Nieśmiertelność w teorii brzmi jak nagroda. W praktyce Manji traktuje ją jak wyjątkowo uciążliwy wyrok. Nie może umrzeć, choć ma na sumieniu tyle rzeczy, że śmierć byłaby dla niego właściwie formą porządku. Nie może też po prostu odejść od przeszłości. Został więc zawieszony gdzieś pomiędzy pokutą a kpiną z samego siebie, z kilkunastoma ostrzami pod ubraniem i wyjątkowo małą cierpliwością do ludzi, którzy próbują go zabić. Pierwszy tom Miecza nieśmiertelnego już tym jednym pomysłem daje do zrozumienia, że Hiroaki Samura nie zamierza opowiadać o samurajach z nabożnym szacunkiem do ich mitu.
Akcja rozgrywa się w alternatywnej Japonii epoki Edo, ale realizm od początku miesza się tutaj z fantastyką. Manji jest roninem, zabójcą i człowiekiem, który w przeszłości przekroczył tyle granic, że trudno mówić o nim jak o klasycznym bohaterze. Nosi w sobie kessen chu, organizmy regenerujące jego ciało po ranach, które dla każdego innego człowieka oznaczałyby pewną śmierć. Utracona kończyna może wrócić na miejsce, przecięte ciało da się poskładać, rana zasklepić. Problem polega na tym, że sam Manji nie jest tym szczególnie zachwycony.
Jego sposób na odzyskanie śmiertelności jest odpowiednio groteskowy. Za stu zabitych ludzi ma odpokutować, zabijając tysiąc złoczyńców. Już samo to ustawia serię w bardzo ciekawym miejscu. Gdyby Samura chciał zrobić z tego prostą opowieść o moralnym odkupieniu, Manji musiałby zostać szlachetnym egzekutorem oczyszczającym świat z oczywistego zła. Tymczasem od początku widać, że sprawa będzie bardziej brudna. Kto ma zdecydować, kto jest „złym człowiekiem”? Czy kolejny trup naprawdę może wymazać poprzedni? I co właściwie robi z człowiekiem świadomość, że każdą pomyłkę może przeżyć?
Na jego drodze pojawia się Rin Asano, szesnastolatka, która straciła rodziców i chce zemsty na ludziach odpowiedzialnych za śmierć jej rodziny. Sama nie ma odpowiednich umiejętności, dlatego potrzebuje kogoś, kto będzie jej ręką z mieczem. Manji zgadza się pomóc i tym samym powstaje duet, wokół którego obraca się historia. Ona ma cel, którego nie potrafi osiągnąć własnymi siłami. On ma siłę, ale jego własny cel brzmi jak absurdalny rachunek sumienia zapisany liczbą trupów.
To zestawienie działa od razu. Rin jest zdeterminowana, ale niedoświadczona. Manji jest cyniczny, zmęczony i znacznie mniej romantyczny niż samuraje, których zwykło się stawiać na piedestale. Nie traktuje pojedynków jak świętego rytuału. Nie zawsze walczy pięknie. Nie ma szczególnego nabożeństwa dla honoru, jeśli honor oznacza bezsensowną śmierć. Najciekawsze w Manjim jest właśnie to, że nieśmiertelność nie czyni go wielkim wojownikiem. Często czyni go po prostu facetem, który może pozwolić sobie na błędy niedostępne dla innych.
Pierwszy tom korzysta z dość prostego schematu. Rin i Manji trafiają na kolejnych przeciwników związanych z Itto ryu, szkołą, która doprowadziła do tragedii rodziny dziewczyny. Pojawia się nowy wojownik, dostajemy odrobinę jego charakteru i motywacji, a potem przychodzi czas na starcie. Można to nazwać formułą „samuraja tygodnia” i rzeczywiście na tym etapie manga nie pokazuje jeszcze, jak bardzo później zamierza rozbudować swoją intrygę. W pierwszym tomie najważniejsze jest ustawienie pionków i pokazanie tonu opowieści.
