Floreana nie musiała nikogo zabijać. Wystarczyło, że pozwoliła ludziom uwierzyć, że mogą zacząć od nowa. Właśnie na tym polega największy paradoks historii opowiedzianej przez Michaëla Olbrechtsa w Galapagos. Nie oglądamy tu klasycznej opowieści o rozbitkach, heroicznej walce z naturą ani romantycznej ucieczki od cywilizacji. To raczej historia o tym, jak szybko wymarzony azyl może stać się sceną małej, dusznej wojny wszystkich ze wszystkimi. Wyspa, która miała być obietnicą wolności, okazuje się lustrem. A w tym lustrze człowiek nie wygląda najlepiej.
Punkt wyjścia brzmi jak gotowy materiał na powieść przygodową, dokument kryminalny i psychologiczny dramat jednocześnie. W 1929 roku Friedrich Ritter i Dore Strauch porzucają Niemcy i osiedlają się na Floreanie, jednej z wysp archipelagu Galapagos. On, zafascynowany Nietzschem, marzy o życiu podporządkowanym sile woli, samowystarczalności i przekroczeniu ograniczeń starego świata. Ona idzie za nim w przestrzeń, która ma być ucieczką od społecznego hałasu, choroby, mieszczańskich konwenansów i wszystkiego, co uznali za duchowo martwe. Tyle że samotność, zwłaszcza ta wybrana z ideologicznego przekonania, bardzo rzadko pozostaje czysta.
Olbrechts świetnie rozumie, że w tej historii najciekawsze nie są same egzotyczne okoliczności, lecz moment, w którym prywatna utopia zaczyna przyciągać cudze pragnienia. Ritter i Dore uciekają przed ludźmi, ale ich opowieść trafia do prasy i staje się czymś w rodzaju mitu o nowym początku. Wkrótce na wyspie pojawiają się kolejni osadnicy, Heinz i Margret Wittmerowie, a potem jeszcze bardziej teatralna i destrukcyjna postać, rzekoma baronowa Eloise von Wagner Bosquet z dwoma towarzyszami. Od tej chwili Floreana przestaje być samotnym eksperymentem, a staje się miniaturowym społeczeństwem. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy dramat, bo tam, gdzie miało nie być świata, świat wraca w najgorszej możliwej formie.
Komiks bardzo dobrze pokazuje narastanie napięcia. Nie potrzebuje od razu wielkich gestów, krwi i sensacyjnych skrótów. Wystarczą spojrzenia, rozmowy, urażona duma, rywalizacja o przestrzeń, o wpływy, o wersję wydarzeń. Każdy z bohaterów przywozi na wyspę własny mit o sobie. Ritter chce być filozofem czynu i człowiekiem ponad przeciętność. Dore pragnie ocalić sens w cieniu cudzej wizji. Wittmerowie szukają miejsca do życia, ale nie wchodzą w pustkę bez bagażu lęków i ambicji. Baronowa wnosi natomiast czystą performatywność, marzenie o dominacji, luksusie i własnej legendzie. To nie natura niszczy tę społeczność jako pierwsza. Ludzie zaczynają niszczyć się nawzajem, zanim wyspa naprawdę wystawi ich na próbę.
Największą siłą Galapagos jest to, że Olbrechts nie zamienia tej historii w prostą kronikę dziwactw. A przecież łatwo byłoby pójść w tym kierunku. Afera Galapagos sama w sobie ma aurę opowieści z pogranicza reportażu, plotki, legendy i kryminału. Zniknięcia, konflikty, podejrzenia, śmierć, postacie większe niż życie i zarazem żałośnie ludzkie. Autor zachowuje jednak umiar. Nie próbuje na siłę rozstrzygnąć wszystkich tajemnic ani przykleić bohaterom jednoznacznych etykiet. Zamiast tego buduje opowieść o konflikcie narracji. Kto ma prawo opowiedzieć Floreanę? Kto był ofiarą, kto manipulatorem, kto szaleńcem, a kto jedynie człowiekiem, który za długo przebywał z własnymi obsesjami?
