nad własnym losem, coraz częściej przypominają postacie przesuwane cudzą ręką. Kevin Yamagata wraca do Stanów Zjednoczonych i odkrywa, że jego dzieło zostało mu odebrane. Ale szybko okazuje się, że kradzież praw autorskich jest tylko małym dramatem w świecie, gdzie można próbować ukraść także pamięć, sprawczość i miejsce człowieka w dziejach.
Na początku najmocniej uderza właśnie osobisty wymiar tej straty. Kevin nie wraca jako zwycięzca z wiedzą zdobytą w Japonii, lecz jako człowiek wymazany z własnej historii. Billy Bat funkcjonuje już bez niego, pod nazwiskiem Chucka Culkina, w wersji wygładzonej, przyjaznej, masowej, gotowej do telewizji i dziecięcej konsumpcji. To bardzo gorzki obraz popkultury, która potrafi pożreć autora, wypolerować jego dzieło i sprzedać je jako coś cudownie niewinnego. Urasawa dobrze rozumie, że komiks w tej serii nie jest tylko medium. Jest nośnikiem wpływu. Kto kontroluje rysunek, kontroluje sposób opowiadania świata.
Ta część tomu ma w sobie szczególną przewrotność. Kevin, który przez długi czas próbował ustalić, czy jest autorem, kopistą, narzędziem czy świadkiem czegoś większego, zostaje wypchnięty z własnej marki dokładnie wtedy, gdy ciężar tajemnicy staje się coraz bardziej niebezpieczny. Billy Bat jako produkt odnosi triumf. Billy Bat jako znak pozostaje groźny, nieuchwytny i podejrzanie aktywny. Rozdzielenie tych dwóch poziomów jest jednym z najlepszych pomysłów Urasawy. Publiczność widzi sympatyczną maskotkę. Kevin widzi coś, co mówi do ludzi, podsuwa wizje i kusi możliwością zapisania się w historii.
Największa siła trzeciego tomu polega na tym, że Urasawa pokazuje popkulturę i wielką historię jako dwa systemy znaków, które mogą zostać przejęte, przerobione i użyte przeciwko ludziom. To już nie jest tylko paranoja w stylu „wszędzie kryje się spisek”. Autor idzie subtelniej. Pyta, czy jednostka naprawdę wybiera swoją rolę, jeśli od dawna czeka na nią gotowa opowieść. Czy zamachowiec rodzi się z decyzji, czy z narracji, którą ktoś mu podsuwa? Czy twórca panuje nad swoim dziełem, jeśli dzieło zaczyna działać niezależnie od niego?
Wątek Lee Harveya Oswalda przesuwa serię na wyjątkowo ryzykowny teren. Zamach na Johna F. Kennedy’ego jest jednym z najbardziej obciążonych mitologicznie wydarzeń XX wieku, tematem oplątanym dokumentami, teoriami spiskowymi, domysłami i popkulturowymi powtórzeniami. Łatwo byłoby tu popaść w tanią sensację. Urasawa unika najprostszego chwytu, bo nie próbuje tylko dopisać „prawdy ukrytej za kulisami”. Bardziej interesuje go człowiek, który chce stać się kimś więcej, niż jest. Oswald w tej wersji nie jest wyłącznie pionkiem ani demonem historii. Jest kimś podatnym na głos, który obiecuje znaczenie.
To bardzo dobrze współgra z tematem całej serii. Billy Bat od początku pytał, kto jest autorem historii. W trzecim tomie pytanie brzmi jeszcze ostrzej: czy wystarczy komuś podsunąć odpowiednią wizję, aby sam wszedł na drogę, którą później nazwie się przeznaczeniem? Oswald, słyszący lub widzący nietoperza, zostaje postawiony przed dwiema wersjami życia. Jedna oznacza nudę, przeciętność, zniknięcie w tłumie. Druga daje miejsce w historii, choć ceną może być moralna katastrofa. Urasawa trafnie pokazuje, że pragnienie bycia zapamiętanym bywa jednym z najbardziej niebezpiecznych paliw ludzkich działań.