A ton jest bardzo konkretny. Brutalny, nieco bezczelny, chwilami groteskowy. Samura nie udaje, że walka na broń białą jest estetycznym tańcem, w którym przeciwnicy wymieniają kilka pięknych ciosów i padają z jedną elegancką kreską krwi na policzku. Tutaj ludzie są rozcinani, okaleczani, tracą kończyny, krew leje się szeroko, a zakończenia pojedynków często wyglądają jak makabryczne ilustracje anatomiczne. Jednocześnie ta przemoc nie ma charakteru bezmyślnego epatowania flakami. Jest częścią estetyki całej mangi.
Samura świetnie rozumie, że nieśmiertelny bohater potrzebuje przeciwników, którzy rzeczywiście mogą zrobić mu krzywdę, inaczej napięcie natychmiast by umarło. Dlatego Manji regularnie obrywa. Bywa cięty, przebijany i doprowadzany do stanu, w którym zwykły człowiek nie miałby już żadnego udziału w dalszej części sceny. To sprytny zabieg, bo jego dar nie rozwiązuje konfliktów. Przeciwnie, pozwala autorowi jeszcze bardziej poszaleć z choreografią walk.
Równie istotna jest różnorodność uzbrojenia. Samura nie ogranicza się do katany, co od razu odróżnia serię od bardziej tradycyjnych opowieści samurajskich. Manji nosi cały arsenał dziwnych ostrzy, a jego przeciwnicy także korzystają z niecodziennego oręża. Dzięki temu pojedynki nie zlewają się ze sobą. Każdy ma własny rytm, zasięg, sposób prowadzenia i mały pomysł taktyczny. Starcia są nie tylko krwawe, ale też pomysłowo skonstruowane.
Największe wrażenie robi jednak kreska. Hiroaki Samura rysuje w sposób, który na tle wielu mang nadal wygląda bardzo charakterystycznie. Nie ma tutaj obsesyjnej czystości konturu. Tusz miesza się z ołówkiem, część plansz wygląda niemal jak szkice wykonane w ruchu, inne są dopracowane z ogromną precyzją. Postacie nie mają tej samej twarzy zmienianej fryzurą. Mają rysy, ciężar, zmęczenie, brud i indywidualność. Samura potrafi narysować ciało tak, żeby w jednej scenie było piękne, w następnej ciężkie, a chwilę później po prostu rozcięte na kawałki.
Szczególnie dobrze wypadają rozkładówki zamykające pojedynki. Autor zatrzymuje moment przemocy niemal jak fotograf, ale zamiast zwykłego efektownego finału dostajemy często niezwykle szczegółową kompozycję pokazującą tor cięcia, ułożenie ciał i konsekwencje ruchu. Makabra staje się tutaj czymś na pograniczu ilustracji i choreografii. Można przez chwilę zapomnieć, że patrzymy na czyjąś dekapitację, bo sposób narysowania sceny zaczyna działać samodzielnie jako obraz.
To właśnie grafika najmocniej wyciąga pierwszy tom ponad prostą historię zemsty. Fabularnie nie wydarza się jeszcze nic, czego nie dałoby się znaleźć w dziesiątkach opowieści o samurajach. Rodzina zostaje zabita, młoda bohaterka chce odwetu, pojawia się wojownik z przeszłością, a droga prowadzi przez kolejnych członków wrogiej szkoły. Samura bierze jednak ten zestaw i przepuszcza go przez własną wrażliwość. Dodaje nieśmiertelność, groteskową przemoc, cynicznego protagonistę, dziwaczne uzbrojenie i kreskę, która sprawia, że nawet znajome elementy zyskują własny charakter.
Nie wszystko działa od pierwszej strony. Początek potrafi być chaotyczny, a seria potrzebuje chwili, żeby złapać rytm. Pierwsze starcia są efektowne, ale jeszcze nie dają pewności, czy z tej konstrukcji wyrośnie coś więcej niż sekwencja coraz dziwniejszych pojedynków. To największe pytanie po pierwszym tomie. Przy serii rozpisanej na wiele obszernych części schemat kolejnego przeciwnika mógłby bardzo szybko zacząć męczyć.