W tym sensie Galapagos jest znacznie ciekawsze niż zwykła rekonstrukcja wydarzeń. To komiks o tym, jak powstaje legenda. Najpierw ktoś ucieka od cywilizacji, potem cywilizacja robi z niego temat, następnie inni próbują dopisać się do tej historii, aż w końcu fakty zaczynają tonąć w relacjach, oskarżeniach i sprzecznych świadectwach. Olbrechts pokazuje, że prawda historyczna bywa nie mniej nieuchwytna niż miraż na rozgrzanej wyspie.
Bardzo dobrze działa też sama Floreana. Nie jest tu pocztówkowym rajem ani neutralną dekoracją. Jest piękna, surowa, jasna, gorąca, czasem niemal obojętna wobec ludzkich dramatów. Ta obojętność natury robi ogromne wrażenie. Wyspa nie komentuje, nie osądza, nie interweniuje. Pozwala ludziom mówić, pragnąć, oszukiwać, cierpieć i znikać. Właśnie dlatego jej obecność jest tak niepokojąca. Raj nie okazuje się piekłem dlatego, że jest okrutny. Okazuje się piekłem, bo nie zatrzymuje ludzkiego okrucieństwa.
Graficznie album ma w sobie świetnie wyważoną czytelność i atmosferę. Kreska Olbrechtsa jest przejrzysta, ale nie pozbawiona charakteru. Nie przytłacza nadmiarem detalu, a jednocześnie potrafi oddać specyfikę miejsca, suchość pejzażu, ostre światło, fizyczny trud życia z dala od wygód. Kolorystyka pracuje tu bardzo subtelnie. Podkreśla jednocześnie urodę i wrogość przestrzeni. Nie ma w niej banalnego egzotyzmu, raczej poczucie, że piękno natury może być tak samo bezlitosne jak pustka.
Najciekawsze są jednak twarze i gesty. Olbrechts dobrze rozumie, że w takiej historii dramat rozgrywa się często przed wybuchem. W napiętym uśmiechu, spojrzeniu spod powiek, zbyt pewnej pozie, milczeniu przeciągniętym o sekundę za długo. Dzięki temu komiks nie traci psychologicznej gęstości, mimo że prowadzi narrację w dość zwartym tempie. To ważne, bo materiał źródłowy mógłby spokojnie pomieścić znacznie obszerniejszą opowieść. Autor wybiera jednak kondensację. Nie rozlewa historii, tylko wyławia z niej najważniejsze punkty zapalne.
Można odczuć pewien niedosyt, bo Afera Galapagos jest tak osobliwa, że chciałoby się czasem więcej tła, więcej dokumentalnego oddechu, więcej czasu spędzonego z każdym z bohaterów. Niektóre przemiany i napięcia muszą wybrzmieć szybciej, niż wynikałoby to z ich potencjału. Ale to nie jest wada, która rozbija album. Raczej naturalna cena za rytm, który Olbrechts utrzymuje bardzo konsekwentnie. Galapagos czyta się płynnie, z rosnącym niepokojem, trochę jak opowieść, której finał znamy tylko mgliście, ale i tak mamy złe przeczucia.
Warto też podkreślić, że to komiks szczególny nie tylko ze względu na temat. Belgijska powieść graficzna Michaëla Olbrechtsa została wyróżniona już samą nominacją do Boon Literature Prize, co miało znaczenie historyczne dla literatury niderlandzkiej. I widać, dlaczego akurat ten tytuł mógł przekroczyć granicę środowiska komiksowego. To rzecz przystępna, a jednocześnie literacko nośna. Oparta na faktach, ale nie sprowadzona do streszczenia. Przygodowa, ale podszyta refleksją. Piękna wizualnie, lecz niepozbawiona brudu psychologicznego.
Galapagos to opowieść o katastrofie utopii. O ludziach, którzy chcieli uciec od świata, lecz zabrali go ze sobą w języku, ambicjach, erotycznych napięciach, hierarchiach i potrzebie dominacji. To także historia o tym, że samotność nie oczyszcza automatycznie, a natura nie zbawia tylko dlatego, że jest daleko od cywilizacji. Olbrechts stworzył komiks wciągający, elegancki i niepokojąco ludzki. Taki, który zaczyna się od marzenia o raju, a kończy pytaniem, czy piekło naprawdę trzeba było tam przywozić, skoro od początku siedziało w tych, którzy na wyspę przypłynęli.