Równolegle manga prowadzi wątek Głębokiego Południa i małżeństwa o różnym kolorze skóry. To jedna z najmocniejszych partii tomu, bo Urasawa po raz pierwszy tak wyraźnie pozwala realnej historii dostarczyć grozy bez potrzeby nadnaturalnego wzmocnienia. Rasizm, segregacja, przemoc społeczna i atmosfera zagrożenia nie są tu dekoracją epoki. Są rzeczywistością, w której zwyczajna miłość staje się aktem ryzyka. Autor nie wykorzystuje tych tematów w sposób efekciarski. Pokazuje, że historia sama bywa potworem, a ludzie w kapturach, mundurach lub z uśmiechem normalności mogą być bardziej przerażający niż każdy metafizyczny nietoperz.
Ten fragment działa również dlatego, że Urasawa przywraca postacie, które mogły wydawać się epizodyczne. To jedna z jego ulubionych sztuczek i nadal pozostaje skuteczna. W świecie Billy Bat nikt nie jest naprawdę przypadkowy. Ktoś, kto pojawił się wcześniej na marginesie, może nagle znaleźć się w centrum kolejnego historycznego pęknięcia. Dzięki temu seria buduje wrażenie ogromnej, organicznej sieci. Czytelnik zaczyna podejrzewać, że każdy drobiazg może kiedyś wrócić, a każde spotkanie ma drugie dno. To ryzykowne, bo grozi nadmiarem, ale Urasawa na razie świetnie utrzymuje napięcie między chaosem a kontrolą.
Trzeci tom jest też bardzo mocny formalnie. Rysunek Urasawy, jak zwykle, nie popisuje się efektownością dla samej efektowności. Jego siła tkwi w czytelności emocji, rytmie scen i kompozycji napięcia. Autor potrafi przejść od pozornie zwyczajnej rozmowy do kadru, który nagle zmienia sens całej sekwencji. Twarze bohaterów są pełne niepewności, zmęczenia, ambicji i strachu. To szczególnie ważne w serii o manipulacji, bo napięcie bardzo często rodzi się nie z akcji, lecz z pytania, czy ktoś mówi własnym głosem, czy już powtarza cudzy scenariusz.
Świetnie działa także zestawienie różnych tonów. Urasawa prowadzi obok siebie dramat Kevina, thriller polityczny, historię rasowej przemocy, opowieść o zawłaszczonym komiksie, wątek Oswalda i nowe tropy związane z Japonką Jackie oraz zwojem Kanbeia. Brzmi to jak przepis na narracyjny bałagan i trzeba przyznać, że chwilami tom balansuje na granicy przeładowania. Jednak właśnie to przeciążenie jest częścią uroku serii. Billy Bat ma strukturę labiryntu, w którym każdy korytarz wygląda, jakby prowadził do innej opowieści, ale na ścianach stale pojawia się ten sam znak.
Nie wszystkie elementy są równie mocne. Wątek Oswalda, choć intrygujący, bywa bardziej oczywisty niż partie poświęcone Kevinowi czy Głębokiemu Południu. Urasawa operuje postacią obrosłą tak wielką liczbą interpretacji, że czasem trudno wyjść poza sam ciężar historycznego kontekstu. Zdarza się też, że seria tak chętnie mnoży tropy, iż główna oś na chwilę znika z pola widzenia. To nie musi być wada dla czytelników lubiących paranoiczne układanki, ale ktoś oczekujący wyraźnie prowadzonej fabuły może poczuć, że komiks celowo wymyka się z rąk.
Warto jednak zauważyć, że to wymykanie jest bardzo świadome. Urasawa opowiada przecież o świecie, w którym sens nigdy nie leży na powierzchni. Bohaterowie widzą fragmenty, znaki, przypadkowe spotkania, cudze rysunki, urwane zdania i powracające symbole. Czytelnik jest ustawiony w podobnej pozycji. Nie ma pełnej mapy. Ma serię podejrzeń. Taki sposób narracji może irytować, ale w najlepszych momentach daje ogromną przyjemność, bo każdy powrót postaci, każdy detal z przeszłości i każdy historyczny trop zaczyna wyglądać jak część większego, niepokojąco precyzyjnego wzoru.