Szczęśliwie już tutaj pojawiają się sygnały, że Samura chce iść dalej. Itto ryu nie jest po prostu bandą złoczyńców z numerkami na plecach. Sam pomysł szkoły, która odrzuca sztywne style walki i próbuje wrócić do skuteczności zamiast tradycji, jest ciekawy. Anotsu Kagehisa zapowiada się na antagonistę, którego nie będzie można łatwo sprowadzić do roli człowieka zasługującego na miecz w brzuch. A Rin już teraz zaczyna mierzyć się z pytaniem, czy zemsta rzeczywiście jest równie prosta, jak wydawało jej się na początku.
Dzięki temu w tle zaczyna pojawiać się temat, który może okazać się znacznie ciekawszy od samej nieśmiertelności. Wszyscy bohaterowie próbują jakoś uzasadnić przemoc. Rin nazywa ją zemstą. Manji pokutą. Itto ryu zmianą skostniałego systemu. Każdy ma własne słowo, które sprawia, że kolejne cięcie wydaje się potrzebne. Jeżeli pierwszy tom mówi coś naprawdę interesującego, to właśnie to: człowiek bardzo łatwo znajduje szlachetną nazwę dla rzeczy, którą i tak chciał zrobić.
Manji dobrze pasuje do takiego świata, bo jest bohaterem pozbawionym większych złudzeń na swój temat. Wie, że jest łachudrą. Nie udaje duchowego mistrza i nie próbuje czarować Rin opowieściami o wielkim kodeksie wojownika. Jego cynizm daje mandze sporo humoru, ale nie zmienia jej w komedię. To raczej sucha, nieco brudna autoironia kogoś, kto już dawno przestał oczekiwać od siebie heroizmu.
Rin jest z kolei potrzebnym kontrapunktem. Jej pragnienie zemsty jest zrozumiałe, ale ona sama nie jest gotową wojowniczką. Brakuje jej doświadczenia i siły, przez co bardzo szybko okazuje się, że między wyobrażeniem o odwecie a realnym zabijaniem znajduje się ogromna przepaść. To dobrze, bo Samura nie robi z nastolatki cudownego dziecka, które po kilku stronach potrafi mierzyć się z mistrzami miecza. Rin potrzebuje Manjiego i właśnie ta zależność może z czasem okazać się dla niej równie niebezpieczna jak ludzie, których szuka.
Pierwszy tom Miecza nieśmiertelnego jest więc bardziej obietnicą niż pełnym pokazem możliwości serii. Pokazuje bohaterów, ustawia konflikt, demonstruje brutalność i daje kilka świetnych pojedynków. Na razie fabuła pozostaje dość prosta, ale wizualnie manga od razu ma własny język. Nawet jeśli ktoś zna dziesiątki historii o samurajach, trudno pomylić Samurę z kimś innym.
To także manga, przy której nie ma większego sensu udawać, że przemoc jest jedynie dodatkiem. Jest jednym z głównych środków wyrazu. Jeśli widok odciętych kończyn i zmasakrowanych ciał przeszkadza, trudno będzie się przez nią przebić. Jeżeli jednak taki poziom brutalności nie stanowi problemu, Samura odwdzięcza się walkami, które należą do najbardziej charakterystycznych elementów tomu.
Miecz nieśmiertelnego #1 zaczyna się jak klasyczna opowieść o zemście i pokucie, ale robi wystarczająco dużo rzeczy po swojemu, żeby nie wyglądać jak kolejny samurajski produkt z tej samej półki. Manji jest wystarczająco cyniczny, Rin wystarczająco niegotowa na własny plan, a świat wystarczająco paskudny, by prosta droga do sprawiedliwości szybko zaczęła się komplikować. Samura bierze miecz, zemstę i nieśmiertelnego wojownika, czyli elementy ograne niemal do bólu, a potem rysuje je tak, jakby dopiero przed chwilą ktoś wpadł na pomysł, że można nimi naprawdę zranić czytelnika.
#wydawnictwokotori #mangastore_pl #współpracabarterowa
Manga otrzymana w ramach współpracy z wydawnictwem Kotori