Najciekawszy pozostaje Kevin. Nie dlatego, że jest najbardziej efektowny, ale dlatego, że jego rola staje się coraz bardziej tragiczna. Chce zapobiec katastrofie, a jednocześnie sam nie wie, czy działa z własnej woli. Chce odzyskać dzieło, które zostało mu odebrane, ale sprawa Billy’ego już dawno przerosła kwestie autorstwa. Chce powstrzymać Oswalda, lecz im bliżej wielkiej historii, tym bardziej wygląda jak człowiek próbujący zatrzymać rozpędzony mechanizm za pomocą ołówka i kartki. W tej bezradności jest coś bardzo urasawowskiego. Jednostka widzi cień całości, ale nie ma pewności, czy zdoła zmienić choćby jeden kadr.
Trzeci tom Billy Bat najlepiej działa wtedy, gdy pokazuje, że historia nie jest tu tłem dla sensacji, lecz polem walki o to, kto nada wydarzeniom znaczenie. Zabójstwo prezydenta, rasowa przemoc, popularność komiksu, legenda tajemniczego zwoju i osobiste ambicje Oswalda nie są osobnymi wątkami. Wszystkie dotyczą tego samego problemu: kto pisze opowieść, zanim inni uznają ją za rzeczywistość. Urasawa potrafi z tego pytania wydobyć zarówno napięcie, jak i melancholię.
W polskim wydaniu, obejmującym materiał odpowiadający dwóm oryginalnym tomom, szczególnie dobrze widać tempo narastania intrygi. To już nie jest etap wprowadzenia. Seria zaczyna rozkładać karty szerzej, a przy tym wciąż dokłada nowe symbole. Królik, Chuck, Oswald, Jackie, zwój Kanbeia, głos nietoperza, Kevin pozbawiony własnego dzieła. Każdy element mógłby funkcjonować w osobnym thrillerze, a Urasawa próbuje zmusić je do wspólnego tańca. Zaskakująco często mu się to udaje.
Na tle wcześniejszych odsłon tom trzeci wydaje się dojrzalszy i bardziej bezczelny konstrukcyjnie. Mniej tłumaczy, więcej sugeruje, odważniej wchodzi w historię XX wieku. Jednocześnie nie traci emocjonalnego rdzenia. Urasawa pamięta, że nawet największa teoria spiskowa musi mieć ludzką cenę. Dlatego tak dobrze wypadają sceny, w których wielka historia zahacza o ciała konkretnych ludzi: małżeństwo na Południu, Kevin stojący wobec kradzieży własnej tożsamości twórczej, Oswald kuszony wizją znaczenia, Jackie wciągana w poszukiwanie tropu z przeszłości. To nie są tylko pionki. To ludzie, których można złamać, uwieść albo wykorzystać.
Billy Bat 3 potwierdza, że seria jest jedną z najbardziej osobliwych i ambitnych układanek Urasawy. Nie wszystko jest tu równe, nie wszystko od razu układa się w czytelną całość, ale trudno odmówić tej mandze siły przyciągania. Autor miesza historię, komiks, spisek, metafizykę i popkulturową autorefleksję w sposób, który mógłby łatwo zamienić się w pretensjonalny chaos. Zamiast tego powstaje opowieść coraz bardziej niepokojąca, bo oparta na intuicji, że świat może być zarazem absurdalny i przerażająco zaplanowany.
To tom, po którym trudno nie chcieć więcej. Nie dlatego, że wszystko zostało idealnie wyjaśnione, lecz właśnie dlatego, że Urasawa tak skutecznie rozbudza głód połączeń. Billy Bat przestaje być tylko tajemniczym komiksem. Staje się symbolem narracji silniejszej niż pojedynczy autor, pojedynczy polityk i pojedynczy zamachowiec. A Kevin Yamagata, coraz bardziej zmęczony i coraz bardziej wplątany w cudze scenariusze, pozostaje jednym z tych bohaterów, którzy nie wiedzą, czy próbują ocalić historię, czy tylko dopisać do niej kolejną planszę.

